Relacje z zawodów

Szarlejka 2015

W upalną niedzielę 8 sierpnia, razem z tatą, wujkiem i Adrianem startowaliśmy w przełajowym Pozytywnym Biegu w Szarlejce. Była to IV edycja imprezy (razem z tatą możemy pochwalić się udziałem we wszystkich dotychczasowych edycjach), która zyskuje coraz większą popularność wśród biegaczy (nie tylko miejscowych). W ramach zawodów odbyły się dwie konkurencje: bieg na 10 km oraz marsz Nordic Walking na dystansie o połowę krótszym. Adrian maszerował z kijkami, natomiast nasza trójka wystartowała w biegu na „dyszkę”. Wysoka temperatura okazała się być największym i najgroźniejszym rywalem każdego zawodnika, jednak mimo to nietrudno było o dobre rezultaty na mecie. W konkurencji Nordic Walking Adrian uplasował się tuż za czołową dziesiątką na 11. pozycji z czasem 36’11’’. Tymczasem w biegu na 10 km wujek zameldował się na mecie z czasem 58’35’’ wyprzedzając prawie pięćdziesięciu rywali, lokując się na 99. miejscu. 51 minut i 51 sekund to czas, który pozwolił tacie na zajęcie 62. miejsca w klasyfikacji generalnej i szczęśliwej 13. lokaty w kategorii wiekowej (jak zwykle po imponującym finiszu). Ja ukończyłem tą „dychę” w czasie 41’03’’ zajmując 5. miejsce w kategorii OPEN. Po ukończonych zawodach czekała na Nas tradycyjna kiełbaska z grilla. Myślę, że w przyszłym roku znów pobiegamy trochę po szarlejskich lasach, w równie miłej atmosferze i z równie dobrymi (albo jeszcze lepszymi!) wynikami przecinając linię mety.

Cztery relacje Włodka

Radomsko 28.06.
   Relację z dychy w  Radomsku piszę z dużym opóźnieniem, ale to inny Ludek miał ją napisać. Nie mogąc się doczekać muszę sam te parę zdań skreślić.
   Na starcie Biegu Radomszczańskiego stanęły cztery Ludki, trzech weteranów tej imprezy: Sławek i dwa Zbyszki  oraz ja jako debiutant. Przed biegiem głównym był 1.2 km bieg dla zupełnych amatorów. Wystartowałem w nim wraz z Gosią i Kubą. Pozwoliło mi to na pozbycie się resztek zmęczenia z sobotniej imprezy, a medal, jak się  potem okazało, dostałem taki sam jak za bieg na 10 km. Mimo solidnej rozgrzewki spokojnie biegłem pierwsze kilometry dość trudnej trasy. Było na niej kilka podbiegów, a każdy pokonywaliśmy 3-krotnie.  Zbyszek S. walczył od początku o dobre miejsce, Sławek też narzucił ostre tempo. Zbyszka P. wyprzedziłem po kilku kilometrach. Od połowy dystansu zacząłem odrabiać straty do Sławka i na mecie było nieco ponad minutę. Czas 48 min i kilka sek., to mój najlepszy wynik na dychę w tym roku, nawet biorąc pod uwagę, że trasa była raczej krótsza niż 10 km. Wytrzymałem do końca tempo, a biegłem z każdym okrążeniem szybciej. Rewelacyjnie pobiegł Zbyszek Stęplowski, który na finiszu wywalczył 3 miejsce w kategorii wiekowej. Jest pierwszym Ludkiem, który stanął na podium w Radomsku. Wszyscy zadowoleni wróciliśmy do domów.


Żarki Letnisko 04.07.
   Nasza 100-letnią sztafetę Asia opisała doskonale. Ale jako jej pomysłodawca mogę coś dodać. Pomysł tego biegu był szalony, ale nigdy bym go nie zaproponował nie mając w klubie Ludków, które mogą wszystko. Dzięki Wam za wielką pracę. To co wykonali: Asia, Jarek, Maciek i pozostałe Leśne to był majstersztyk. I jeszcze przebiegliśmy w sumie ponad 200 km ( ! ) w tym upale. Czy za rok to powtórzymy decyzja będzie należeć do Was.
   P.S. Mnie wcale nie motywowało do organizacji tej sztafety przegrane losowanie do Bochni. Nabiegałem się tam tyle, że już nie muszę. Ale zawsze mogę pojechać.

