Relacje z zawodów

Okiem kibica

To miał być mój debiut w półmaratonie. Przygotowywałam się jak mogłam najlepiej. Nawet odpowiednio wcześnie przebiegłam 22 km, żeby upewnić się, że dam radę. Po Myszkowskiej Ósemce czułam się w świetnej formie i teraz pozostało tylko czekać na start. We wtorek wybraliśmy się z Jarkiem na ostatni trening i, choć biegło się świetnie, wróciłam z lekkim drapaniem w gardle. Łatwo zgadnąć, co było dalej – lekkie drapanie przeszło w silne, silne drapanie w katar itd. Nadzieje na to, że szybko minie okazały się płonne i już w piątek wieczorem, kaszląc i kichając na zmianę, zdałam sobie sprawę, że bieg na 21 km nie jest w tej sytuacji najlepszym pomysłem.

Zdecydowałam zatem, że pojadę jako kibic i fotograf (choć na wszelki wypadek spakowałam jeszcze do plecaczka cały mój biegowy ekwipunek). W sobotę wyruszyliśmy o świcie w dwa samochody, bo jechała nas ósemka: Marek, który biegł swój dziewiąty maraton, weterani długodystansowych zmagań, czyli Andrzej i Włodek, czwórka debiutantów: Kasia, Jarek, Łukasz i Sławek oraz ja, biedny mały żuczek. Za oknami samochodu wstawał zimny, już prawdziwie jesienny poranek. Temperatura 5 stopni dla rozleniwionego letnim ciepełkiem organizmu wydaje się bardzo nieprzyjazna, więc na miejscu niechętnie wygramoliliśmy się z pojazdów i to była jedyna chwila, kiedy, otulona w dwa polary i kurtkę, cieszyłam się, że nie biegnę i nie muszę tego z siebie zdjąć.

Jednak moi  przyjaciele z hartem ducha właściwym wszystkim leśnym ludkom przebrali się w stroje biegowe, przypięli chipy i numery,  i ustawili na starcie. Niebo jakby zbłękitniało i pojawiło się słoneczko, jak miło! Wdrapałam się na pobliską skarpę, by uchwycić początek biegu.

Ruszyli! Trasa wiedzie po parku siedmiokilometrowymi pętlami, do połowy lekko się wznosi (choć wierzę, że dla biegnącego po drugim kółku odczucie „lekko” jest już całkiem nieadekwatne), a potem opada aż do mety. Po drodze jest dość długi odcinek „mijanki”, co – z punktu widzenia kibica – jest bardzo wygodne.

Odniosłam torbę z cieplejszymi ubrankami, zdjętymi tuż przed startem przez moich zawodników, do samochodu i wyruszyłam na trasę biegu z aparatem fotograficznym w ręku. Wymyśliłam, że najsensowniej będzie pokonać całą pętelkę pod prąd, wtedy z każdym z moich klubowych przyjaciół będę mogła się spotkać kilkakrotnie.  Tak też się stało.

Po chwili wędrowania parkowymi alejkami rozświetlonymi jesiennym słońcem zobaczyłam biegnącego w moim kierunku ciemnoskórego lidera wyścigu prowadzonego przez pacemakera .  To znak, że pora szykować się do zdjęć. I rzeczywiście, niedługo potem (choć, rzecz jasna, niedługo jest pojęciem względnym) zobaczyłam pędzącego Łukasza, a obok niego Andrzeja.  Chwilę potem na trasie pojawił się, jak zwykle uśmiechnięty Marek. Nie zdążyłam dowędrować do mijanki, gdy już mijał mnie Sławek, a tuż za nim Włodek. Wyłączyłam na chwilę aparat, żeby oszczędzić baterie, idę dalej. O, jest i Kasia! „Brawo” – krzyczę (no, powiedzmy, że krzyczę, z zatkanym nosem i chrypką), ale Kasia narzeka na skurcz w łydce, który złapał ją zaraz po starcie. Teraz tylko rozglądam się za Jarkiem. Jest i Jarek. Biegnie bardzo spokojnie, zgodnie z zaplanowanym tempem. To świetnie, bo ma skłonność do szarżowania na początku.

