Relacje z zawodów

Ludki dla WOŚP - 2013

W niedzielę silna  5-osobowa ekipa Ludków wzięła udział w II edycji biegu "Policz się z cukrzycą". Bieg był rozgrywany w ramach XXII Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Adrian, Sławek i Zbyszki byli na miejscu startu(początek III Alei NMP w Częstochowie) jako jedni z pierwszych, o czym świadczą ich numery startowe. Ja dotarłem najpóźniej, ale dzięki zajęciu kolejki po numer przez Adriana nie musiałem wcale tracić czasu. Szybka rejestracja i już maszerowaliśmy do "szatni" w Adriana samochodzie. W ramach rozgrzewki przebiegliśmy kawałek III Alei i sprawnie ruszyliśmy do walki. Pierwsza część trasy prowadziła w kierunku Jasnej Góry III Aleją i potem przez park jego prawą stroną, cały czas pod górę i pod wiatr. Zbyszek Stęplowski i Sławek Bielecki pognali do przodu. Za nimi Zbyszek Paszewski (powrót na trasy biegowe po półrocznej przerwie), potem ja i Adrian Błaszczyk (powrót na trasy po operacji kolana). Na dróżce parkowej dogoniłem drugiego ze Zbyszków a potem już z górki i z wiatrem gnałem za Sławkiem, który trochę za szybko zaczął bieg. W alei było trochę niebezpiecznie bo płyty były śliskie i musiałem uważać, żeby nie zakończyć biegu po efektownym upadku. Sławka nie dogoniłem ale byłem tylko 11 sekund za nim. Zbyszek Stęplowski zajął wysokie 12 miejsce w czasie 9 min i 7 sek. Sławek był 35 (czas 10:12) ja 40 (czas 10.23). Zbyszek Paszewski i Adrian zajęli dalsze lokaty, przerwa w startach i treningach dała znać o sobie. Na mecie każdy dostał fajny medal i pakiet startowy "Jurajskiej". Po biegu można było zjeść grochówkę u strażaków za datek do puszki( dobrą) i zobaczyć pokaz sprawności strażaków. W biegu wzięło udział 150 zawodników, w tym wielu naszych znajomych. Pogoda jesienna, tylko zimny wiatr trochę przeszkadzał. Dystans według naszych obliczeń wyniósł o 200 m mniej niż podali organizatorzy - 2.3 km.

Włodek o Strzelcach

Poczułem się w obowiązku napisania relacji ze startu Ludków w Strzelcach Opolskich. W końcu "powiodłem" do boju grupę debiutantów w tym biegu. Dla mnie był to już 8-my start w Biegu Strzeleckim, a zaczynałem w 2004 roku. Zbiegiem okoliczności moje czasy z pierwszego i ostatniego biegu były niemal identyczne. Ale trasy zupełnie inne i dystans też nie dokładnie taki sam. Ale dość historii. Tegoroczne zawody odbyły się przy najlepszej pogodzie jaka pamiętam. Trasa płaska, prawie sucha i tylko tradycyjny wiatr trochę przeszkadzał. Na starcie stanęło ponad ośmiuset zawodników(rekord imprezy !), w tym pięć Ludków: Mariola, Marek, Jarek, Zbyszek i ja. Asia po raz drugi ze względów zdrowotnych była fotoreporterem. Po starcie Marek ruszył ostro do przodu, Zbyszka musiałem trochę pogonić a ja z Jarkiem spokojnie zaliczyłem pierwszą (najkrótszą - ok. 2 km) pętlę. Mariola biegła swoim tempem i spokojnie dotarła do mety, mimo iż podobno tego nie zakładała. Pozostałe trzy pętle liczyły po ok. 4.3 km i udało mi się je pokonać w niemal idealnie równych czasach. Miałem kilka momentów zwątpienia ale jakoś je pokonałem. Na agrafkach mijaliśmy się z Markiem, Zbyszkiem i Jarkiem. Już wtedy wyliczyłem, że biegną na bardzo dobre czasy. Potwierdziło się to na mecie. Marek pobiegł w nieco ponad godzinę i pięć minut, Zbyszek niecałe godzina i dziewięć minut, Jarek niewiele ponad godzinę i 24 minuty. Moje godzina i piętnaście z haczkiem to dobry wynik jak na brak treningu i nadwagę. Trzeba ruszyć z treningami bo pogoda na razie sprzyja. Medale jak zawsze w Strzelcach fajne, grochówka jak widać na fotkach gęsta. Niestety, nagród nie wylosowaliśmy. Na niedzielę mamy zaproszenie na bieg kończący rok do Kłobucka. Liczę na udział w nim Ludków.