Panewniki 12.07.
   Do Panewnik na Dzika pojechałem z Zygmuntem, który kolekcjonuje kolejne, comiesięczne starty. Zawziął się na dużego dzika i życzę mu 12 startów, bo w wieku 70 lat zostanie rekordzistą Ludków w tych zawodach na całą wieczność. Mój start w Dziku polegał na „przeczłapaniu” 3 okrążeń trasy. Ale każdy trening jest mi potrzebny, bo Berlin coraz bliżej. Nieważne jak byle do przodu.
Weekend 25-26.07.
   Był to najtrudniejszy weekend jaki przeżyłem od niepamiętnych czasów. Asia ze swojej perspektywy już go opisała, ja postaram się  uzupełnić jej relację.
   W sobotę rano wyruszyłem do Złotego Potoka na turniej wspomnień. Po 25 latach od pierwszego turnieju piłkarskiego zorganizowanego w tej jurajskiej miejscowości spotkały się czołowe drużyny z tamtych lat. Nie ja wymyśliłem to spotkanie, a w sumie byłem głównym organizatorem (czy coś wam to przypomina?). W piłkę za wiele nie pograłem, bo obowiązki gospodarza były ważniejsze. Do domu wróciłem zmęczony upałem i nie tylko. A tutaj po krótkim odpoczynku trzeba było zmienić dyscyplinę i ruszyć na rowerze wokół Częstochowy. To moja trzecia Orbita i w końcu chciałem pokonać te 200km. Moje treningi to tylko dojazd do pracy, czyli codziennie ok. 17 km. Początkowo z trudem nadążałem za Jarkiem i Asią, ale jakoś kilometry mijały. Płynów spożywałem sporo i musiałem korzystać z zaopatrzenia Jarka. Cały czas goniła nas burza, ale uciekliśmy. Najgorszy moment to zaginięcie Asi, która trzymała się świetnie, nawet na podjazdach. Końcowa jazda w ciemnościach kosztowała mnie sporo zdrowia i nerwów. W Choroniu omal nie rozjechałem czarnego kota ! Ale dotarliśmy do domów z Jarkiem ok. 22.50. W niedzielę rano ruszyliśmy mocną ekipą na Pustynię Siedlecką. Mimo zmęczenia maszerowałem dzielnie po piaszczystych górkach. W przyzwoitej formie dotarłem do mety. Zawody oczywiście super, nawet pogoda zamówiona. Na podium stanąłem w nieznanej sobie kategorii, ale za to na pierwszym miejscu !
Powrót do domu i znowu dalsza część Orbity, tym razem jechałem z Jarkiem. Narzucił mocne tempo, ale jakoś ciągnąłem za nim. Cały czas wiał przeciwny lub boczny wiatr, który mocno spowalniał naszą jazdę. Ale i tak kręciliśmy w dobrym jak na amatorów tempie. Na metę  w Altanie Żywiec dotarliśmy po 18-tej. Tam powitał nas Piotrek i zaraz nakarmił. Andrzej, który jechał od rana w niedzielę dotarł tuż po nas na metę. Po posiłku i piwku wróciliśmy pociągiem wraz z naszymi niezawodnymi stalowymi rumakami do domu. Każdy z rekordem z dwójką z przodu.  A muszę dodać, że nasza trójka to sami chorzy ludzie: Andrzej – kręgosłup, Jarek i ja – kolana ! W domu jeszcze jedno piwko i spać. Kładąc się do łóżka nie wierzyłem, że to wszystko już za mną i jeszcze żyję. Rano w poniedziałek nie mogłem patrzeć na rower, ale przemogłem się i dowlokłem do pracy.


Ruda Śląska 01.08.
Na półmaratonie w Rudzie Śląskiej byłem jedynym reprezentantem Ludków. Andrzej musiał zrezygnować z powodu kontuzji, a Zygmunt z powodu wypadku. Dołączyłem do ekipy z Żarek : Andrzeja i Łukasza Jakóbczaków i ich wujka. Ja z Andrzejem biegałem połówkę, Łukasz siódemkę, a wujek kibicował i był przewodnikiem. Przed startem   wymyśliłem sobie, że pobiegnę w nowych butach, skarpetkach i kolarskich spodenkach. Ta głupia decyzja kosztowała mnie sporo zdrowia. Buty w połowie trasy zaczęły palić pod stopami, a majtki spowodowały skurcze lewej nogi już pod koniec drugiego okrążenia. A biegaliśmy po Rudzie trzy pętle po dosyć mocno pofałdowanej trasie. Podbiegi dawały w kość. Mimo Późnej godziny rozgrywania zawodów (początek biegu był o 21.00) temperatura przekraczała 20 stopni. Zaopatrzenie w wodę i odżywki było bez zarzutu. Niestety na ostatnim okrążeniu do poprzednio wymienionych plag doszły kłopoty z żołądkiem. Czułem się jak na końcówce pełnego maratonu, więc przećwiczyłem walkę o życie i udało się doczołgać do mety. Czas i miejsce fatalne, ale nie zrażam się i trenuję dalej, bo może być tylko lepiej. Do domu zostałem dostarczony ok. 1.30 w całości i samodzielnie dotarłem do łóżka.