Koniec mijanki. Chwilę się waham, bo zawodnicy biegną teraz dwoma strumieniami, ale decyduję się kontynuować wersję „pod prąd”. Dzięki temu widzę całość wyścigu: i szalejącą czołówkę,  i tych wolniejszych, którzy nie poddają się słabości nawet jeśli wiedzą, że będą na końcu. Niektórzy spokojnie ze sobą rozmawiają (pełen podziw!), wielu słucha muzyki, część dyszy jak parowozy, są tacy, po których nie widać żadnego zmęczenia, i tacy, którzy męczą się w sposób oczywisty. A  między nimi moja drużyna przewija się jak w kalejdoskopie. I znów Łukasz z Andrzejem z przodu, potem biegnie gęsiego trójka: Sławek, Włodek i Marek. Marek oszczędza siły, bo przed nim długa droga. I znów Kasia, i znów Jarek… Zaczyna mi się wszystko mieszać, nie wiem, ile razy minął mnie prowadzący stawkę, pytam Kasię, które okrążenie biegnie, co ją strasznie oburza. No, tak, to oczywiste, że drugie!

A ja jestem dopiero w połowie pętli. Do licha, muszę przyspieszyć, bo Łukasz z Andrzejem dotrą na metę przede mną i nie będą mieli się w co przebrać! Ale ja mam teraz pod górkę, jestem opatulona w dwa polary i kurtkę, jest mi za gorąco, ale nie mam co zrobić z ubraniami. Nie jestem w stanie pobiec w tym wszystkim, bo się zagotuję. Idę tak szybko, jak jestem w stanie w tych warunkach, fotografując napotkane Leśne Ludki. Teraz już Łukasz wysforował się przed Andrzeja, Włodek wyprzedził Sławka, ale ciągle biegną blisko siebie, Marek został troszkę z tyłu. Kasia i Jarek utrzymują tempo, widać, że trochę zmęczeni, ale  z uśmiechami na twarzach.

Zaczynam skracać sobie drogę przez park, ale i tak jestem dobry kilometr przed metą, gdy przebiega obok mnie Łukasz, a jakąś minutę potem Andrzej. Pędzę ile mam  jeszcze siły, ale oni też, więc, gdy docieram pod dmuchaną bramkę, oni tam już są. Nie zdążyłam im zrobić zdjęcia na finiszu, ale mam przynajmniej nadzieję, że nie wymarzli zbytnio czekając na mnie.

Łukasz idzie po ubrania, a my z Andrzejem czekamy na mecie na pozostałych Leśnych. Wbiega Włodek, świetnie mu poszło, to drugi czas po jego półmaratonowej życiówce. Nie ma Sławka. Podobno osłabł na 18 km. Czekamy prawie 3 minuty, zanim dotrze do nas. To błąd debiutanta, za bardzo spalił się na początku. Wbiega razem z Markiem, po którym nie widać, że w ogóle coś przebiegł. Macha nam i pędzi dalej. Dla niego to dopiero połówka! Wydaje się, że idzie na życiówkę.

Minęła zaledwie godzina i pięćdziesiąt kilka minut, gdy na horyzoncie pojawia się Kasia. Wspaniały debiut! Nie zakładała złamania 2 godzin, a tu zdołała przebiec 21,197 km w 1:55! Jarkowi zabrakło tylko 25 sekund do złamania 2 godzin. A ledwo dwa lata temu przebiegnięcie 5 km świętowaliśmy jako wyczyn! Ech, cieszę się z nimi wszystkimi i zazdroszczę jednocześnie. Wiem, że są zmęczeni, ale wiem też jaka to radość.

Teraz trzeba się ubrać, napić, coś zjeść, no i czekać na Marka. Niestety, dla półmaratończyków organizatorzy nie przewidzieli nic do jedzenia. Na otrzymany talon można dostać tylko do wyboru: piwo albo kofolę. Kofola nie budzi niczyjego zainteresowania, a ponieważ ktoś musi być kierowcą w drodze pierwotnej, więc Kasia z Jarkiem grają o piwo rzucając dwudziestokoronówką. Lew zwycięża konia i tym samym Kasine piwo przypada mnie. Cienkie jest, ale może być. Próbujemy znaleźć jakąś żywność, ale to okazuje się w centrum Ostrawy w niedzielne południe wcale nie takie proste. W końcu prawie wszyscy decydują się na (niesmaczną jak się okazuje) zupę w pobliskim barze. Tylko ja wybrałam gulasz (też niesmaczny) i zostaję za to ukarana czekaniem w nieskończoność. No, może ta nieskończoność nie jest całkiem nieskończona, ale na tyle długa, że omija mnie finisz Marka. Pobiegł świetnie -- jest życiówka!

