Relacje z zawodów

III Cross Czwórki - Dąbrowa Górnicza, 26 października 2014

Gry rozwiały się mgły...

Do ostatniej chwili wahałam się, czy wybrać się na III Cross Czwórki do Dąbrowy Górniczej. Dwa lata temu wystartowałam w nordiku i po wygraniu kategorii kobiet (a przez chwilę nawet kategorii open, ostatecznie jednak zagubionym na trasie liderom zmieniono czas i przywrócono ich na pierwsze miejsca) wróciłam z bagażem nagród i pozytywnych wspomnienień. Gdy jednak obudziłam się w tegoroczną niedzielę 26 października, moim oczom ukazało się... no właśnie - nic. Świat za oknem spowity był mgłą tak gęstą, że wcale nie uśmiechało mi się wkraczanie w bezkresną białą czeluść. Ostatecznie jednak zacisnęłam zęby i z niemałym żalem opuściłam ciepłe i suche mieszkanie.

Czytaj więcej: III Cross Czwórki - Dąbrowa Górnicza, 26 października 2014

Leśne Ludki w Gruzji

W trzeciej dekadzie października dwa Ludki: Andrzej i Włodek wybrały się na obóz treningowy do Gruzji. Piękna pogoda sprzyjała wielogodzinnym marszom bez pomocy kijków po górzystych stolicach (dawnej - Kutaisi i aktualnej - Tbilisi) tego przyjaznego nam kraju. Trening biegowy został zaliczony nad Morzem Czarnym w Batumi. Na przejściach dla pieszych ćwiczono refleks i szybkość. Marsze po chodnikach ćwiczyły podzielność uwagi i wzmacniały wszystkie stawy, zwłaszcza nóg. Niestety, zimne elektrolity spowodowały poważne przeziębienie Włodka.

VIII runda IV JPNW - Słowik, 12 października 2014

W żółtych płomieniach liści

Październikowa jesień to chyba najpiękniejszy okres w całym roku. Świeżo opadłe liście tworzą wzorzyste, szeleszczące kobierce. Jeszcze nie całkiem ogołocone drzewa mienią się ciepłozłotymi barwami. Przez rozsłonecznione konary przebijają refleksy błękitnego nieba. Las mile drażni intensywnym aromatem grzybów i podmokłego mchu. Nie trzeba wielkiego wysiłku, by doświadczyć tych wszystkich wrażeń. Wystarczy kawałek lasu i odrobina słońca. Taki zestaw, niczym pakiet startowy, otrzymał każdy z uczestników ostatniej rundy Jurajskiego Pucharu Nordic Walking, która odbyła się w niedzielę w Słowiku - małej wiosce w gminie Poczesna.

Czytaj więcej: VIII runda IV JPNW - Słowik, 12 października 2014

7 runda IV JPNW - Mysłów, 21 września 2014

Pośród pagórków leśnych, pośród łąk zielonych...

Po raz pierwszy w organizację Jurajskiego Pucharu Nordic Walking włączyła się gmina Koziegłowy. Przedostatnia w tegorocznym cyklu runda odbyła się w Mysłowie, niewielkiej wiosce położonej pomiędzy Koziegłowami a Myszkowem. Choć próżno tu szukać typowych dla Jury wapiennych ostańców i warownych zamków, miejscowi organizatorzy zadbali o atrakcyjność marszu prezentując to, co w okolicy najcenniejsze - malownicze zielone pagórki. Na wytyczonej 6,5-kilometrowej trasie czekały więc na nas męczące podejścia i brodzenie po kostki w świeżo skoszonej trawie. Choć niektórzy utyskiwali na niezgrabione siano, polne drogi, którymi przyszło nam podążać, świetnie spisały się jako arena nordikowych zmagań - kijki wbijały się w podłoże jak w masło.

