W Lublińcu, czyli dlaczego czasami warto pójść z kijami

Teraz już przyznam się głośno: a jednak dałam się namówić na zawody z kijami. I -- mimo, że już trzeci dzień ledwo chodzę z powodu zakwasów -- nie żałuję :) Impreza była na dziesiątkę z plusem, daję słowo! Zastanawiam się, czy powinnam zdradzać gdzie, bo za rok wszyscy zechcą tam pojechać, a ja lubię bardziej kameralne zabawy, ale niech tam, nie będę psem ogrodnika! A więc tak, dobrze się domyślacie: chodzi o półmaraton nordicowy w Lublińcu.

Próbowałam ustalić, kto wpadł na tak genialny pomysł, żeby tam pojechać, ale w końcu nie wiem. Mnie oczywiście namówiła Kasia, która lubi kijki, zwłaszcza na dłuższych dystansach. Wybraliśmy się we czwórkę, z Włodkiem i Andrzejem, wiedząc, że na miejscu spotkamy Kasię z Przemkiem, Mariolę i fantastyczną ekipę z Koszwic - tym razem w roli współorganizatorów. Tłumów nie było. Impreza miała za dużą konkurencję w postaci Pucharu Polski NW w Polanicy. Za to zawodnicy przyjechali nie byle jacy - sami starzy wyjadacze, żadnych "spacerowiczów" z kijkami. No cóż, 21 km to już nie przelewki. Trochę mi mina zrzedła, bo nie trenowałam nordica od roku, ale słowo się rzekło -- kobyłka u płota, a raczej kije w ręce i do dzieła!

Ruszyliśmy do lasu prowadzeni przez wóz bojowy. Nie żartuję, spójrzcie tylko na obrazek obok! Hmm, wygląda to trochę na atak piechoty, ale spokojnie, nikt nie ucierpiał. Może tylko muszki, które nas obsiadały, ale ostatecznie to one zaczęły, więc mogły się liczyć z konsekwencjami. Pogoda zrobiła się piękna, jak na zamówienie. I wyobraźcie sobie, że wyjątkowo nie mam na myśli, iż zaczął padać deszcz, a temperatura spadła poniżej 10 stopni :) Nie, do dłuższego nordica nie są potrzebne aż takie fanaberie. Nie było zimno, ani upalnie, niebo nic na nas nie zrzucało oprócz łagodnych promieni słonecznych, słowem: pogoda idealna! No, pod nogami mieliśmy trochę kałuż (a nawet trochę więcej niż trochę), ale dały się omijać, więc nawet moje ukochane buty nie miały do mnie za wielkich pretensji.
Trasa przepiękna: przez majowe lasy -- najzieleńsze z zielonych, przy wtórze ptasich śpiewów, owiewani łagodnym wietrzykiem przynoszącym zapach czeremchy i młodej trawy. Jak w bajce, daję słowo!

No i szłam sobie przez ten las, i szłam, i szłam... prawie trzy godzinki (na szczęście tylko prawie:)) i sama nie wiem, kiedy była już meta. Aż się zdziwiłam potem, jak obejrzałam sobie międzyczasy na moim run-logu, bo właściwie przez cały czas miałam identyczne tempo. Nie umiem tak biegać: najpierw rwę do przodu, a potem sił mi zabraknie i zwalniam coraz bardziej. Z kijkami mam inaczej: mogę iść naprawdę długo i niespecjalnie się zmęczę, ale przyspieszyć szczególnie nie umiem. Dlatego ścigać się nie lubię. Pewno to braki techniczne, ale zasadniczo uważam, że jak się mam ścigać, to lepiej biegać, pisałam już zresztą na ten temat...

Wchodzę sobie zatem na metę i słyszę jakieś dziwne informacje, że coś wygrałam. W uszach mam jeszcze słuchawki, a w nich leci ciekawy kryminał Cobena, w rękach kije, a tu dopada do mnie chmara ludzi: ktoś wiesza na mnie medal, ktoś wręcza izotonik, ktoś coś mówi do mikrofonu ... Próbuję wyłączyć audiobooka, żeby zrozumieć, o co chodzi, zaplątuję się w kable i kijki, z rąk wypada mi butelka, nie wiem, o co chodzi i stoję jak ta ostatnia oferma. Wreszcie Andrzej przytomnie wyjmuje mi słuchawki z uszu i wtedy dowiaduję się, że organizator ufundował specjalną nagrodę (MP4 Player) dla zawodnika, który uzyska czas najbliższy jego czasowi na półmaratonie w Trzebnicy i ... tym zawodnikiem jestem właśnie ja:) Ja to mam szczęście, wygrywam najdziwniejsze kategorie :)

I tym sposobem znów zostaję najbardziej utytułowaną zawodniczką imprezy, bo w swojej kategorii wiekowej byłam druga, a na dodatek w losowaniu dostały mi się nowiutkie kijki! A to się obłowiłam -- jak komary w Koszwicach. Każdy, kto uczestniczył w zeszłym roku w zawodach NW w Koszwicach zrozumie doskonale to piękne porównanie autorstwa Prezesa :)

Wiem, życie jest niesprawiedliwe: Kasia, która była trzecia wśród kobiet i pierwsza w swojej kategorii musiała zadowolić się pucharem i koszulką. Ale cóż, ona ma jeszcze sporo lat i zawodów przed sobą, więc będzie miała wiele szans się nagrabić... Gorzej mają Andrzej z Włodkiem, bo choć poszli bardzo ładnie, to kategoria panów w tym wieku jest zawsze bardzo mocno obsadzona. Na pocieszenie Andrzej wylosował torbę, a Włodek książkę (z autografem autora!) o nordicu. Ostatecznie nikt nie mógł więc narzekać. Ale przecież nie po fanty tam jechaliśmy, tylko po wrażenia, dobrą zabawę, spotkanie z ludźmi, którzy mają podobne pasje. I dostaliśmy to wszystko do syta i jeszcze więcej.

Impreza została dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, a ponieważ sami organizujemy takie zabawy, więc świetnie wiem, ile to kosztuje czasu i pracy. Szczególne, dodatkowe podziękowania dla koszwickiej rodzinki za pyszne jedzonko i gorący aplauz!

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found