Teraz jesteśmy już w komplecie i możemy wracać – aczkolwiek nie bez komplikacji – do domu. Kolejny sukces, a właściwie siedem sukcesów Leśnych Ludków. A największym sukcesem jest to, że świetnie się razem bawimy i każdy taki wspólny udział w zawodach jest po prostu świętem J

Ludki w Ostrawie

Nasz ludkowy start w Maratonie Ostrawskim przyniósł same rekordy. Najliczniejsza ekipa startująca poza granicami kraju, najwięcej przebiegniętych kilometrów no i te rekordy debiutantów! Jestem bardzo zadowolony z Ludków bo wszyscy przygotowali super formę na te zawody. Taktycznie też było dobrze, bo nikt nie kończył na czworakach jak ja w ubiegłym roku. Sławek niepotrzebnie szalał na trasie, bo mógł pobiec lepiej końcówkę. Ale niech ten 17. km zapamięta i już niebawem będzie z Kasią, Jarkiem i Łukaszem rasowym pół-, a potem pełnym maratończykiem. Gratulacje dla weteranów Marka i Andrzeja za świetne wyniki w maratonie (rekord życiowy Marka) i półmaratonie.

Z siebie też jestem zadowolony, bo taki bieg mógł mi się tylko przyśnić. Dzięki dla Asi, że była z nami mimo choroby. Niedługo też wejdziesz do grona półmaratończyków. Liczę, że jesień do końca będzie tak udana dla wszystkich Ludków.

Relacja z 31 Wrocław Maratonu

   Maraton  we Wrocławiu był dla mnie powrotem do zamierzchłych czasów. To na trasie 4 Maratonu z Sobótki  do Wrocławia w 1986 r. ustanowiłem swój rekord życiowy 3.00.12.  Tym razem pojechałem z Gosią i Andrzejem po prostu przebiec cały dystans i pooglądać Wrocław. Do Wrocławia dotarliśmy w sobotę ok godz. 10.00. Miasto powitało nas deszczem. Po odbiorze pakietów startowych i poddaniu się badaniom grupie studentów – waga, wzrost, pomiar stopy i tłuszczu -  zbierającym materiały do prac magisterskich udaliśmy się na miasto. Padający z przerwami deszcz nie zachęcał do spacerów. Mimo to zobaczyliśmy kilka głównych atrakcji stolicy Dolnego Śląska. Niedzielny poranek był pochmurny co zwiastowało niezłe warunki do biegania. Na miejsce startu, na Stadionie Olimpijskim dotarliśmy maszerując ok 2 km z naszego hostelu. Po drodze trafiliśmy na przedszkole o nazwie „Leśny Ludek” ! Uznałem to za dobry omen i z wiarą w szczęśliwe ukończenie biegu ustawiłem się na miejscu startu. Martwiło mnie tylko tradycyjnie lewe kolano.  Andrzej też miał poważny problem bo od kilku dni zmagał się z silnym bólem barku i ręki ( po powrocie do Myszkowa skończyło się to wizytą u lekarza i serią zastrzyków). Prawie cztery tysiące zawodników ruszyło do walki o 9.00. Starałem się biec jak najwolniej, żeby nie przeciążać kolana. Tempo 6 min/km było akurat i przez prawie 30 km utrzymywałem go. W tym czasie Andrzej pędził  dokładnie o jedną minutę szybciej ode mnie. Po ok. 70 minutach biegu zaczął padać deszcz, ale nie był uciążliwy i po niecałej połowie godziny przestał. Potem chłodziła nas tylko mżawka. Pod koniec 17 km trasy dotarliśmy w okolice stadionu miejskiego, na którym nasi piłkarze pożegnali się z Euro 2012. Stadion obiegliśmy niemal dookoła i zaczęliśmy zmierzać z powrotem ku centrum miasta. Po przekroczeniu półmetka zaliczyłem krótki postój w WC, co pozwoliło uniknąć już do końca biegu kłopotów z żołądkiem. Do 38 km było całkiem dobrze, ale kolano zaczęło się buntować i musiałem zwolnić tempo. I tak wyprzedzałem wielu już maszerujących zawodników.  Karetka pogotowia cały czas się uwijała co pobudzało do wysiłku żeby w niej nie skończyć. Ostatnie 2 km to jedna wielka katorga i jeszcze podbiegi. Udało się dokuśtykać niemal na jednej nodze do mety. Ale straciłem sporo czasu i wielu zawodników mnie wyprzedziło. Ale i tak od połowy trasy poprawiłem się o 250 miejsc, a Andrzej o ponad 300, dzięki czemu zajął znakomite 530 miejsce (31 w kategorii) w bardzo dobrym czasie 3.31.13 . Mój wynik to 2388 miejsce i czas 4.23.36 . Zawody ukończyło 3501 biegaczy, a ponad trzystu się wycofało. Dla Andrzeja był to jubileuszowy 25 klasyczny maraton, dla mnie 5 w „nowej erze”, a ogółem 16. Gosia w czasie naszej walki z dystansem maratonu przebiegła 1 milę w Biegu Rodzinnym (startowało w nim 3 tys. ludzi). Niestety, żeby dobrze biegać dłuższe dystanse nie wystarczy jeździć na rowerze i maszerować z kijkami. Muszę więcej pobiegać na treningach i będzie lepiej.  Organizacja maratonu bardzo dobra. Punkty napojowe przygotowane nawet na duży upał. Na trasie kilkadziesiąt zorganizowanych grup dopingujących zawodników. Trasa płaska i ciekawa.