Kłobuck i Koszwice

Kłobuck 14.06.
   Na IV Kłobucki Bieg Leśny Ludki dotarły w „silnym” składzie: jeden zawodnik, czyli ja i jeden kibic i zarazem kierowca, Bogdan. Był to mój pierwszy start w tym biegu, bo poprzednie uciekły  z różnych przyczyn. Dlatego bardzo zależało mi na udziale w zawodach organizowanych przez naszych przyjaciół z Kłobucka. Było super pod każdym względem. Na  leśnej trasie czułem się jak u siebie. Gościnność gospodarzy przejawiała się na każdym kroku. A już jedzonko po biegu to same delicje. I jak tu schudnąć startując w zawodach. Tak się objadłem pysznych wędlin, drobiu i słodyczy, że musiałem odbyć dodatkowy trening z moim psem. Jedynym „zgrzytem” było to, że Daro po naszym Biegu LL prezentował się z nogą w gipsie. Złamany palec stopy był efektem „bliskiego” spotkania z wielkim korzeniem. Mam nadzieję, że szybko dojdzie do formy i nie będzie żywił urazy za tą kontuzję.
   Jeżeli chodzi o sam bieg to lekko nie było, bo forma licha. Ale w spokojnym tempie pokonywałem kolejne kilometry leśnych dróżek. W końcówce udało się wyprzedzić sporo zawodników. Dystans 11,1 km pokonałem troszkę poniżej godziny w połowie stawki biegaczy.


Koszwice 20.06.
   Do Koszwic dotarłem razem z Zygmuntem, a Adrian dojechał z Agnieszką i Kamilem. Startowało nas trzech, bo Kamil wybrał zabawę na zjeżdżalni(czemu się nie dziwię, bo sam bym pojeździł) a Agnieszka tradycyjnie dokumentowała nasze wysiłki na fotkach. Pogoda super, mobilizowała do solidnego wysiłku. Tak też czyniłem starając się maszerować najszybciej jak mogłem. Sił wystarczyło tylko do połowy  7-kilometrowej trasy, potem to była już walka o dotarcie do mety w przyzwoitym stylu. Jakoś się udało. Adrian przymaszerował tuz za mną, a Zyga walczył do końca(zwycięsko) o jak najlepsze miejsce. Tradycyjnie jak to u Państwa Wrzycieli poczęstunek wspaniały(znowu wyżerka !). Losowanie nagród trwało bez końca, a wszystkie startujące Ludki coś zabrały ze sobą do domu. Ciekawostką było to, że medale(buttony) były z moją podobizną. Do czego to doszło !