U Jacka w Blachowni

Ostatnia niedziela listopada to tradycyjne zakończenie sezonu biegowego w gościnnej Blachowni. Ludki po raz trzeci zostały zaproszone przez Jacka Chudego i jego przyjaciół na niedzielny trening. Pogoda jesienna, ale atmosfera rodzinna. Miło było zobaczyć znajome twarze biegaczy z Blachowni, Częstochowy, Kłobucka, Lublińca. Odliczyły się wszystkie zaprzyjaźnione kluby biegowe. Ludki reprezentowała czwórka zawodników, dwoje naszych multimedalistów: Asia Grygiel i Łukasz Bielecki oraz Sławek Bielecki i ja. Po pamiątkowych fotkach ruszyliśmy po leśnych duktach, każdy w swoim tempie. Strusie pędziwiatry pognały do przodu, a ja z Asią spokojnie zamykaliśmy stawkę biegaczy. Biegło się bardzo fajnie, mimo chłodnego wiatru. Tempo Asi mi odpowiadało, było idealne na trening. Trasę ok. 7.2 km pokonaliśmy w niecałe 39 minut. Na mecie tradycyjnie czekały oryginalne medale wykonane przez Jacka (przy ich produkcji niemal nie stracił palca u ręki !). Potem szybkie przebranie się i smażenie kiełbasek przy ognisku. Po ustaleniu gdzie następnym razem startujemy udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Cieszymy się z zapowiedzi Jacka, że w przyszłym roku wraca do kalendarza Przełajowa Ósemka w Blachowni.

Gdyby Tuwim biegał w Bełchatowie...

