Leśne Ludki w Ziemi Świętej

  • Drukuj

Plany dotyczące wiosennego maratonu zaczęliśmy snuć zaraz po zakończeniu jesiennego wyjazdu na Majorkę. Spośród kilku propozycji prawie od razu wybór padł na Jerozolimę. Za przemawiało: dobre połączenie lotnicze z Pyrzowic, niedrogie bilety, tania opłata startowa i przede wszystkim olbrzymia ciekawość Izraela – kraju tak różnego od dotychczas przez nas odwiedzanych. Na wyjazd i start zdecydowałem się ja wraz z Markiem w maratonie oraz Mariola w półmaratonie. Ekipę wyjazdową uzupełniała moja córka Kamila. Zapisaliśmy się na bieg i opłaciliśmy start. Zaczęliśmy się zastanawiać na jak długo jedziemy – co chcemy i zdołamy zobaczyć, gdzie i ile noclegów rezerwujemy. Przeczytaliśmy wiele opracowań dotyczących Izraela, opinii na forach internetowych i plan podróży zaczynał nabierać kształtów.

Wylot z Pyrzowic był we wtorek 18 marca o 14.00 a maraton w piątek 21 marca. Postanowiliśmy  zarezerwować pięć noclegów w Jerozolimie, trzy w Nazarecie i ostatni w Tel Awiwie, powrót we czwartek 27 marca. Na lotnisku w Pyrzowicach zauważyliśmy charakterystyczne sylwetki biegaczy  i poznaliśmy kilka osób z Warszawy i Gorlic, które również wybierały się na biegi w Jerozolimie . Po trzygodzinnym locie wylądowaliśmy na lotnisku Ben Gurion w Tel Awiwie.  Stanęliśmy w kolejce po wizę. Pani w okienku spytała czy na maraton – wcześniej kilka osób podała taki cel przyjazdu - i wydała nam wizę w postaci małej niebieskiej karteczki. Przeszliśmy z bagażami obok celników, którzy zupełnie nie zwrócili na nas uwagi. Mikrobus z wypożyczalni zawiózł nas do biura rent cars mieszczącego się nieopodal lotniska , gdzie mieliśmy zarezerwowany samochód. Odebraliśmy dokumenty i kluczyki do rocznego Hyundaia I20. Ustawiliśmy gps – przezornie jak się potem okazało wgranego na netbooka przez Kamilę - na Jerozolimę i rozpoczęliśmy podróż.  Trochę to potrwało zanim przyzwyczaiłem się do automatycznej skrzyni biegów – nie wiedziałem co zrobić z lewą nogą, na światłach odruchowo szukała pedału sprzęgła. Ale po kilkudziesięciu kilometrach dzielących nas od Jerozolimy dawałem radę. Drogowskazy są w trzech językach: hebrajskim, arabskim i angielskim. Z naszych późniejszych obserwacji wynikło, iż 90% osobowych aut tutaj posiada automatyczną skrzynię biegów. Samochód zostawiliśmy na jedynym – tak przynajmniej dowiedziałem się z forum – dużym, niepłatnym parkingu Ammunition Hill. Resztę drogi do  hostelu przebyliśmy spacerkiem. Mieścił się on w starym budynku na jednej z licznych, ciasnych uliczek  dzielnicy arabskiej starego miasta. Pokój – czteroosobowy – był ciasny ale przytulny. Po zaplanowaniu następnego poranka padliśmy zmęczeni.