Barcelona

Barcelona. Magiczne słowo, magiczne miasto. Sławione w niezliczonych pieśniach, opowiadaniach i filmach. Dla mnie kojarzące się z niezapomnianym utworem Freddiego Mercury & Montserrat Caballé. Można je śmiało porównać do imperialnego Londynu i królewskiego Paryża. Barcelona to nieprawdopodobne budowle Gaudiego: Sagrada Familia, La Pedrera (Casa Mila), Casa Batllo oraz Katedra św Eulali, Park Ciutadella, Łuk Triumfalny, Park Guell, muzeum Picassa, Palau de la Musica, port z kolumną Kolumba. Barcelona to olimpiada w 1992 r, dwa złote medale naszych kolarzy na Mistrzostwach Świata w 1973r. Dla kibiców piłki to przede wszystkim FC Barca. Barcelona to wspaniałe wielkie miasto, ponad 3 mln. mieszkańców, o tradycjach handlowych, zbudowane z niebywałym rozmachem, o wspaniałych, wręcz bajkowych zabytkach. Można by jeszcze długo wymieniać czym jest Barcelona. Nic więc dziwnego, iż chciałem ją zobaczyć od dawna. Maraton był tylko jednym z powodów wyjazdu, zwłaszcza, że z docierających informacji wyłaniał się obraz dobrze zorganizowanej i ze wszech miar atrakcyjnej imprezy. Więc ... lecimy: ja, Janka z synami Wojtkiem i Darkiem i żona Darka - Marta.  Przylatujemy we wtorek a w piątek mają dołączyć do nas Renia, Jarek i Ania. Barcelońskie lotnisko El Prat położone jest podobnie jak Okęcie – dość blisko centrum. Jest jednak bardziej od warszawskiego okazałe, choć oba miasta są zbliżonej wielkości. Autobusem dostajemy się na plac Espanya  - miejsce naszego pobytu. Znajdują się tutaj pawilony wystawowo-targowe, gdzie ulokowano centrum maratońskie. Plac Hiszpański to ciekawe miejsce – jeden z głównych placów Barcelony, leżący u podnóża wzgórza Montjuic. W jego kierunku, ku górującemu nad okolicą neobarokowemu Palau National, który zbudowano na Wystawę Światową w 1929 roku, prowadzi Avinguda de la Reina Maria Cristina, skąd wystartuje maraton. Stąd w odległości zaledwie 300 m znajduje się wynajęty na 5 piętrze kamienicy nasz apartament. Jest już 21.00. Nazajutrz i przez następne dni - intensywne zwiedzanie łącznie z wycieczką hiszpańskim Pendolino -AVE - do Saragossy. Tutaj już wiosna - temperatura około 15 stopni, słonecznie. Nie będę opisywał zwiedzania - staraliśmy się zobaczyć jak najwięcej i mimo, iż głównie poruszaliśmy się  świetnie rozbudowaną siecią metra, jednak nabiliśmy sporo kilometrów. W piątek rano odbieram pakiet startowy swój i Jarka - koszulka techniczna, numer startowy, mały worek na rzeczy, trochę ulotek reklamowych, chip mocowany do buta oraz numer startowy na sobotni bieg śniadaniowy. Rano w sobotę idę z Anią - Jarek nie zdecydował się na start ze względu na problemy zdrowotne z kręgosłupem - zaliczyć bieg śniadaniowy. Start spod Magicznych Fontan na Placu Hiszpańskim. Niestety leje, organizatorzy zwlekają ze startem - czekają na poprawę pogody. Jest około 300 osób, słychać język polski. Wreszcie ruszamy. Przepiękna 4 km trasa pod górkę, otoczona zielonymi parkami, oraz palmami. Stadnina koni, korty tenisowe, ścianka wspinaczkowa, baseny; to wszystko mijamy. Wspomnę tylko, że jest to trasa ostatnich 4.195 km maratonu olimpijskiego w 1992 i podobnie jak kończący go biegacze my też finiszujemy na Stadionie Olimpijskim. Powrót na start - tym razem skrótem ok. 1 km, kawa, ciastko i owoce. Dzisiejszy dzień traktuję lajtowo - szybko kończę zwiedzanie, tylko relaks i nawadnianie. W niedzielę tradycyjnie o 6.00 - trzy godziny przed startem - trzy kromki z dżemem, potem o 8.00 banan i o 8.30 ruszam. Do startu mam dosłownie 300 m. Temperatura 6 stopni, słonecznie. Nie ma żadnej nerwowości, żadnego tłoku. Wszystko w zasięgu ręki. Co chwila słyszę polski język. Jestem gotowy. Kiedy