Bieg z Jajami - Lubliniec, 21 kwietnia 2014

Ale jaja!

Kończące się właśnie święta na pewno będę wspominać pozytywnie. W sobotę wybraliśmy się z Piotrkiem na kolejny parkrun Kraków: dla mnie był to trzeci start, dla Piotrka drugi. Udało nam się obojgu poprawić wcześniejsze wyniki - pierwsza radość. Następnego dnia postanowiłam zainaugurować sezon rowerowy i skoro świt wyruszyłam w niemal 90-kilometrową trasę. Jak na powrót do pedałowania po ponad półrocznej przerwie może trochę za daleko, ale widoki i pogoda piękne. Druga radość. I czas na trzecią - w Lany Poniedziałek wybraliśmy się razem z Prezesem do Lublińca na Bieg z Jajami.

Bieg wypatrzyłam w necie jakieś dwa tygodnie wcześniej i od razu podjęłam decyzję: jadę. Zapowiadała się świetna zabawa. Dystans 8 kilometrów, czyli ani dużo, ani mało - dla mnie w sam raz. Po lesie - dla LL idealnie. Ponadto w połowie trasy otrzymywało się dwa jajka, które należało w całości dostarczyć do mety. Zgubienie jajka to 10 minut kary, dotarcie do mety z samymi skorupkami - minuta. Ponadto zamiast medalu - jajko. Krótko mówiąc: sympatyczna impreza bez spiny.

Na bieg wybrałam się razem z Prezesem, który zaufał mi, że tego dnia nie będzie padać. Ha, nie tylko nie padało - pogoda była rewelacyjna, słońce mocno świeciło, las dawał cień - nic, tylko biegać. Na miejsce dotarliśmy bez przeszkód, odebraliśmy numery startowe i... okazało się, że ja jestem Wojciechem, natomiast Prezes Claudią. Mój numer pochodził z MikroKatorżnika, natomiast numer Włodka (różowy) z Biegu Ślicznotek. Wszyscy startujący otrzymali losowe numery pochodzące z różnych biegów, bo - jak słusznie zauważył jeden z organizatorów - to w końcu bieg z jajami.

Choć święta jeszcze się nie skończyły, mnóstwo osób uznało udział w biegu za świetny sposób spędzenia wolnego czasu. Na starcie stanęło ponad 100 biegaczy i biegaczek, a w towarzyszącym 2-kilometrowym biegu dla najmłodszych około 40 dzieci. Tuż po 11 ruszyliśmy po jajka. Przez pierwszą minutę kotłowaliśmy się na leśnej ścieżce, ale szybko kolorowy tłum rozciągnął się i każdy znalazł swoje (przynajmniej chwilowo) miejsce w stawce.

Po poprzednich dwóch dniach czułam zmęczenie i jedno z kolan nieprzyjemnie dawało o sobie znać. Tym niemniej pierwszy kilometr pokonałam tuż za plecami Prezesa, który nadawał solidne tempo. Jednak po pięciu minutach zaczęłam odstawać i próbując uspokoić oddech łajałam się za nadmierny optymizm, który na początku każdego biegu każe mi biec zdecydowanie za szybko. Do trzeciego kilometra dotarłam całkiem sprawnie, choć czułam, że niezbyt długo dam radę utrzymywać narzucone tempo. Myśl przewodnia kolejnego kilometra to: "biegnij, zaraz będą jajka", a jeszcze następnego: "biegnij, połowa za tobą, masz już jajka"... Niestety potem zabrakło mi już takich dopingujących myśli i już tylko powłóczyłam nogami walcząc z narastającym zmęczeniem. Wysiłek wcześniejszych dni dawał się coraz bardziej we znaki i czułam jak z każdym krokiem słabnę. Wiedziałam jednak, że przecież dam radę, a poza tym... mam jajka, które muszą dotrzeć na metę. I dotarły, a ja wraz z nimi.

Oczywiście natychmiast po przekroczeniu linii mety powrócił doskonały humor, a wraz z nim nowa energia. Zadanie wykonane, jajka dotarły w całości, kolejne jajko otrzymałam za uczestnictwo. Włodek, który przybiegł ponad dwie minuty przede mną, mógł się pochwalić takim samym dobytkiem. Aż dziwne, że od tego ściskania i ogrzewania jaj w czasie biegu, nic się z nich nie wykluło!

Najszybsi biegacze otrzymali w nagrodę pełne kosze... oczywiście jaj! Zwycięzcy muszą teraz uważać na cholesterol, bowiem w największych koszach według moich szacunków spokojnie mieściło się ich z 8 tuzinów! Zgodnie z oczekiwaniami impreza była niezwykle pozytywna. Przede wszystkim przyjemnie było spotkać znajomych i wraz z nimi bawić się w jajecznym biegu. Wracaliśmy w doskonałych humorach, umilając sobie czas biegowymi opowieściami.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

People in this conversation

Comments (1)