Czytaj więcej: 7 runda IV JPNW - Mysłów, 21 września 2014

Bieg Rodzinny - Częstochowa, 14 września 2014

Na zawody do Częstochowy pojechałem trochę z przymusu. Ze względu na dolegliwości kolana i słabą kondycję zrezygnowałem z Dzika na rzecz krótkiego (3 km) dystansu. Wybór okazał się trafny, bo startując w NW zająłem trzecie (!) miejsce w klasyfikacji generalnej. Ale zaczęło się nerwowo bo po dotarciu na miejsce startu na Promenadzie okazało się, że nie ma zapisów i startują tylko zapisani przez internet. Wykazaliśmy z Zygmuntem cierpliwość i przyjęli nas na miejsce tych, którzy nie dojechali. Ja startowałem w miejsce Zbyszka Stęplowskiego. Prawie setka biegaczy i 15 nordikowców walczyła przy pięknej pogodzie, na bardzo podobnej trasie jak przed tygodniem w Jurajskim. Już po kilkuset metrach stawka maszerów ukształtowała się i spokojnie zmierzałem do mety na 3 miejscu. Na lepsze nie było szans, ale z tyłu gonił mnie Adrian. Ale jakoś dotarłem w dobrym tempie do mety. Adrian był niestety czwarty (ukradłem mu medal!), podobnie jak Łukasz w biegu. Sławek, Zygmunt i Kamil również spisali się dobrze. Zawody komentował nasz przyjaciel Krzara - jak mu nie było gorąco w tym futrzanym przebraniu! Teraz czekają nas ostatnie treningi przed Ostrawą i Iverness.

Szósta runda IV JPNW - Częstochowa, 7 września 2014

Jasne, że Częstochowa

Pierwsze powakacyjne spotkanie w ramach IV Jurajskiego Pucharu Nordic Walking miało miejsce w Częstochowie. Była to już szósta tegoroczna pucharowa runda i jak zwykle organizatorzy zawodów spisali się na sześć. Uczestnicy zapisywali się do samego końca i po raz kolejny liczba startujących była trzycyfrowa. Doskonała frekwencja w całym cyklu zawodów świadczy nie tylko o popularności nordic walking, ale również o przywiązaniu nordikowców do Pucharu.

Czytaj więcej: Szósta runda IV JPNW - Częstochowa, 7 września 2014

41. Silvretta Ferwall Marsch - Galtür, 23 sierpnia 2014

Mein Tiroler Land

Choć z górskich wakacji sprzed roku zachowałam same pozytywne wspomnienia, przez jakiś czas dość stanowczo odrzucałam Piotrka propozycję spędzenia tegorocznego urlopu w tej samej co ostatnio alpejskiej dolinie. Jednak gdy lipiec chylił się ku końcowi, a my ciągle nie mieliśmy sprecyzowanych planów wakacyjnych, wybór ponownie padł na Paznauner Tal w austriackim Tyrolu. Nie bez znaczenia dla tej decyzji była możliwość wzięcia udziału w 41. Silvretta Ferwall Marsch, w którym debiutowaliśmy rok wcześniej. Tym razem zdecydowaliśmy się na pobyt w Galtür - miejscowości, w której znajdują się start i meta wspomnianego marszu.