Freddie Mercury wyśpiewuje „Barcelonę”, w powietrze wzbijają się płatki konfetti i opadają na nas gęstą chmurą. Jest podniośle i radośnie. Godzina 9.00 - startujemy ! Z placu skręcamy w lewo w Carrer de Sants a na 6 km mijamy Camp Nou. Potem jedna z głównych ulic miasta – Diagonal. Przed startem zakładałem swoje stałe tempo w granicach 4.50 min/km i na razie biegnie mi się dobrze. Na 10 km biorę pierwszy swój żel a na 12 km przebiegam obok naszej kwatery. Spoglądam w górę – nasi na balkonie kibicują a na dole Janka robi mi fotkę. Wbiegamy na słynąca z modernistycznej architektury Passeig de Gracia i mijamy jeden z domów-ikon Gaudiego – Casa Mila. Na 15 km zaliczam półminutowy postój zapoznając się z miejscową toi-toiką. Kilometr dalej mijamy wspaniałą Sagrada Familia. Mijamy Placa de las Glories Catalanes i skręcamy na północny zachód w dwupasmową Avinguda Meridiana. Przez 2,5 kilometra biegniemy lekko pod górę widząc na sąsiednim pasie biegaczy zmierzających w przeciwnym kierunku. Na 20 kilometrze zawracamy i to my jesteśmy teraz obiektem zazdrosnych spojrzeń wolniejszych maratończyków. Temperatura się podnosi – jest około 10 stopni, lekki wiatr – idealnie. Półmetek – tempo cały czas takie same, zapowiada się czas poniżej 3.30. Jem drugi żel. Organizacja trasy jest perfekcyjna. Wody nie podaje się w plastikowych kubkach, tylko w małych, poręcznych butelkach. Punkty z nią i izotonikami ustawione są na tyle gęsto, że w przypadku pominięcia jednego punktu można zaraz skorzystać z następnego. W drugiej połowie trasy są dwa punkty z żelami energetycznymi. Dużo bananów, pomarańczy i bakalii. Jest też kurtyna wodna, gdzie drobne krople wody schładzają nie powodując przylepiania mokrej garderoby do ciała. Do tego optymalny tor biegu wyrysowany jest na trasie niebieską linią. Na całej trasie jest mnóstwo zespołów muzycznych, bębniarzy, tancerzy w oryginalnych strojach prezentujących katalońskie tańce i oczywiście kibiców, którzy żywiołowo nas dopingują. Skręcamy w Gran Via, która przecina wszerz całą Barcelonę wpadając na przeciwległym, południowym krańcu do Placu Hiszpańskiego. Następnie skręt w prawo w Rambla Prim i jeszcze raz w prawo w kolejną główną arterię - Diagonal, która biegnie po przekątnej przez Barcelonę. Tutaj znowu jest „agrafka” i na sąsiednim pasie biegną ku nam szybsi zawodnicy. Zbliżamy się do morza. Mijam dwa wieżowce górujące nad Portem Olimpijskim. Jest już 35 km, tempo bez zmian. Teraz Park de la Ciutadela i przebiegamy promenadą w ciasnym szpalerze niesamowicie dopingujących kibiców. Venga, Venga! Ale przebiegając pod okazałym Łukiem Triumfalnym, zbudowanym na Barcelońską Wystawę Światową w 1888 roku czuję, że nogi zaczynają mi słabnąć. Zaczynam zwalniać. Chęci są, ale ciało nie chce mnie słuchać. Przechodzę w trucht. Już tylko około 5 km. Przebiegamy przed barcelońską katedrą. Za wielką kolumną z pomnikiem Kolumba skręcamy w Paral-lel, w kierunku Placu Hiszpańskiego. Do mety zostały jakieś dwa kilometry. Mobilizuję ostanie siły. Mijający mnie zawodnicy poklepują mnie po plecach dodając otuchy. Wreszcie meta. Tysiące ludzi na mecie, głośny komentator, piękna muzyka oraz pokaz tryskających wodą fontann cieszących się z naszego zwycięstwa. Odbieram medal, jakże słodko smakują na mecie pomarańcze. Udaje mi się szybko odszukać naszą ekipę i razem idziemy do mieszkania. Ostateczny czas - mimo słabej końcówki – jest jak dla mnie rewelacyjny: 3.32.22. Miejsce 3632 na około 20 tyś. startujących ( do dzisiaj nie wiem ilu ostatecznie zawodników ukończyło bieg ). Świetna organizacja, wspaniale reagujący kibice, fantastyczna atmosfera na ciekawej trasie, piękne miasto.