Postanowiłam napisać dość osobistą relację z Bełchatowskiej Piętnastki, a dlaczego - wyjaśni się pod koniec mojej opowieści.
Wybieraliśmy się na te zawody dość liczną ekipą, w dwa samochody. Wiadomo jednak, że życie weryfikuje ambitne plany, i tak - a to kontuzja, a to sprawy zawodowe eliminowały kolejnych chętnych do biegania, i ostatecznie wybraliśmy się w piątkę: oprócz mnie z Jarkiem, jeszcze Andrzej, Włodek i Zbyszek. Na miejscu dołączyli, zaprzyjaźnieni z Włodkiem, Małgosia i Maciek, ale oni startowali w biegu na 5 km, a poza tym nie są (jeszcze?) Leśnymi Ludkami.
Dzień zaczął się nie najlepiej.  Przyjechaliśmy z Jarkiem do Bełchatowa dość wcześnie, ale i tak nie umieliśmy znaleźć miejsca do zaparkowania. W końcu zostawiliśmy samochód w środku wielkiego blokowiska i poszliśmy się zarejestrować do biura zawodów. Tam spotkaliśmy resztę naszej ekipy. Po odebraniu pakietów startowych udaliśmy się do samochodu po torby, żeby przebrać się przed biegiem  i wtedy, z 3 piętra bloku przy samochodzie, wychylił się jakiś mężczyzna i spytał, czy nie zgubiliśmy dokumentów. Okazało się, że widział, jak Jarkowi wypadły  i zaraz potem zebrał je jakiś samochód. Pan wykazał się nie tylko spostrzegawczością, ale i przytomnością umysłu i zapisał numery tego samochodu.
Jarek sprawdził, rzeczywiście  dokumentów nie było. Poszliśmy do biura zawodów, spytać, czy ktoś ich nie oddał, ale nie. Na szczęście obok była komenda policji i okazało się, że dokumenty tam już czekają. Znalazcy okazali się uczciwi i zaradni. To przywraca wiarę w ludzi. Wątpię, aby zainteresowani to przeczytali, niemniej chciałabym  serdecznie podziękować Panu z okna i znalazcom dokumentów za życzliwość i pomoc.
Wszystko dobre, co się dobrze kończy, ale sami rozumiecie, że byliśmy już mocno zestresowani. Nie ukrywam zresztą, że przeżywam każde zawody i każde ustawianie się na starcie wprawia moje serce w dziki galop, który paradoksalnie uspokaja dopiero... sam bieg. Dobrze, dobrze, wiem, że to niemądre i niepotrzebne, że nic od tego nie zależy, że bieg ma być przyjemnością, blablabla. Uprzedzałam, że to bardzo osobista relacja i nie zamierzam ściemniać.
Tak (a może nawet bardziej :)) było i teraz. Ustawiliśmy się całą leśnoludkową grupką wśród prawie 800 biegaczy. Czekanie na start jest trudne przy takich temperaturach. Wiadomo, że człowiek nie ma na sobie za dużo ubrania, już się rozgrzał, a teraz stygnie i zaczyna być nieprzyjemnie. Każda minuta opóźnienia trwa godzinami. Założę się, że wszyscy biegacze tak samo jak ja uwielbiają przemowy oficjeli na starcie... Tu na szczęście wszystko przebiegło sprawnie i ruszyliśmy. Podobnie jak lokomotywa z wiersza Tuwima. Najpierw powoli, jak żółw ociężale -- no przecież muszą się rozpędzić ci z przodu... I biegu przyśpiesza, i gna coraz prędzej, i dudni, i stuka, łomoce i pędzi... No, każdy pędzi jak umie, ale na początku tłum niesie i gna się bez opamiętania, a raczej aż do momentu, gdy opamiętania zażądają pozbawione oddechu płuca... A dokąd? A dokąd?... no jak to dokąd, do mety! Tym razem trzy piękne, płaskie, kręte kółeczka, 5 kilometerków każde... A skądże to, jakże to, czemu tak gna?...Aaaa, na to pytanie to już chyba każdy biegacz ma swoją odpowiedź. Jeśli jesteście ciekawi mojej, to poczekajcie jeszcze chwileczkę. Niektórzy gnają po atrakcyjne nagrody, ale oni to gnają naprawdę! Z podziwem patrzę na dublujących mnie na siódmym kilometrze zawodników (głównie zza naszych wschodnich granic). Zwycięzca pokonał te 15 km w troszkę tylko ponad 45 minut!
A mnie pierwsze 10 km kosztowało prawie 56 minut, ale to było bardzo przyjemne 56 minut i jestem z siebie niesłychanie dumna, bo jeszcze niedawno tylko marzyłam o złamaniu godziny na tym dystansie. A teraz mknę dalej... No, mknę to za dużo powiedziane. Przemieszczam się do przodu, raz szybciej, raz wolniej (złośliwa kolka na trzynastym kilometrze), ale do przodu i o to chodzi! Co jakiś czas widzę przed sobą Jarka, i co tu kryć, to mnie podrywa do galopu, a raczej chwilowego galopku. Jednak brakuje ciągle dostatecznego wybiegania na dłuższych dystansach i trzecie kółko mam znacznie słabsze. Dobiegam na metę i oczom nie wierzę: 1h 26 min! A tak chciałam zmieścić się w półtorej godziny. Udało się z naddatkiem!!! Na mecie troskliwie zajmują się mną Andrzej ze Zbyszkiem. Oni przybiegli już 20 minut temu. Nigdzie nie możemy znaleźć Jarka, który przybiegł przed chwilą i Włodka, który jest na mecie już od 13 minut i ma  moją kurtkę. Trudno, staję w ogromnej kolejce do depozytu. W międzyczasie przychodzi sms z moim wynikiem. Hurra, wygrałam swoją kategorię! W nagrodę dostaję torbę sportowych drobiazgów: bidon, skarpety, opaskę, czapeczkę i inne drobiazgi. Za drugie i trzecie miejsce w kategorii nagrodą był tort. Wygląda bardzo smakowicie i mam wrażenie, że moi koledzy zaczynają żałować, że nie biegłam trochę wolniej....
Zasłużyli wszyscy na ten tort i muszę pomyśleć o ufundowaniu go (upiec nie umiem, niestety). Jest okazja. To był mój 50ty start w zawodach! Sama nie mogę w to uwierzyć. Jak to możliwe??? Przecież jeszcze trzy lata temu zarzekałam się, że biegać to ja nigdy nie będę. Absolutnie, zdecydowanie i z całą pewnością NIGDY. Pomysł, żebym mogła brać udział w zawodach biegowych wydawałby mi się zupełnie absurdalny. A prawdopodobieństwo znalezienia się na podium uznałabym za równe prawdopodobieństwu spotkania Marsjan na własnym podwórku. Ludzie, nigdy, ale to nigdy nie mówcie nigdy! Wiecie, że na podium stawałam już w ciągu tego 2,5 roku trzydziestokrotnie? Pewnie, w kategorii starszych pań, ale czy ktoś broni innym paniom w moim wieku stanąć ze mną szranki? Jak oddają pole walkowerem, to ich problem. I wcale nie wszystkie przecież oddają:)
Ile straciłam, nie wiedząc jak wspaniałą rzeczą jest bieganie. Ale przecież lepiej późno niż później! Radość  to jednak tylko jeden z wielu prezentów, które daje bieganie. Tylu nowych przyjaciół zyskałam, tyle ciekawych miejsc razem odwiedziliśmy, tyle  wrażeń, tyle wspólnych tematów i pasji. No dość, bo się robię sentymentalna! Myślę, że jeśli to czytacie, to pewno podzielacie moje szaleństwo. Jeśli jednak nie, to zapewniam Was - warto spróbować.

