IV Pabianicki Półmaraton ZHP - Pabianice, 23 marca 2014 (wersja druga)

Mój pierwszy półmaraton, czyli Leśne Ludki w Pabianicach

I trzecie podejście dopółmaratonu wreszcie udane. Tylko dlaczego zamiast się cieszyć z pokonania własnej słabości czuję jakiś niedosyt i niezadowolenie z siebie? Człowiek to dziwna istota. Z wielu powodów rzecz jasna, ale w tym kontekście chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze jeszcze dwa lata temu przebiegnięcie półmaratonu wydawało mi się niemożliwą do zrealizowania abstrakcją, nie wspominając o uzyskaniu jakiegokolwiek sensownego czasu. Po drugie – idąc na start zastanawiałam się dlaczego w ogóle to robię: marznąc w siąpiącej mżawce, wiedząc, że będę umierać po kilkunastu kilometrach. Co chcę sobie i światu udowodnić? Że jeszcze nie jestem taka stara i niesprawna? Że mam siłę charakteru? Przecież chyba wszyscy to wiedzą i bez takich pustych demonstracji :)) Przecież juz parę razy przebiegłam podobne dystanse... A jednak własne bieganie i zawody to nie to samo. To kwestia atmosfery, tłumu, który niesie, ludzi, którzy biegną obok i widać, że im też ciężko, adrenaliny, która wytwarza się nawet w tak łagodnej kobiecie jak ja :)) To nie znaczy, że samotne bieganie jest gorsze, jest po prostu inne.

No dobrze, to były takie refleksje ogólne, a teraz parę zdań o samych zawodach. Pojechaliśmy do Pabianic w piątkę: ja, Kasia, Jarek, Zbyszek i Włodek. Z powodu dość skomplikowanej trasy, którą musieliśmy pokonać kompletując naszą leśnoludkową drużynę założyliśmy spory zapas czasowy i z tego powodu dotarliśmy do Pabianic wyjątkowo wcześnie. Mieliśmy dzięki temu sporo czasu, by obserwować przygotowania harcerzy, którzy byli współorganizatorami zawodów. W szczególności podziwialiśmy wspaniałe, chyba dwumetrowe chleby, które wyglądały bardzo smakowicie. Można było sobie do nich dobrać domowego smalcu i kiszonych ogórków. Nie zdecydowaliśmy się jednak na taki kulinarny eksperyment przed biegiem, obawiając się niedostatecznej liczby toitojek na trasie.

Pogoda na bieg zapowiadała się wspaniale: około 10 stopni i lekka mżawka. Taaak, ja wiem, że nie-biegacze nie byli zachwyceni taką niedzielą. Kibice i organizatorzy też lekko nie mieli. Czekanie na start w tych warunkach również nie jest miłe, ale do samego biegania to warunki idealne.

Długo się do tych zawodów przygotowywałam: nie tylko sprawnościowo i psychicznie, ale także praktycznie. Starannie przemyślałam, co na siebie włożyć, dokładnie wytrzepałam najlepsze buty, no i wgrałam sobie na komórkę audiobooka z kryminałem Agaty Christie. Jej książki zawsze poprawiają mi nastrój i już nieraz pomogły mi przetrwać trudne chwile, więc uznałam, że i teraz tak będzie. Wystartowaliśmy bardzo sprawnie. Włączyłam gps oraz audiobooka i poczułam się gotowa, by zmierzyć z czekającym mnie dystansem. W hałasie panującym na starcie umknęły mi pierwsze zdania sączone mi do ucha przez playera, ale uznałam, że to żadna strata. Po chwili tłum zaczął się przerzedzać, mój oddech uspokajać, zaczęłam wsłuchiwać się w tekst i poczułam się lekko zaniepokojona. Coś sie nie zgadzało... Chwilę później player uraczył mnie piosenką Abby i zrozumiałam, co jest grane – z jakiegoś bliżej niewyjaśnionego powodu mam włączone losowe odtwarzanie!
 Bez okularów i ze zmarzniętymi łapami (znów zapomniałam o rękawiczkach!) nie miałam szans na znalezienie właściwej opcji i naprawienie sytuacji. Trudno, postanowiłam cieszyć się tym, co jest. Złośliwa bestia po rozdziale bodajże drugim i piosence Abby zafundowała mi rozdział ostatni z rozwiązaniem kryminalnej zagadki! Trudno, pozostało jeszcze przecież do ustalenia, na czym owa zagadka polegała... Potem był znów dla przypomnienia rozdział drugi itd. No cóż, co prawda trudno powiedzieć, abym się wciągnęła w intrygę, ale za rozrywkę można uznać zgadywanie, czym za chwilę uraczy mnie moja komórka.

Trasa pabianickiego półmaratonu jest bardzo przyjemna, nie ma ostrych podbiegów, nie ma problemów z zabłądzeniem. Dla mnie dołujące są jedynie dłuuuuuugie proste, gdy widzę niekończący się wąż zawodników biegnących przede mną. Co 5 km znajdowały się wodopoje, gdzie można też było skubnąć czekoladę lub kawałek banana. Pomimo stale siąpiącego deszczu wielu dzielnych kibiców dodawało ducha biegnącym. Do dziesiątego kilometra biegło mi się świetnie, do piętnastego – znośnie. Tuż przed wiaduktem nad autostradą był punkt żywieniowy, gdzie zdecydowałam się po raz pierwszy wziąć kubek wody i banana, w związku z tym zwolniłam. I wtedy dopiero poczułam, jak jestem zmęczona. Jakoś jeszcze zebrałam się w sobie i coraz wolniej niestety, ale jednak – do 18 km jakoś człapałam. Wtedy złapałam kompletnego doła i przez chwilę szłam. Bardzo się tego wstydzę, bo w sumie nic mi nie było prócz ogólnego zmęczenia i cierpnących potwornie marznących dłoni. Mam z tym zresztą stały problem. Może ktoś z czytelników zna na to jakąś radę? 

W końcu udało mi się przekonać samą siebie, że jak pobiegnę, to ta męczarnia szybciej się skończy i ruszyłam do przodu. Przy bramie stadionu przywitała mnie Kasia, razem z innymi dopingując do walki. Nic mnie to nie ruszało i dostojnie toczyłam się w kierunku mety. Teraz sobie myślę, że może wściekły pies albo jeszcze lepiej wygłodniały tygrys potrafiłyby mnie skłonić do dania z siebie więcej i wtedy okazałoby się, że wcale nie jechałam na rezerwach? No cóż, żadnych groźnych zwierząt nie było, a mnie pozostaje się cieszyć, że meta się znalazła, a ja ukończyłam swój pierwszy w życiu półmaraton! :)

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found