Czytaj więcej: 41. Silvretta Ferwall Marsch - Galtür, 23 sierpnia 2014

Orbita w oczach Włodka

Mój udział w tegorocznej Orbicie stał pod dużym znakiem zapytania ze względu na poważną chorobę ojca. Ostatecznie zdecydowałem się na start, ale kombinowany. Wyruszyliśmy z Jarkiem o 6-tej rano (dwie godziny za późno!) do Kroczyc i dalej już trasą Orbity na Zawiercie, Siewierz Tarnowskie Góry do Brynku. Tam zaplanowałem powrót przez Woźniki i Koziegłowy do domu. Ale po kolei. Liderem naszej ekipy był podobnie jak w ub. roku Jarek. Ja starałem się w miarę możliwości nie zwalniać za bardzo tempa. Już po kilkunastu kilometrach poczułem mocny ból w pachwinach. Był on efektem mojej pracy społecznej w sobotę - malowałem na drabinie sufit naszej świetlicy. Na zjazdach bałem się, że upadnę i zakończę udział w Orbicie w szpitalu. Na płaskich odcinkach było trochę lepiej. Dotrwałem jakoś do pierwszego postoju i rozruszałem nogi. Z biegiem czasu ból powoli ustąpił i nabrałem wiary, że przejadę jakiś przyzwoity dystans. Po zaliczeniu ostatniego poważnego wzniesienia pod Tarnowskimi Górami było już ok. Jarek co prawda odjeżdżał mi na spore odległości, ale musiał zwalniać, żeby mnie nie zgubić. Jego rower był zdecydowanie szybszy na zjazdach i musiałem odrabiać dystans na pozostałych odcinkach trasy. Dotarliśmy razem na posiłek do Brynku, smaczny i pożywny. Niestety, w Tworogu rozstaliśmy się po 88 km wspólnej jazdy. Jarek podążył dalej trasą Orbity, ja wracałem  do domu, do ojca. Droga była fajna, zacieniona i dobrej jakości. Ruch nie był za duży więc jechałem w miarę bezstresowo w porównaniu do poprzedniego odcinka, gdzie kilkakrotnie próbowano mnie rozjechać. Część naszego społeczeństwa nie dorosła do korzystania z dróg publicznych. Chamstwo i brak wyobraźni niektórych kierowców sa przerażające. Ale szczęśliwie dotarłem do domu, wcześniej osobiście meldując Piotrkowi moja pozycję w Orbicie. Umówiłem się z nim na wyjazd do Częstochowy, na zakończenie imprezy na 18-tą. Miałem niecałe cztery godziny na krótki odpoczynek, rehabilitację ojca, posiłek i dokręcenie 32.5 km do pobicia mojego zeszłorocznego rekordu. Udało się, i do mojej mety dotarłem o 17.59. Pokonałem 170 km, co może przy innych wynikach to nie wygląda rewelacyjnie, ale w mojej sytuacji byłem bardzo zadowolony. Na szczęście Piotrek przyjechał kilka minut później i nie musiał czekać. Spoko zajechaliśmy na metę Orbity. Piotrek piekł kiełbaski, ja piłem piwko i czekaliśmy na uczestników. Pierwsi dotarli o 19.55, a po nich po kolei następni. Ludki, czyli Asia, Kasia, Andrzej, Marek i mój towarzysz Jarek zmęczone, ale zwycięskie dojechały do mety, wszyscy z nowymi rekordami. Nie przeszkodził, tradycyjny upał zamówiony przez Krzarę. Za rok na pewno znowu przesuniemy nasze rekordy do przodu.

Mój najdłuższy półmaraton

Do triathlonu na dystansie długim przymierzałem się od roku. Wyczytałem, że Susz jest kolebką triathlonu, więc postanowiłem tam zadebiutować. Pojechałem do Susza w 2013 roku jako obserwator, podpatrywałem organizatorów, byłem na odprawie zawodników i starałem się dowiedzieć jak najwięcej szczegółów dotyczących triathlonu. Miałem rok  na przygotowanie się: raz w tygodniu basen, raz w tygodniu rower i normalny trening biegowy jak dotychczas. A czas pokaże jak wyjdą te treningi. Treningi rowerowe były najtrudniejsze do realizacji i w rowerze też czułem się najsłabszy. 

W styczniu zapisałem się na triathlon na dystans długi, opłaciłem startowe i od tego czasu czekałem i zastanawiałem się czy dam radę. Zawody w Suszu były rozgrywane 4-6 lipca 2014, więc 4 lipca w piątek rano byliśmy już w Suszu i rozlokowaliśmy się na małej polance przy jeziorze. Pobraliśmy pakiet startowy i w tym samym pomieszczeniu malują mi numer startowy na prawym bicepsie i lewej łydce. Mam nadzieje, że numer 337 będzie szczęśliwy. W tym samym dniu odprawa techniczna i o godz. 19.00 wstawianie rowerów do T1, czyli strefy zmian. Na odprawie technicznej tłumaczono nam jak pływać, czyli jak i z której strony omijać bojki czerwone, a z której bojkę białą. Później omówienie trasy rowerowej i biegowej.