Półmaraton chorzowski

W dniu 8 września wybraliśmy się w składzie 6 Ludków na Półmaraton Parkowy do Chorzowa. Złoty Potok w komplecie: Renia, Ania, Jarek i Zbyszek oraz Włodek i ja. Renia i Ania na 7 km, a pozostali pełny dystans. Dla mnie i Włodka miał to być ostatni sprawdzian przed Maratonem Wrocławskim, który mieliśmy już za tydzień. Obawiając się kolejek przybyliśmy dość wcześnie, udało nam się stanąć samochodami blisko biura zawodów. Odebranie numerów było chwilą i pozostały czas do startu spędziliśmy wygrzewając się w słońcu chłodnego jeszcze poranka. O 10.00 w chwili startu temperatura była ok. 16-18 stopni, słońce na bezchmurnym niebie. Ruszyliśmy na trzy 7-mio kilometrowe pętle. Pierwszy kilometr to praktycznie prosta z niewielkim podbiegiem, kilka zakrętów, 3 i 4 kilometr to cały czas pod górę, w pierwszej części ostrzej, później łagodniej, ale cały czas. Później kilometr z góry i dwa ostatnie kilometry pętli bez podbiegów. Dziewczyny zakończyły start po jednym okrążeniu i na następnych nas dopingowały. Jeśli chodzi o mnie biegło mi się nie najlepiej. W sobotę trochę przepracowałem się przy pracach ziemnych, wszystkie mięśnie mnie bolały. Zbyszka też dopadła jakaś kontuzja, Włodek tradycyjnie miał problemy z kolanem. Zbyszek, mimo kłopotów z nogą ustanowił życiówkę…  był to jego pierwszy półmaraton. Jedynie Jarek biegł jak młody jelonek, bez żadnych problemów, po kontuzji z poprzedniego sezonu nie zostało śladu. To, że na całą trasę przebiegliśmy razem i na metę wbiegliśmy też razem wynikło z tego, iż  na trasie nie dawał z siebie wszystkiego. Włodek też całą trasę pokonał biegnąc wspólnie ze Zbyszkiem. Po biegu załapałem się  z Jarkiem – dzięki temu iż dziewczyny stanęły w kolejce – na masaż. Mimo tych drobnych problemów wszyscy byliśmy zadowoleni ze startu – piękna pogoda, klimat Parku Chorzowskiego i jak zawsze dobra organizacja biegu wprawiły nas w dobre humory. Renia i Ania przebiegły trasę w czasie 46:48 min, Jarek i ja w 1:42:18 godz, a Zbyszek i Włodek w 1:52:04 godz.