Rano o godzinie 7.30 byliśmy już na mieście. Tak wczesne wyjście podyktowane było zarówno tym, iż nie było tłumu i kolejek do miejsc, które chcieliśmy zwiedzić jak i niską jeszcze temperaturą. Ta wczesna godzina sprawdzała się doskonale w następnych  dniach.  Stare miasto powoli budziło się do życia. Jednymi z pierwszych osób, które spotkaliśmy byli nasi znajomi z samolotu, którzy wyszli na poranny trening. Nie będę tu opisywał miejsc, które zwiedziliśmy bo można to znaleźć w każdym przewodniku. W całej tej relacji chciałem się podzielić wrażeniami, odczuciami jakie odnieśliśmy podczas pobytu w Izraelu. Pierwsze dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu starego miasta i okolic, chłonąc atmosferę i klimat. Na mnie olbrzymie wrażenie wywarły mury starego miasta, które znałem do tej pory jedynie z książek o wyprawach krzyżowych i walkach w Ziemi Świętej.  Uliczki starego miasta puste rano, w następnych godzinach zapełniały się tak wielkim tłumem sprzedawców i turystów, że uniemożliwiało  to normalne poruszanie. Wszędzie można było spotkać przedstawicieli różnych religii: żydowskiej, muzułmańskiej, chrześcijańskiej i innych, których nie byliśmy w stanie rozpoznać. Mimo połowy marca było tu już mnóstwo turystów. Śniadania i kolacje jedliśmy w hostelu, obiady – najczęściej falafele ( smażone kulki z ciecierzycy z ziołami i sezamem)  lub kebaby – na mieście. Piliśmy pyszne soki wyciskane wprost na ulicy z najsmaczniejszym jak dla mnie sokiem z granatów. Próbowaliśmy arabskie słodycze, baklawy, chałwę, daktyle i inne nieznane owoce. No oczywiście arabska kawa z kardamonem. O godz. 18.00 robiło się ciemno i życie na starym mieście zamierało.

W czwartek po południu odebraliśmy numery startowe. Rano w piątek udaliśmy się na start. Mariola zaczynała o 6.45 a my o 7.00. Było słonecznie i dzień – tak jak poprzednie – zapowiadał się gorący. Założyliśmy z Markiem koszulki bez rękawków, Marek czapkę z daszkiem bez środka z napisem Polska a ja banderkę też z napisem. Kamila robiła za fotoreporterkę.  Spotkaliśmy naszych znajomych z samolotu a także kilku innych Polaków. Najpierw ruszyła Mariola a potem gdy się zrobiło pusto, ustawili się maratończycy.  Część trasy miała się pokrywać z trasą Marioli i mieliśmy nadzieję, że ją zobaczymy. Zaczęliśmy ostrożnie gdzieś tak średnio 5.15/km. Trasa początkowo biegła z górki, by po kilku kilometrach zacząć się wspinać. I tak na zmianę. Góra i dół. Biegliśmy głównymi ulicami Jerozolimy, wybiegając kilka razy na obrzeża a przez około kilometr przez stare miasto. Woda była co ok. 5 km a potem nawet częściej. Punkt z bananami i owocami był jeden gdzieś tak na 22 km. Dwa razy dawali żele i kilka razy od połowy trasy izotonik. Gdzieś przed 10 km na kolejnym długim zbiegu trafiliśmy na biegnących w przeciwnym kierunku – po górę – półmaratańczyków. Za chwilę zobaczyliśmy Mariolę uparcie i z determinacją pokonującą to wzniesienie. W tym momencie nie pamiętaliśmy, czy nasza trasa pokrywa się w tym miejscu z trasą półmaratonu. Wyraziliśmy nadzieję, że nie będziemy jej musieli przebiec w przeciwnym kierunku.  Niestety, po kilku następnych zbiegach i podbiegach poszliśmy w ślady Marioli i z takim samym mozołem zaczęliśmy pokonywać ten podbieg. Temperatura rosłą, sił ubywało. Liczni kibice mocno nas dopingowali. Minęliśmy kilku naszych, kilku innych minęło nas. Ostatnie podbiegi pokonywaliśmy siłą woli. Nie miałem sił nawet na zbiegach.  Na jednym z ostatnich podbiegów biegłem z taką prędkością, iż w pewnym momencie zaczął mnie wyprzedzać zawodnik, który… szedł szybkim (ha,ha –szybkim) marszem. Na około trzy km przed metą Marek odjechał mi na kilkadziesiąt metrów. I wreszcie meta. Medal, czapeczka sponsora, owoce, napoje, lody i słodycze. Odnajdujemy Mariolę i Kamilę. Marek z czasem 3.54.36 netto zajął 370 miejsce na 1491, którzy  ukończyli, a ja z czasem 3.54.54 383 miejsce. Trochę słabo, ale biorąc pod uwagę wyeksploatowany intensywnym zwiedzaniem organizm, ukształtowanie trasy i brak adaptacji do klimatu to może nie jest tak najgorzej. Mariola miała czas 2.47.46 – 3777 miejsce  na 3972 zawodników. Był to mój najcięższy maraton, nie licząc pierwszego, debiutanckiego.  Po odpoczynku udaliśmy się do hostelu. I tu spotkała nas niespodzianka. Okazało się, że  przez te kilka dni mieszkaliśmy ze zwyciężczynią półmaratonu Kenijką Edinah Koech, która wygrała z czasem 1.22.00.