W sobotę start o 9.00. Do strefy zmian T1 można jeszcze wejść i uzupełnić rzeczy. Przebieram sie w piankę triathlonową, wchodzę do wody i rozgrzewam się w wodzie. Temperatura wody 20 stopni. Główny sędzia zawodów ogłasza, że start odbędzie się z wody. Wszyscy mają się ustawić wzdłuż pomostu i przed startem trzymać się pomostu jedną ręką - przy prawie 400 uczestnikach nie było to łatwe. Ruszyliśmy, utrzymanie normalnego i prawidłowego stylu pływackiego było wręcz niemożliwe. Co chwilę ktoś mnie uderza ręką, kopie nogą. Ja postępuje tak samo, chociaż tego nie zamierzałem robić.

Pływanie szybko się skończyło. Wychodząc z wody ściągałem piankę w biegu jak wszyscy, wyprowadziłem rower i ruszyłem na 4 okrążenia. Pierwsze okrążenie przeleciało szybko i w dobrym czasie. Każde następne było gorsze. Jak pływałem, to myślałem że chciałbym już jechać rowerem. Przy trzecim okrążeniu marzyło mi się pływanie - temperatura 25 stopni robiła swoje. Strefa T2 przebiegła szybko i ruszyłem na 3 okrążenia wokół jeziora. Pierwsze kilometry były dziwne - nogi sztywne i jednocześnie jak z waty, ale o dziwo wyprzedzałem innych. Martwiłem się tylko, czy dotrzymam do końca, bo zmęczenie całego organizmu dawało o sobie znać.

Impreza była bardzo dobrze przygotowana: co 3 km był bufet z wodą, napojami izotonicznymi, owocami, gąbkami z wodą i lodem w woreczkach. Poza tym wolontariusze byli wszędzie i nie sposób było pomylić drogę. Doping ludzi na trasie był wspaniały: częstowali wodą, robili prysznice z węży ogrodowych, byli poprzebierani. Każda miejscowość na trasie rowerowej miała przygotowane transparenty i dopingowała do ostatniego zawodnika na trasie. Jak na taką małą gminę (ok. 13 tysięcy ludzi), to zajęliby 1 miejsce w organizacji dopingu. 

To tyle przemyśleń, a ja dalej biegnę. Zacząłem 2 kółko, ścieżka wokół jeziora wybrukowana, więc nie muszę wysoko podnosić nóg. Co chwilę woda, trochę piję, dużo wylewam na głowę, korzystam z pryszniców i mokrych gąbek. Woreczków z lodem boję się użyć ze względu na dużą różnicę temperatur. Strefy kibica bardzo mocno dopingują, wolontariusze też dopingują mimo zmęczenia - to już jest ich 6 godzina "pracy".
No i w końcu ostatnie kółko. Myślę, że dam radę, chociaż nie wiem już w jakim tempie biegnę. Ok.200 m przed metą słyszę, że oto ostatni zawodnik wbiega na metę przed upływem 6 godzin, ale niestety to nie ja. Minutę po tych słowach wbiegam na czerwony dywan, który prowadzi mnie do mety. Na zegarze widać 06:01:00. Jestem szczęśliwy z powodu ukończenia i czasu który uzyskałem.

24 edycje triatlonu w Suszu spowodowały,  że organizatorzy doszli już do perfekcji w organizowaniu takich imprez - nic tylko uczyć się od nich. W każdy wieczór był organizowany występ zespołów muzycznych, bardzo dobre nagłośnienie, telebim pokazywał obraz, który był widoczny z dużej odległości, a przecież w niedzielę jeszcze następne zawody. Losowanie głównej nagrody roweru Scott było przewidziane na godzinę 19.00 w niedzielę, więc zostaliśmy do niedzieli, aby dać losowi jakąś szansę. W niedzielę w sprincie kategorii open brała udział Ania Gałązka, która ukończyła ten dystans w bardzo ładnym czasie jak na debiut. Teraz już wiemy jak to jest startować w triathlonie, więc myślimy, że następne zawody przebiegną lepiej i poprawimy trochę nasz czas.