Trening przed półmaratonem

W niedzielę pojechaliśmy na dzika, czyli na Panewnicki Dziki Bieg, który odbywa się w Katowicach raz na miesiąc. To był mój 6 start w tej imprezie. Trzykrotnie przemaszerowałam tam z kijkami cztery kółka, czyli prawie półmaraton (a raz nawet był to rzeczywiście półmaraton) i dwukrotnie biegłam dwa kółka. Teraz, w ramach treningu przed moim debiutem w biegowym półmaratonie postanowiłam pokonać "z buta" trzy okrążenia. Ta impreza, organizowana przez katowicki AWF, gromadzi z miesiąca na miesiąc coraz większy tłum chętnych do startu. Toteż gdy dotarliśmy na miejsce ok 10:15 do biura zawodów stała spora kolejka, a miejsca do zaparkowania samochodu nie było nigdzie w okolicy, więc wzorem innych zdesperowanych zawodników zostawiliśmy nasz pojazd w krzakach. Jarek z Włodkiem poszli po numery startowe, a ja ustawiłam się w kolejce do bezpłatnego badania tkanki tłuszczowej. To posunięcie zepsuło mi humor na długo, bo dowiedziałam się, że jestem zdecydowanie za tłusta! I cóż z tego, że moje BMI jest w dolnych granicach normy, jak najwyraźniej składam się głównie z tłuszczu...

Przygnębiona tą wiadomością, drżącymi rękami przypięłam krzywo swój numer i włączyłam sobie muzyczkę, by pozwoliła mi przetrwać trudny dla mnie dystans prawie 15 km. Ruszyliśmy z pewnym opóźnieniem i bardzo powoli, bo prawie 400 biegaczy i 70 kijkarzy już z trudem tylko mieściło się w wąskich ścieżkach panewnickiego lasku. Pierwszy kilometr polegał głównie na dreptaniu w tłumie, potem stawka powoli zaczęła się rozciągać i każdy mógł zacząć poruszać się we własnym tempie. W  uszach brzmiał mi donośnie Queen, a w jego rytmie zgodnie poruszały się przede mną dziesiątki nóg (w tym trochę psich). To zadziałało na mnie prawie hipnotycznie i sama nie wiem, kiedy przebiegłam pierwsze okrążenie. Pogoda była piękna, choć może nie dla biegaczy, bo słońce zaczęło prażyć dość mocno, więc wszyscy rzucili się do wodopoju. Ponieważ stanie w kolejce po wodę niezbyt przypadło mi do gustu, więc chwyciłam butelkę z napojem izotonicznym. To był błąd. Nie dość, że polewanie się słodkim napojem nie wchodziło w grę, to jeszcze, z braku lepszego pomysłu, taszczyłam ze sobą tę nieszczęsną, prawie pełną butelkę przez całe następne okrążenie. Dokuczyła mi na tyle, że z ulgą powitałam koniec drugiego kółka, Wreszcie mogłam zostawić butelkę, a w zamian wylać na siebie kubek zimnej wody. Kolejny kilometr biegłam w lekkiej euforii i wtedy... ktoś wyłączył mi prąd. Nogi zrobiły się baaardzo ciężkie, muzyka z odtwarzacza była już tylko irytująca, a grupka z którą biegłam od dawna zaczęła się powoli ode mnie oddalać. I wtedy przypomniało mi się całe to sadło, którym jestem najwyraźniej owinięta i ogarnęła mnie taka złość na siebie, że postanowiłam na złość sobie biec dalej! Jak postanowiłam tak zrobiłam, niedługo potem kryzys minął i dotarłam na metę w 1h 33 min, co, jak na mnie nie jest tragicznym wynikiem. Byłam 39 na 109 biegnących kobiet. Jarek czekał już na mnie na mecie, pokonał swoje 3 kółka 1 h i niecałe 27 min. On miał inną motywację: jak sam przyznał biegł za pewną zgrabną dziewczyną :) Faceci mają dobrze! Co więcej, jego poziom tkanki tłuszczowej okazał się być w normie!

