Bieg Korfantego w Katowicach

Jakieś fatum wisi nad moimi startami w biegach na 10 km! Choć właściwie na dzisiejszy start w Katowicach nie mogłabym narzekać, gdyby nie.... ale nie uprzedzajmy biegu wypadków :)

Na udział w biegu im. Korfantego zdecydowaliśmy się całkiem niedawno. Jarek zarządził, że mam nas zapisać przez internet i oczywiście natychmiast polecenie wykonałam, ale -- czy coś poszło nie tak, czy może źle wpisałam  swój mail -- nie wiem, w każdym razie nie otrzymałam, w odróżnieniu od Jarka, potwierdzenia swojego zgłoszenia. No trudno, i tak płacić mieliśmy na miejscu.

W nocy budził mnie kilkakrotnie szum deszczu. Rano wstałam z bólem głowy i najchętniej schowałabym się z powrotem pod kołderkę, ale słowo się rzekło -- teraz głupio się wycofać i zostawić kolegów na lodzie. Jechała nas cała ekipa Leśnych Ludków - 8 sztuk, w tym ja jako jedyna przedstawicielka płci żeńskiej. Bieg Korfantego zaczyna się przy jego pomniku w Katowicach, a kończy też przy jego pomniku -- ale w Siemianowicach. Postanowiliśmy zostawić samochody przy mecie, a na start dotrzeć miejską komunikacją. Okazało się to jeszcze prostsze: część ekipy zabrał z Siemianowic Marek, a część jacyś nieznani wcześniej biegacze (dziękujemy :)). Padało, gdy jechaliśmy do Katowic, padało, gdy odbieraliśmy numery startowe, padało, gdy poszliśmy się przebrać (i schronić przed deszczem) do Katowickiego Centrum Kultury. W końcu przyszła pora, by oddać nasze bagaże w depozyt do podstawionych autobusów i udać się na start. I wtedy okazało się, że padać przestało!

W sumie nie było się z czego cieszyć. Deszcz by trochę chłodził, a tak, to było dość ciepło i parno. Z rozbawieniem obserwowałam biegaczy ustawiających się pod wielkim balonem startowym w polarach i kurtkach przeciwdeszczowych. Nie wiedzieli, co czynią! Obejrzeliśmy jeszcze złożenie kwiatów przez Buzka i prezydenta Katowic pod pomnikiem, zagrała nam orkiestra dęta i ruszyliśmy.

Do buta miałam uwiązanego chipa, jak wszyscy. To moje stałe zmartwienie -- już dwa razy na zawodach musiałam łowić chipa po krzakach, bo jakoś nie chciał biec ze mną. W ogóle w sprawie wiązania butów jestem znaną ofermą. Całymi latami, łażąc po górach większych i mniejszych, doprowadzałam swoich towarzyszy do rozpaczy, wrzeszcząc w regularnych odstępach czasu "Poczekajcie! But mi się rozwiązał!". Jeśli myślicie, że robiłam to, by kupić sobie chwilę wytchnienia, to jesteście całkowicie w błędzie. Uważam, że wiązanie butów jest znacznie bardziej męczące niż chodzenie po górach. Gdy zaczęłam startować w zawodach problem sznurówek stał się palący: teraz już nikt nie chciał czekać, aż zawiążę buta. Wypróbowałam różne metody i powiem, że żadna nie jest doskonała i niezawodna. Tym razem jakiś nieznany wcześniej biegacz użalił się nade mną słysząc moje narzekania na odpadające chipy i pomógł wiązać buty. Niestety, to też okazało się niewystarczające. Pierwszy but rozwiązał mi się mniej więcej 200 metrów po starcie. Drugi minutę potem. A potem zaraz znowu pierwszy :(

Oznacza to, że pierwsze dwa kilometry od startu poruszałam się zrywami. Najpierw powolne przeciskanie się przez tłum zawodników (a było nas podobno 1300), potem wiązanie buta. Szybki bieg, by nadrobić straty. Wiązanie buta, szybki bieg, wiązanie buta.... No dość, powiedziałam sobie. Niech buty robią co chcę, ja sobie biegnę równo, bo się zajadę. Zwłaszcza, że zaczął się dłuuuuugi podbieg obok Spodka. No i tak sobie biegłam, biegłam, mały kryzysik na siódmym kilometrze, lekki stresik na widok tabliczki obwieszczającej ukończenie ósmego kilometra (vide Bieg Częstochowski), aż dobiegłam. Przebiegając obok zegara zauważyłam, że zajęło mi to 56 minut i 23 sekundy. Hurra! To dla mnie świetny wynik (zwłaszcza, że to brutto). Tak, ja wiem, niektórzy skrzywią się z pogardą, też mi coś. Nawet medalu dla mnie zabrakło (podobno mają dosłać). A ja i tak uważam, że poszło mi świetnie :))

No to dlaczego pisałam o jakimś fatum, spytacie? Bo nie mogę Wam udowodnić, że tak było rzeczywiście! Kiedy, w odróżnieniu od moich kolegów, nie dostałam smsa z wynikiem, zaniepokoiłam się i poszłam oglądać wywieszone rezultaty. Długo oglądałam. I bezskutecznie :( Zdenerwowana pobiegłam do organizatora spytać, dlaczego mnie nie ma na liście. "Widocznie chip się nie sczytał" - stwierdził. Zobaczymy, czy będę w oficjalnych wynikach... A teraz musicie mi uwierzyć na słowo. No, mam jeszcze odczyt z run-loga :)

Tu warto dodać, że wszystkim moim kolegom z drużyny poszło dobrze, oczywiście jedni byli bardziej zadowoleni z wyników, inni mniej, ale wszyscy razem w dobrych humorach spożyliśmy wielkie kiełbaski, popiliśmy kawą Idea i - w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku - wróciliśmy do domów.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found