Górski półmaraton w Krostoszowicach

No i moje marzenie o zaliczeniu pierwszego w życiu półmaratonu ciągle pozostaje niespełnione...
Ale po kolei... Po konieczności rezygnacji ze startu w półmaratonie ostrawskim szukaliśmy jakiejś imprezy, która mogłaby mi to zrekompensować i Jarkowi na maratonypolskie.pl rzucił się w oczy II Półmaraton Baszta w Krostoszowicach. Ponieważ mieliśmy akurat wolny weekend, więc nie namyślaliśmy się długo i wpisaliśmy się na listę. Wkrótce wśród zapisanych uczestników było już 5 Leśnych Ludków. Niestety, kontuzja uniemożliwiła start Markowi i Marioli, więc ostatecznie wybraliśmy się na Śląsk tylko w trójkę z Andrzejem.
Już po zapoznaniu się z opisem trasy wiedziałam, że będzie ciężko. Na dodatek pogoda zaczęła się psuć i wszystkie prognozy mówiły zgodnym głosem (co, jak wiecie, nie jest częste), że będzie lało. No cóż, powiedziało się A, to teraz... trzeba dzielnie stanąć na starcie. Tak też zrobiliśmy. Do pokonania były 4 pętle, każda o długości 5300 m. Podbieg zaczynał się zaraz na początku. Nie był bardzo stromy, ale długi. Potem dłuuuuga prosta, ostry zbieg, bardzo stromy podbieg, znów w dół i w górę do mety. Pierwsze kółko jakoś poszło, choć gdy mijając zegar przy balonie startowym zobaczyłam, że minęły już 33 minuty, wiedziałam, że nie jest dobrze. Drugie kółko biegłam już wolniej, ale ciągle biegłam, aż do stromej górki pod koniec. Gdy na nią wczłapałam, poczułam się wykończona. No nic, teraz w dół... do czasu, oczywiście. Na pierwszą górkę na trzecim kółku już nie wbiegałam. Po prostu szłam. Co kawałek próbowałam jeszcze truchtać, ale tempo miałam żałosne. Wreszcie się wypłaszczyło, zaczęłam biec i choć kosztowało mnie to sporo wysiłku, to jeszcze wierzyłam, że może dam radę czwartemu kółku. Tak było tylko do momentu kolejnego spotkania ze stromym podbiegiem (a raczej podejściem)... Pod koniec trzeciego kółka zdublował mnie Andrzej, który próbował mnie jeszcze podtrzymać na duchu, ale ja już wiedziałam, że nie tym razem dane mi będzie pokonanie półmaratonu. Z trudem dokończyłam trzecie kółko i spasowałam po 1h i 49 minutach walki. Andrzej przebiegł całość w świetnym czasie 1:45. Jarek też dał radę 4 okrążeniom, choć zajęło mu to o 12 minut więcej niż ten sam dystans w Ostrawie. Bardzo podobało mi się jego podsumowanie zmagań z trasą: przy pierwszym spotkaniu z bardzo stromą górką postanowił wbiegać na nią na pierwszych dwóch okrążeniach, przy drugim - że wbieganie odbędzie się w co drugim okrążeniu, a przy trzecim - że jednak tylko przy tych okrążeniach, których numer daje przy dzieleniu przez 4 resztę 1:)
Mieliśmy szczęście, że padać zaczęło dopiero 2 godziny po starcie. Bieg po mokrych liściach w ulewnym deszczu byłby jeszcze trudniejszy.
Cierpliwie czekaliśmy na ogłoszenie wyników i losowanie nagród. Okazało się, że byłam jedyną kobietą w swojej kategorii (widocznie panie w moim wieku są rozsądniejsze i nie biegają po górkach w lesie), więc odebrałam medal i talon na 100 złotową zniżkę na buty Asics. Andrzej zajął w swojej kategorii 8 miejsce i też przysługiwał mu talon. Prócz tego wylosowałam bardzo fajny plecak, a Andrzej bidon. I sami widzicie, jakie życie jest niesprawiedliwe: nie przebiegłam całego dystansu, a nie dość, że mimo to wygrałam, to jeszcze obłowiłam się w losowaniu!