Czekając na Włodka, poszliśmy przebrać się do samochodu, a tam, dla odmiany na nas, czekała pani strażniczka miejska z mandatem za wjazd do lasu. Nie próbowaliśmy jej nawet tłumaczyć, że jako Leśne Ludki powinniśmy być do tego uprawnieni.

Trening przed maratonem

Mój trzeci i chyba ostatni w tym roku start w Dziku wypadł bardzo dobrze. Chciałem pokonać maksymalnie długi dystans i to mi się udało. Ale po kolei. W Nordicu wystartowałem jako jedyny Ludek, bo Asia i Jarek pobiegli po 3 pętle. Ja już na pierwszym kilometrze załapałem się do fajnej grupki zawodników, w której zgodnie pokonywaliśmy dystans. Czteroosobowa grupa składała się z jednej dziewczyny(całkiem zgrabnej)  i trzech facetów trochę nadgryzionych zębem czasu. Laska nadawała nam tempo, a my podążaliśmy za nią. Kiedy spróbowałem "ucieczki" to po kilkuset metrach mnie skasowali. pokornie więc maszerowałem na końcu grupy. Po dwóch okrążeniach trasy jeden z seniorów zakończył zawody(końcówkę biegł z kijkami) i zamiast niego dołączył do nas młody zawodnik. W tym odmłodzonym składzie dotarliśmy do czwartego okrążenia. Na jego początku po uzupełnieniu płynów zaatakowałem i grupa się rozbiła. Młody szedł za mną i udzielił porad technicznych, które pomogły ukończyć zawody bez upadku, takiego jak miesiąc temu. Gleba mnie ominęła i dotarłem do mety w dobrym czasie 2:22.30 godz. na dystansie 19.528 km (tempo 7.18 min/km).  Zająłem 4 miejsce na ok. 70 zawodników NW, tylko 10 sek. za moim młodym towarzyszem marszu. Zakwasy mam solidne, ale podbudowałem się psychicznie bo maraton we Wrocławiu już za niecałe 3 tygodnie. Każdy solidny i długi trening jest dla mnie teraz bezcenny i ten start tak traktuję.

Włodek o Mstowie

Kolejna runda Jurajskiego Pucharu NW została rozegrana w okolicach Mstowa na Przeprośnej Górce. Dotarły tam tylko dwa Leśne Ludki: Andrzej i ja. Okres urlopowy i inne sprawy okroiły nasz skład na te zawody. Walczyliśmy dzielnie, przy fajnej pogodzie i na szczęście krótkiej trasie (3.45 km). Na szczęście, bo sobotni start w Szarlejce trochę nadszarpnął moimi siłami (walka z Jarkiem do ostatniego metra). Startowaliśmy razem z dziewczynami, więc walka była przejrzysta. Starałem się nie stracić zbyt wiele na początku i w miarę się to udało. Tempo było ostre, trasa średnio trudna. Starałem się gonić Andrzeja, który poszedł jak zwykle mocno do przodu. Trzy okrążenia trasy przeleciały dość szybko. Na mecie okazało się, że byłem najlepszy w trzeciej dziesiątce (21), a Andrzej ostatni w drugiej (20). Przegrałem z nim tylko o 11 sekund. Na podium nie byliśmy, bo tradycyjnie nasza kategoria była najmocniejsza.

Marek o Orbicie

Moja jazda w Orbicie rozpoczęła się dwa dni wcześniej – w nocy z środy na czwartek miałem sen że już jadę rowerem w nocy i nie wiedziałem w jakim kierunku. Sen nie był meczący, wiec na niedzielę byłem pozytywnie nastawiony. Pozostał dylemat jaki dystans wybrać i gdzie się dołączyć?