Uzupełnienie relacji Krzysztofa

W uzupełnieniu relacji Krzyśka informuję, że w Ogrodzieńcu startowało 6 Ludków. Trzy biegały: oprócz Andrzeja i Krzyśka, Kamil przebiegł 5 km i zajął dobre 86 miejsce. Z kijkami dystans ponad 10 km pokonali: Adrian, Włodek i Zygmunt. Zajęliśmy dużo lepsze miejsca niż biegacze. Ja byłem 10, Adrian 13 a Zygmunt 17. Trasa do NW była łatwiejsza niż dla biegaczy, co nie znaczy, że lajtowa. Dwa podejścia na każdym z dwóch okrążeń ponad 5 kilometrowej pętli dawały się we znaki. Byłem z siebie zadowolony, bo wytrzymałem niezłe tempo. Widać było postęp w stosunku do poprzednich startów, chociaż prawie wcale nie trenuję. Może zacznę odbudowywać formę, bo Berlin zbliża się wielkimi krokami. Na koniec dodam, że tradycyjnie kibicowała nam i robiła fotki Agnieszka Błaszczyk. Na razie nie dała się namówić na start

Leśne Ludki w Ogrodzieńcu

Niedzielne popołudnie Leśnym Ludkom w składzie : Włodek, Andrzej, Zygmunt oraz Krzysztof przyniosło satysfakcję z biegu w Ogrodzieńcu na dystansach 10i 16KM. Włodek i Zygmunt walczyli na 10 km z kijami, natomiast Andrzej i Krzysztof wzięli udział w biegu na nieco ponad 16 km. Okolice biegu, czyli zamek w Ogrodzieńcu bardzo piękne i majestatyczne, mimo iż zębem czasu nadszarpnięte. Start biegu głównego zaplanowano na 11:00, niestety a może stety pogoda dopisała – słońce i niewiele chmur (dla biegacza nie najlepsza), jedynym pocieszeniem była fakt że część trasy odbywała się na leśnych ścieżkach. Liczne podbiegi, nierówna miejscami trasa oraz lekko mokre kamienie mogły przysporzyć nie lada kłopotu więc trzeba było uważnie stawiać kroki. Biegło się dobrze chociaż dla mnie osobiście dość ciężko, gdyż na co dzień biegam po asfalcie, no i kilka niezłych podbiegów. Wysoka temperatura i słońce nieźle wszystkich  przypiekało.  Kryzys standardowo dopadł mnie na 15 km, czyli już prawie na finiszu. Ostatecznie przekroczyłem linię mety po 1h 34min i 7 sek   zajmując w kat. open 92 miejsce. Andrzej stwierdził  się oszczędzał i zajął dopiero 31 miejsce w kat. open z czasem 1h 21min i 14 sek.  Po biegu w pełnym składzie udaliśmy się na posiłek regeneracyjny oraz czekaliśmy na wręczenie nagród.  Wyjazd uważam za bardzo udany i śmiało mogę polecić każdemu kolejną jego edycję.

Puchar Jurajski -Złoty Potok 2015

Trzecie i ostatnie przed 2-miesięczną przerwą zawody Jurajskiego Pucharu NW zaliczyły tylko trzy Ludki: Andrzej Zygmunt i ja. Pogoda od rana była angielska, siąpił deszczyk majowy, bardzo zresztą potrzebny. Zygmunt martwił się o frekwencję, ale dopisała i wystartowało prawie 150 zawodników. Założyłem stare, dziurawe buty, akurat idealne na błoto. Nie było go zresztą za wiele na pięknej, prawdziwie jurajskiej trasie. Jak zwykle początek miałem słaby, ale rozruszałem się i w przyzwoitym tempie pokonałem trasę. Nie osłabłem za bardzo, mimo braku treningów. Andrzej gnał w zawrotnym tempie, które doprowadziło go na podium. Zygmunt uplasował się w połowie stawki, a ja "wdarłem" do pierwszej pięćdziesiątki ! Taki teraz poziom sportowy reprezentuję. Ale poprawię się. Spadek formy spowodował u mnie wzrost szczęścia w losowaniu nagród. Tym razem trafił mi się stołeczek ekologiczny, który na pewno będzie użyteczny. Nagród było tak wiele, że losowanie trwało niemal bez końca. Organizacja super i wyżerka też - żurku i kiełbasek było do oporu.

Zaległe relacje

Korfanty:

Na bieg uliczny im. Wojciecha Korfantego Ludki dotarły w 5-osobowym składzie. Przed startem wymarzliśmy solidnie, bo upału nie było a jedynym ciepłym miejscem były autokary-przebieralnie. Odjechały 20 minut przed startem, a my  podskakiwaliśmy, żeby trochę się rozgrzać. "Krople" rozgrzewające pomogły tylko trochę. W końcu ruszyliśmy sprzed pomnika wielkiego Ślązaka w Katowicach w kierunku Siemianowic. Początek biegłem spoko bo forma licha, a marzeniem było złamanie 50 min. na dyszkę(jak nisko upadłem !). Sławek pognał do przodu, Piotrek i Zbyszek P. też biegli przede mną, tylko Kasia rozsądnie w swoim tempie. Zbyszka wyprzedziłem po 2 km, a Piotrka po 5 km. Już ruszałem w pogoń za Sławkiem, ale nie trwało to długo bo złapał mnie ból prawej łydki. Musiałem zatrzymać się i rozmasować mięsień. Trochę pomogło, ale musiałem zwolnić by dobiec do mety. Piotrka znowu wyprzedziłem, ale pościg za Sławkiem był juz nierealny. Z trudem dotarłem do mety. Do 50 min. brakło prawie pół minuty. Sławek był 1,5 min z przodu, Piotrek niewiele za mną, potem Kasia i Zbychu P. Po zjedzeniu kiełbasek(bardzo wodnistych) ruszyliśmy autokarem na miejsce startu i potem do domu. Następnego dnia Kasia świetnie pomaszerowała półmaraton NW w Lublińcu, a ja musiałem zostać w domu, bo noga mocno bolała jeszcze przez parę dni.