Deszczowy Toruń

Do Torunia dojechałem 5 pociągami w czasie 9 godzin - koszt podróży 25 złotych. Nie jest to mój rekord, bo w 2009 roku dotarłem do Gdańska w 16 godzin za 17 złotych. W Toruniu czekał mnie jeszcze marsz do Biura zawodów na stadionie "Elany", a potem na nocleg przy Rynku Nowomiejskim. Mimo, że noc była najdłuższa w tym roku (zmiana czasu) spałem niewiele. Ale przed startem byłem bojowo nastawiony. Ruszyliśmy ze Starego Rynku, spod pomnika Kopernika, przy pochmurnej pogodzie. Temperatura plus 16 stopni, prawie idealna. Czasy pierwszych kilometrów i dobre samopoczucie, rokowały niezły wynik. Po 6 km opuściliśmy miasto i ścieżką rowerową (nowiutka nawierzchnia asfaltowa !) udaliśmy się w kierunku gminy Łubianka. Po minięciu 13 km opuściliśmy ścieżkę i przez kilkanaście km biegliśmy normalnymi drogami, przy ograniczonym ruchu. Na 21 km zaczął padać deszcz, który po kilku minutach zmienił się w ulewę, popartą zimnym, przeciwnym wiatrem. Moje (i chyba nie tylko moje) tempo spadło o kilkanaście sekund na kilometrze. Momentami nie było nic widać i trzeba było uważać,żeby nie wpaść pod samochód(jechały w miarę wolno). Po kilku km ulewa przeszła w deszcz, a po nawrocie w kierunku Torunia (w gminie Łysomice) wiatr zamiast czołowo wiał z boku. Kilometry mijały coraz wolniej i sił ubywało. Na 33 km musiałem zaliczyć przydrożne pokrzywy. Po tej wizycie mój żołądek poczuł się znacznie lepiej i do końca biegu nie sprawiał już kłopotów. Ale nogi po deszczowo-wiatrowej kąpieli nie chciały już nieść. Na ironię wtedy wyszło zza chmur piękne słońce i towarzyszyło nam do końca dnia. Takich zmiennych warunków nie przeżyłem w żadnym z 16 moich poprzednich maratonów. Po minięciu 40 km znalazłem się przy bramie stadionu "Elany", gdzie znajdowała się meta maratonu. Czekała mnie jeszcze prawie dwukilometrowa agrafka, żeby mieć prawo wbiegnięcia na stadion. Z wielkim wysiłkiem dotarłem do zbawczej bramy i po rundzie wokół bieżni zaliczyłem metę. Czas marny(4 godz 19 min i 21 sekund), mimo iż na półmetku liczyłem, że zbliżę się do 4 godzin. Znowu brakło kilometrów na treningach (to lewe kolano !) i chyba trzeba poprzestać na połówkach maratonów, bo te jeszcze mi jakoś wychodzą. Medalu nie dostałem, podobnie jak wielu innych uczestników (podobno za mało dostarczył producent) i czekam aż mi przyślą. Starówka toruńska, zwłaszcza po zmroku, piękna i zawsze chętnie tam wrócę. Ale nie na maraton. Może kiedyś na Półmaraton Świętych Mikołajów.