Nordic Walking w Koszwicach

Pierwszy dzień lata nie rozpieszczał nas od rana pogodą, która była wyjątkowo kapryśna. Na zawody do Koszwic ruszyliśmy jednak w dobrych humorach. Wiedzieliśmy, że gospodarze zorganizują imprezę perfekcyjnie i z wielką życzliwością wobec zawodników i kibiców. Tak też było. Komary zostały unicestwione (ja nie spotkałem ani jednego !), trasa super, pogoda wytrzymała prawie do końca. Miejsce zawodów jest urokliwe, czuliśmy się jak u siebie. Na początku marszu starałem się nie stracić za wiele dystansu, bo ja jak zawsze wolno się rozkręcam. Jarek ruszył ostro do przodu, za nim ja, Adrian i Zygmunt. Jakoś radziłem sobie na kamienistym odcinku trasy i pod koniec 3 km dogoniłem Jarka i dalej podążaliśmy razem. Wyprzedziliśmy paru zawodników bo tempo było mocne, poniżej 7 min/km. Czołówka, z Grzesiem Dorsem na czele, gnała o wiele szybciej, ale to tempo nie na nasze nogi i ręce. Po punkcie napojowym na 5 km Jarek troszkę odpuścił, ale na ostatnim, siódmym kilometrze znowu mnie dogonił. Jednak na końcu pozwolił mi wygrać ze sobą. Niestety, jak zwykle nasza kategoria wiekowa jest śmiertelnie mocna i nie załapaliśmy się na podium. Ale nagród dla nas nie brakło. Po pożywnym posiłku, którego było pod dostatkiem, wręczono nagrody najlepszym zawodnikom oraz trzy wyróżnienia. Jedno z nich trafiło w nasze ręce - statuetka i miłe słowa są dowodem naszej przyjaźni z P.P. Wrzycielami. Na koniec przystąpiono do losowania nagród rzeczowych. Pudło,  w którym znajdowały się fanty, wydawało się być bez dna. Wśród nagród były pufy, jaśki ,kijki, książki itp. Ja wylosowałem najciekawszy upominek, bo czeka mnie dodatkowa podróż do karczmy Koszwice na ufundowany obiad. Jarek i Zygmunt też pusto nie wracali, a na dodatek zdobyliśmy fajne sadzonki. Postaramy się przyjechać na kolejne zawody do Koszwic jak tylko to będzie możliwe.

NW w Mstowie - 2014

Na czwartą rundę JPNW w Mstowie dotarłem z nowym Ludkiem Zygmuntem Paskiem z Poraja. Był to jego pierwszy start w naszej koszulce i od razu b. udany. Zajął 61 miejsce na 115 startujących, co jak na początkującego weterana z kategorii plus 50 jest obiecującym prognostykiem przed dalszymi startami. Zawody odbyły się przy pochmurnej pogodzie, idealnej do zawodów sportowych. Trasa typowo jurajska, czyli podejścia, zejścia, kamienie, trawa i piękne widoki. Tym razem, w przeciwięństwie do poprzednich dwóch lat,  Mstów przygotował najdłuższą trasę z całego cyklu (na razie) liczącą 8 km. Wiodła ona wokół zabytkowych stodół. Dwie pętle zleciały jednak dość szybko, mimo iż wielu zawodników przed startem trochę wystraszył podany dystans wyścigu. Dzięki walce z zawodnikiem z Mstowa, z którym ścigaliśmy się przez większość trasy, zająłem dobre 15 miejsce i 3 w kategorii wiekowej. Adrian zajął 37 miejsce i robi postępy, oby tak dalej. Zaliczyliśmy już połowę cyklu JPNW, z tego większość "górskich" tras, za którymi nie przepadam. Mimo, iż widoki piękne wolę trasy płaskie jak u nas w Żarkach Letnisku.