Puchar Święta Pracy:

1 maja w Żarkach Letnisko odbywa się tradycyjnie od 23 lat Puchar Święta Pracy szóstek piłkarskich. Miejscem rozgrywek jest leśna polana koło torów kolejowych przy ulicy Długiej. Również w tym roku spotkały się trzy zespoły tocząc zacięte mecze na piaszczysto-trawiastej nawierzchni. W tym roku przygotowanie boiska było szczególnie trudne, ponieważ zasypane było w części gałęziami z wycinki lasu przy torach. Ludki poświęciły dwa wieczory i można było grać. Po rozegraniu 6 spotkań wszystkie ekipy miały po 2 zwycięstwa i o kolejności decydowały strzelone bramki. Okazało się, że każdy zespól strzelił 5 bramek, ale najmniej straciła ich ekipa "Promienia" Częstochowa, która zwyciężyła w turnieju po raz trzeci z rzędu. W zwycięskiej drużynie grają zawodnicy Leśnych Ludków: Sławek Bielecki, Zbyszek Paszewski i Adrian Błaszczyk. Również w drugim zespole turnieju o nazwie "Ludki" grają Leśne: Jarek Grygiel, Piotrek Dymek, Włodzimierz Rajczyk i ich sympatycy. Ludkom do sukcesu brakło jednej bramki. Trzecie miejsce zajęli Kolejarze, na których terenie rozgrywano zawody. Najlepszym bramkarzem turnieju wybrano Alfreda Błaszczyka, a najlepszym strzelcem został Piotr Maszczyk(4 strzelone bramki), obaj z zespołu Kolejarzy. Za to Ludki zwyciężyły w konkursie rzutów karnych lotnych(strzelec rusza z piłka z połowy boiska w kierunku bramki i ma 10 sekund na pokonanie bramkarza): najlepszym strzelcem został Piotr Juzoń, a bramkarzem Nikodem Masłoń.

Częstochowa:

Drugie zawody z cyklu Jurajskiego Pucharu NW rozegrano w częstochowskim Lasku Aniołowskim. Ludki stanęły na starcie w 4-osobowym składzie, wspierane przez równie liczna ekipę kibiców. Na start dojechałem z Zygmuntem, a Adrian z Kamilem nie mieli jako Częstochowianie daleko. Kibicowali: Agnieszka, Halinka, Sławek i Zbyszek P. Pogoda słoneczna i wietrzna. Ja czułem się fatalnie po całodniowym karczowaniu korzeni na placu. A tutaj na złość sędziowanie było ostre jak nigdy, kilku profesjonalnych sędziów śledziło nasze wysiłki na trasie. W większości przypadków tylko wytykali błędy w marszu, nie karząc kartkami. Ale wielu zawodników z czołówki otrzymało upomnienia. Mój styl też był niezbyt wzorowy, bolące ramiona nie pozwalały porządnie pracować kijkami. Tym razem najlepiej z Ludków pomaszerował Adrian, ale na podium stanął Kamil. Na pocieszenie wylosowałem tradycyjnie już w Częstochowie poduszkę.

5 km w Dąbrowie

Wczoraj tj.w niedzielę (10.05)dwa Leśne Ludki w składzie Andrzej & Krzysztof wzięły udział w indywidualnym biegu na czas w Dąbrowie Górniczej na Dystansie 5KM. Impreza znana nam już i lubiana, organizowana na wysokim poziomie. Krzysiek z wielkim trudem dobiegł do mety ale tym samym poprawił swój wynik na 5km o ok.minutę – co było dużym zaskoczeniem dla niego J. Andrzej też pobiegł rewelacyjnie i na wysokich obrotach. Oboje wracaliśmy w strugach deszczu do samochodu w tempie ultra szybkim J. Wygrawerowane motto na medalu z tej imprezy mówi samo za siebie: „Zużywaj się , nie rdzewiej!”....