Dziki Toruń

Kolejny Dzik... Mam sentyment do tego biegu, jeszcze od czasu, kiedy nie było tam tak tłoczno, a my dzielnie nordikowaliśmy, zaczynając naszą przygodę z zawodami sportowymi. Choć po sierpniowej przygodzie z pomiarem tłuszczu, lasek panewnicki zaczął mi się kojarzyć z otyłością, na którą podobno cierpię i na samą myśl o Biegu Dzika zaczynam  z niepokojem oglądać się w lustrze.

Czytaj więcej: Dziki Toruń

Majorka

Pomysł wyjazdu na maraton na Majorkę podsunęła mi rok temu moja córka Marcela mieszkająca na tej wyspie. Jesienią ubiegłego roku wspomniała o tym, iż niedługo ma się odbyć w stolicy wyspy, Palmie, maraton. Jako, że miałem w tym czasie opłacony inny wyjazd temat był nieaktualny, ale może w przyszłym roku...? pomyślałem. Na wiosnę zacząłem przyglądać się temu startowi dokładniej - jakie opłaty startowe, skąd i w jakiej cenie wylot, pogoda, jakie koszty pobytu. Po zebraniu informacji wyjazd zaczął się rysować się coraz bardziej realnie. Ale najlepiej byłoby startować w większej grupie. Rozpuściłem wici. Odpowiedzieli Cebule i Gałązki. Marek i Jarek zdecydowali się na maraton – to razem było nas trzech. Renia i Mariola wybrały półmaraton, a Ania 10 km. Jako uzupełnienie ekipy – pomoc i foto na trasie - zgłosiła się moja Janka i córka Kamila.

Czytaj więcej: Majorka

Mistrzostwa Powiatu w NW 2013

W Mistrzostwach Powiatu Częstochowskiego w NW Leśne Ludki wystartowały, podobnie jak w Częstochowie, w 2-osobowym składzie. Zbyszek debiutował na swoim terenie w tej dyscyplinie sportu. Poszło mu super, bo od razu zaliczył podium. Dystans zawodów stanowiły trzy okrążenia stawu "Amerykan" koło hotelu "Kmicic". Długość jednej pętli ok. 1.5 km, podobnie jak naszej żareckiej. Pogoda ładna, ale wiatr momentami chciał głowę urwać. Stawka zawodników była mniej liczna niż na JPNW, ale elity nie zabrakło. Ja dzień wcześniej zrobiłem trening 17 km (z kijami i bez) i trochę czułem to  w nogach. Ale poszedłem przyzwoicie. Niestety, tempo Zbyszka było dla mnie nieosiągalne. Nie szarpałem się, żeby mu dotrzymać na siłę kroku i w klasyfikacji mężczyzn zajęliśmy 12 i 13 miejsca. Grzesiu Dors jak zwykle nie skąpił nagród i nam też się trafiły dyplomy, napoje i słodycze regeneracyjne. Teraz przede mną Toruń i magiczne 42.195 km. Będę walczył - oby o dobry wynik a nie o życie.

Zakończenie JPNW

Start w Częstochowie był moim obowiązkiem, bo było to zakończenie całorocznej wędrówki po jurajskich gminach. Z ośmiu rund opuściłem tylko pierwszą w Olsztynie, ze względu na kontuzję.
Las aniołowski miał zaszczyt gościć dwa ludki: Adriana i mnie. Kibicowali nam: Halinka (twórczyni naszej flagi), Sławek (fotoreporter) i syn Adriana (nasza przyszłość). Pogoda jak zwykle na Jurajskim bezdeszczowa ale pochmurno. Dwa okrążenia fajnej trasy minęły dość szybko, jedyne utrudnienie to kamienie na dróżkach. Mój marsz sprowadził się do walki z dziewczynami, które cały czas stukały kijkami tuż za mną. Jedna z nich pozwoliła sobie nawet na wyprzedzenie mnie na końcówce trasy. Zachowałem się nawet fair play, bo ustąpiłem miejsca na trasie. Piąte miejsce w trzeciej dziesiątce to aktualny stan moich możliwości. Adrian przymaszerował nieco ponad dwie minuty za mną. Robi postępy. Życzę mu szybkiego powrotu na trasy po operacji kolana. Podsumowanie JPNW było dla mnie bardzo miłe, bo zostałem nagrodzony dyplomem i torbą łakoci. Podzielę się nimi z Ludkami, bo to nagroda za ich pracę przy organizacji naszych zawodów. Moje kolejne relacje za tydzień ze Złotego Potoka i za dwa tygodnie z Maratonu toruńskiego (jak go przeżyję !).