Sobota – wyjazd do Betlejem i Hebronu w Autonomii Palestyńskiej. Żołnierze izraelscy z karabinami na checkpointach, mur okalający Autonomię, zaniedbane budynki, żebrzące dzieci, brud na ulicach. Wszystko to robi przygnębiające wrażenie. Oczywiście innymi przeżyciami było zobaczenie Bazyliki Narodzenia, tak jak w Jerozolimie Bazyliki Zmartwychwstania, Ściany Płaczu, Wzgórza Oliwnego Świątynnego i innych miejsc znanych ze Starego i Nowego Testamentu.

W niedzielę wyjazd z Jerozolimy. Jedziemy na południe -  najpierw do ruin twierdzy w Masadzie, a potem na kąpiel w Morzu Martwym. Temperatura 35 stopni. Wszystkie legendy o tym, że w Morzu Martwym można czytać gazetę leżąc na wodzie, to prawda. To pierwszy akwen, w którym mam przekonanie, ze nie sposób sie utopić. Nie sposób płynąć żabką, bo nogi wypycha nad wodę, a właściwie solankę. Późno wieczorem docieramy do Nazaretu. Galilea – rejon, w którym się znaleźliśmy jest całkiem inny niż pustynne południe. Kilometrami ciągną się tutaj plantacje bananów, daktyli, cytrusów. Ulice Nazaretu  nie mają nazwy lecz oznaczenie cyfrowe. Mimo gps z trudem udaje nam się znaleźć hostel na starym mieście. Po ciasnym pokoju w Jerozolimie tutaj mamy prawdziwy apartament. Właścicielem hostelu jest starszy arab. Następny dzień spędzamy na zwiedzaniu miasta. Nazaret, podobnie jak Jerozolima i większość miast, które zwiedziliśmy mieści się na zboczach i trzeba nieźle się nachodzić. Wtorek – zwiedzamy Kanę Galilejską, Tyberidę, Kafarnaum, Safed, Akkę. Na mnie największe wrażenie robi Akka – największy port krzyżowców.

W dnu następnym opuszczamy Nazaret i poprzez Hajfę i Cezareę jedziemy na ostatni nocleg do Tel Awiwu. Rano – krótki spacer po Jaffie, starej dzielnicy Tel Awiwu, w której mamy nocleg. Nieopodal dość duży pchli targ, na którym kupujemy ostatnie drobiazgi. Jedziemy oddać samochód, ten sam mikrobus wiezie nas na lotnisko. Przy wyjeździe nie było już tak prosto jak przy wjeździe. Pytania: gdzie byliśmy, po co, kto pakował walizkę, co tam jest. Celniczka powyjmowała i obejrzała  nam prawie wszystko. Wreszcie przeszliśmy. Lot do Pyrzowic i o 22.00 jesteśmy na miejscu. Ten krótki opis naszego wyjazdu nie oddaje tego wszystkiego co doświadczyliśmy  i przeżyliśmy. Przez te wszystkie dni zobaczyliśmy i dużo i mało. Nie udało się nam zobaczyć wielu zabytków i parków przyrody. Niemniej wyjechaliśmy z bagażem niesamowitych wrażeń i wspomnień. Zarówno maraton jak i kraj gorąco wszystkim polecamy.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found
Powered by Komento