VII Półmaraton Dąbrowski - Dąbrowa Górnicza, 12 kwietnia 2015

Na VIII już edycję Półmaratonu Dabrowskiego pojechaliśmy w tym roku tylko we dwóch z Markiem. Półmaraton jak w roku poprzednim odbył się na drugi dzień po 10 km w Częstochowie. I jak w roku poprzednim wiedziałem, że będę odczuwał trudy sobotniego biegu. Marek również w sobotę nie odpoczywał, bo pół dnia spędził na dachu. Więc szanse mieliśmy wyrównane. Na godzinę 9.00 dotarliśmy do Dąbrowy Górniczej i po odebraniu pakietów startowych o 9.45 wyjechaliśmy autobusem do Ujejsca. Temperatura około 15 stopni, niebo zachmurzone - świetne warunki na bieg. Trasa była nam doskonale znana - biegliśmy tu już z Markiem prawie wszystkie poprzednie edycje. Start jak zawsze o 11.00. Trasa z początku, do prawie 4 kilometra wiodła lekko z góry ulicami Ujejsca. Następnie skręciliśmy na ścieżkę asfaltową wokół jeziora Pogoria IV, którą opuściliśmy na około 12 km, by po 1 km wbiec na taką samą ścieżkę wokół Pogorii III. Mimo braku słońca zrobiło się nam gorąco, ale na szczęście wiejący cały czas od wody wiaterek dawał trochę ochłody. Po opuszczeniu brzegów Pogorii po kilometrze biegu najpierw pierwszy, ale ostry podbieg nad torami kolejowymi, a potem od 19 km długi, kilometrowy podbieg do Parku Hallera, a w końcu kilometrowy bieg alejkami parku do Hali Sportowej. Na około 12 km Marek oderwał się ode mnie i nie udało mi się go już dojść. Na mecie każdy zawodnik dostawał wodę w praktycznej butelce-bidonie i jak zawsze ciekawy medal. Smaczny makaron i banan dopełniły reszty. Marek z czasem 1.39.36 zajął 218 miejsce, a ja z 1.41.57 zająłem 270 miejsce na 911 sklasyfikowanych. Mimo trochę gorszych czasów niż w poprzednich latach oboje byliśmy bardzo zadowoleni ze startu. Organizacja i atmosfera jak zawsze bez zarzutu. 

5 Pabianicki Półmaraton - Pabianice, 29 marca 2015

Pabianicki Półmaraton staje się jednym z biegów w których Ludki startują tradycyjnie corocznie. W biegu organizowanym przez harcerzy wzięliśmy udział po raz czwarty i była to najliczniejsza ekipa w historii. Kasia, Mariola, Andrzej, Marek i ja biegliśmy półmaraton, Adrian i Piotrek zaliczyli, rozgrywaną po raz pierwszy, "piątkę". Pogoda najlepsza z dotychczasowych biegów, chociaż wiatr dawał się momentami we znaki. Na trasę ruszyliśmy w towarzystwie ponad 1200 zawodników(rekord imprezy !). Przez pierwsze 2.5 km zastanawiałem się czy nie skręcić w prawo i przebiec piątkę, bo dystans "połówki" mnie przerażał. Przygotowania do tego startu wyglądały fatalnie, jakaś nieznana choroba nie pozwalała mi na przebieganie dłuższych odcinków na treningach. Biegłem spokojnie mając niedaleko przed sobą Kasię i baloniki oznaczające grupę zmierzającą na czas 2 godziny(było to moje marzenie przed startem !). Andrzej i Marek pobiegli do przodu w tempie nieosiągalnym dla mnie nawet w marzeniach, Mariola zmierzała spokojnie do mety. Najbardziej zazdrościłem Adrianowi i Piotrkowi, którzy po dwudziestu paru minutach mieli zawody za sobą. Po 7 kilometrach dogoniłem Kasię i razem goniliśmy "dwugodzinne" baloniki. Niestety, kłopoty żołądkowe zmusiły ją do opuszczenia(chwilowego !) trasy na 12 kilometrze i zostałem sam ze swoimi słabościami. Ale każdy kilometr, który zaliczałem dodawał sił i wiary w dotarcie do mety. Na dwa kilometry przed nią minąłem grupę z balonikami i już byłem pewny, że ukończę bieg w czasie poniżej 2 godzin. Finisz pozwolił urwać prawie dwie minuty poniżej "dwójki". Kasia dotarła w krótkim czasie za mną. Marek i Andrzej pobiegli w granicach 1 godz i 40 min. Medale jak zawsze fajne a poczęstunek nie do przejedzenia. Schabowy i chleb ze smalcem to pabianicka tradycja. Obiadu i kolacji w domu nie jadłem.