Poetycko o Dominatorze

Ależ piękna jesień się zrobiła. A jesień na Jurze naprawdę potrafi być zachwycająca! Nie ma co wtedy siedzieć w domu, tylko trzeba ruszać w plener i się napawać. A jeśli do tego jeszcze doda się szczytny cel, a wszystko okrasi spotkaniem z przyjaciółmi, no, to już chyba nic ująć, nic dodać.

Aby to wszystko zrealizować wystarczyło wybrać się dzisiaj do Rzędkowic koło Zawiercia na kolejną edycję biegu przełajowego Dominator - Zjeżdżaj z Rakiem w ramach inicjatywy wspierania obozów rehabilitacyjno-wspinaczkowych dla dzieci z nowotworem.

I tak też zrobiliśmy.Co nieco wiedzieliśmy już o tym biegu, bo rok temu startowało w nim kilka Leśnych Ludków. Niestety, w tym roku tylko ja i Jarek mogliśmy się wybrać do Rzędkowic. Byliśmy już jednak uprzedzeni, że ten 10 km bieg ma prawie jedenaście kilometrów, że jest to bieg pod górę (a konkretnie pod górę o nazwie Apteka), bo choć z góry, zgodnie z prawami natury też być musi (skoro start pokrywa się z metą), to zapamiętuje się głównie ten pierwszy element, a także, że dla nie-herosa są tam kawałki terenu, gdzie bieg występuje tylko w nazwie, a w praktyce trzeba się wczołgać podpierając wywieszonym jęzorem.

Zapewniam Was, drodzy czytelnicy, że to wszystko prawda! Sprawdziłam osobiście. Ale wiecie, jakiej satysfakcji dostarcza przebiegnięcie tej przepięknej trasy? Jeśli nie, to spróbujcie za rok! Może pogoda będzie równie sprzyjająca jak dzisiaj - słonecznie, ale nie gorąco. Wiatr był wręcz zimny, gdy się stało, ale podczas biegu zapewniał idealne chłodzenie.

Po drodze mijaliśmy drzewa w płomieniach liści, przetykane soczystą zielenią iglaków i prześwitujące przez nie bielą jurajskie skały. To trochę perfidne zagranie organizatorów - uroda krajobrazu kusi by się zatrzymać choć na chwilę i utrwalić ten obraz w tęczówce oka, by było na zaś, na zimę. Oczywiście tylko w takich momentach, kiedy coś widać, tzn. pot nie zalewa człowiekowi oczu, co oznacza w praktyce zbieganie z górki. Wtedy jednak lepiej patrzeć pod nogi, bo trudność trasy nie opierała się tylko na stromych podbiegach, ale także na wykrotach, korzeniach, piachach i pięknych, ale zdradliwych, bo śliskich kobiercach z opadłego listowia. W końcu to bieg przełajowy!

Znaczną część trasy przebiegłam samotnie, bo też po górkach żaden ze mnie tytan, a i słowo "przebiegłam" jest tu w wielu momentach semantycznym nadużyciem, ale wcale się tego nie wstydzę, bo byłam 6 wśród 8 kobiet, a nie da się ukryć, że mogłabym być mamą chyba każdej z nich (oprócz samej siebie, rzecz jasna :)). Wspominam o tym dlatego, że jestem pełna podziwu dla organizatorów za wspaniałe oznakowanie tak długiej i skomplikowanej trasy. Tylko raz miałam drobną wątpliwość, co dalej, a i tak wynikało to wyłącznie z mojej nieuwagi.

Wszyscy zawodnicy byli w tym biegu zwycięzcami i wszyscy zostali jednakowo nagrodzeni przez organizatorów dyplomami, koszulkami oraz  zestawem map i przewodników. 

Moim zdaniem Ambitni Amatorzy, współorganizatorzy tej imprezy powinni zmienić swoją nazwę na Ambitni Profesjonaliści i to nie tylko dlatego, że świetnie biegają, ale za perfekcję i profesjonalizm w organizowaniu zawodów biegowych.