Czytaj więcej: Marek o Orbicie

Kasia o Orbicie

Zakręcona niedzielna przygoda rowerowa

W zeszłym roku, siedząc wygodnie za ekranem komputera, emocjonowałam się losami Orbitowiczów – szaleńców, którzy porwali się na dobowy rajd dookoła Częstochowy trasą o długości 500 km. W tegorocznej edycji dystans wyniósł (bagatela) 450 km i jak zwykle chętnych do długiego pedałowania nie brakowało. Na liście uczestników pojawiły się również debiutujące w tej imprezie Leśne Ludki: Asia, Jarek, Marek, Włodek oraz ja. Nikt z nas co prawda nie planował pokonać pełnej pętli, ale mieliśmy ambitne plany, a w nich wykręcenie kilometrowych życiówek.

Czytaj więcej: Kasia o Orbicie

Aśka o Orbicie

Pierwszy porządny rower w moim długim życiu zawdzięczam krzarze. Kupiłam go na jesień i od razu pokochałam. No, prawie od razu -- jak tylko wyleczyłam rany po kraksie na pierwszym kilometrze. Od wiosny jeżdżę na nim prawie codziennie, ale nigdy nie były to długie wycieczki. Toteż propozycji wzięcia udziału w tegorocznej Orbicie z początku w ogóle nie brałam do siebie. Uznałam zaproszenie za czysto kurtuazyjne. Jednak moje domowe Leśne Ludki potraktowały pomysł z entuzjazmem. I gdy tak słuchałam ciągle o ewentualnych trasach, ekwipunku, planach strategicznych, to powoli zaczynałam zazdrościć i też zapragnęłam wziąć udział w tym szalonym przedsięwzięciu. Jako osoba rozsądna i ostrożna zdecydowałam się na przejechanie jedynie ok 100 km. Tylko jak to zrobić, by zgrać się z resztą ekipy? Pierwszy pomysł był taki, by dojechać do Krzepic, a stamtąd do Częstochowy. Ostatecznie stanęło jednak na tym, że, dzięki pomocy Piotrka, dołączę do Jarka z Włodkiem w Dobrodzieniu. To było trochę mniej kilometrów, niż wcześniej planowałam, ale czułam się dzięki temu bezpieczniej. A i pogoda, jak wiadomo, nie rozpieszczała orbiterów w tym roku. Samą przejażdżkę opisali już ze szczegółami moi towarzysze. Włodek napisał, że z ulgą przyjął metę. Ja czułam żal, że to już i lekki niedosyt. Jedyną rzeczą, która mi się nie podoba, to konieczność jazdy ruchliwymi drogami, często dziurawymi, bez pobocza. Dla mnie to bardziej męczące i stresujące od upału, długotrwałego wysiłku itp. Jednak rozumiem, że nie da się inaczej i, o ile los (i krzara) pozwoli, na pewno wezmę udział w następnej Orbicie i przejadę znacznie, znacznie więcej :))

Jarek o Orbicie

„Na Orbicie” znaleźliśmy się dzięki krzarze. Nie bardzo wierzyłem, że uda mi się przejechać z Zawiercia do Częstochowy przez Siewierz, Tarnowskie Góry, Brynek, Olesno i Krzepice. W sumie 175km. To okazało się nietrudne. Gdyby jeszcze nie ten upał (miejscami 44°C) i złapany kapeć, wrócilibyśmy do Częstochowy dużo wcześniej. O jeździe nie będę nic pisał, bo cóż moje skromne 170,5km (ominęliśmy Krzepice) znaczy przy 360km gościa, który przejechał całą trasę na ostrym kole (wiem, że nie wiecie, co to jest; wyguglujcie sobie, a jeśli dalej nie będziecie nic rozumieć, to wytłumaczę, jak postawicie kawę). Wszystkie osiągnięcia pozostałych orbitowiczów przy wyczynie mistrza od ostrego koła, to pestka. Ja pobiłem swój dzienny rekord w przejechanych kilometrach, wypitych izotonikach, wypitej coli, wylanym pocie itd. Dziękuję leo59 i Varii za wspólną jazdę. Wszystko było super z wyjątkiem jednej rzeczy. Zważyłem się przed wyjazdem i po przyjeździe. I pomimo tego, że w zasadzie nic nie jadłem w trakcie dnia (no tylko żurek, jeden baton energetyczny i jedna princeskę), to wróciłem cięższy o 1kg. W przyszłym roku rzucam się na 250km. Może wtedy schudnę…