Maraton Łódź Dbam o Zdrowie

  • Drukuj

Na maraton do Łodzi zapisałem się jako osoba towarzysząca Andrzejowi. Na razie odpuszczam starty w pełnych maratonach, dlatego w Łodzi wystartowałem na dyszkę. Do biura zawodów w hali Atlas Arena dotarliśmy w sobotę po południu (rano przed startem nie było możliwości odbioru pakietów startowych). Obok hali zastaliśmy plac budowy, a właściwie rozbiórki stadionu ŁKS-u. Na miejscu starego obiektu ma powstać nowoczesny stadion – termin jak to w Polsce bliżej nieokreślony.

Po odebraniu pakietów startowych zrobiliśmy obchód stoisk firm farmaceutycznych i sportowych. Trochę ciekawych rzeczy było.  Andrzej wziął udział w symulacji dachowania samochodu, ja poddałem się pomiarowi ciśnienia. Obydwu nam ciśnienie skoczyło mocno. Andrzej wisiał, zapięty pasami głową w dół, mnie ciśnienie mierzyła ładna dziewczyna. Powody do skoku ciśnienia były, pomijając stres przedstartowy. Do hotelu dotarliśmy przeciskając się rozgrzebanymi ulicami. W nagrodę warunki noclegowe super. Po spacerze ul. Piotrkowską nawodniliśmy się i spać.

Rano udało się Andrzejowi zaparkować samochód blisko startu i mety. Po przebraniu ruszyliśmy wraz z chmarą zawodników na miejsce startu oddalone o kilkaset metrów od mety w hali Arena. Pogoda super, chłodek i brak słoneczka,  trasa płaska, tylko biegać i bić rekordy. Ruszyliśmy wspólnie z szerokiej Alei Unii Lubelskiej. Po ok. 400 m maratończycy pognali w prawo my prosto. Początek biegłem spoko, nawet za bardzo, bo międzyczasy były marne. Ale po pierwszej pętli ok. 6km biegłem już w niezłym tempie. Druga, to ciągłe wyprzedzanie kolejnych zawodników – od 5 km poprawiłem się o ponad 150 pozycji. Na metę w atlas Arenie dotarłem w czasie 47.11 min. na 452 miejscu (ukończyło 2540 zawodników).

Po kąpieli i małym co nieco ruszyłem na trasą maratonu, której końcówkę niedawno biegałem dwukrotnie. Mogłem dopingować zawodników na tzw. „agrafce” na 31 i zarazem 36 km. Fajnie było swój start mieć za sobą i patrzeć jak inni się mordują. Czołówka 6 zawodników rwała do przodu z dużą przewagą, a potem kolejni zawodnicy. Bardzo dużo znajomych – Zabiegani, NGB Kłobuck i inni zaprzyjaźnieni biegacze. Po jakimś czasie ręce mnie zaczęły boleć od klaskania.  Przeszedłem więc na doping słowny, zwłaszcza, że robiłem fotki i ciężko było bić brawo z aparatem w ręku. Napatrzyłem się na różne style biegania jak nigdy, a wniosek: nie ważny styl, ważny efekt końcowy. Widok Andrzeja na 31 km nie napawał optymizmem bo biegł już ciężko. Ale tracił nie tak wiele i na 36 km dotarł jeszcze w niezłej formie. Końcowe kilometry miał trudne, ale nie tylko on. Darek Gutowski biegł na rekord życiowy, ale nie dał rady, Ula Cupiał, też biegła na czas poniżej 4 godzin i trochę brakło. Po minięciu przez znajomych 36 km udałem się w pobliże mety. Ja miałem spacerkiem ok. 300 m, oni ponad 6 km mordęgi. Współczułem im, mając świeżo w pamięci moje ostatnie maratony. Andrzej dotarł do mety w czasie 3:39.11 godz. na 547 miejscu na 1638 uczestników, którzy ukończyli bieg. Zwyciężył Polak Yared Shegumo w czasie poniżej 2 godz. 11 min. Wynik Andrzeja całkiem niezły, bo poprzednie starty dały mu w kość. W ciągu trzech tygodni dwa maratony, półmaraton i dycha, wszystko po trudnych trasach (oprócz Łodzi), to trochę za dużo. Ogólnie wyjazd fajny, organizacja bardzo dobra, niczego nie brakło.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found
Powered by Komento