Relacje z zawodów

Walentynki w Dąbrowie

W niedzielę rano po przebudzeniu czekała wszystkich niespodzianka. Była nią zadymka śnieżna. Większość ekipy dotarła  jednak na czas do Dąbrowy Górniczej na Bieg Walentynkowy. Z dziesięciorga zgłoszonych do startu Ludków ostatecznie na 5.5 kilometrowa trasę wyruszyło sześcioro. Mariola i Marek w biegu parami,  indywidualnie: Sławek i Zbyszek P. w biegu, Andrzej i ja w NW. Warunki były trudne - świeży śnieg mielił się pod butami, wiatr tez nie ułatwiał biegu i marszu. Mnie najgorzej szło jak zwykle po asfalcie, bo po ścieżkach parkowych nie było już tak źle. Trasa biegła po dwóch pętlach, w znaczniej części różniących się od siebie. W marszu czuję się ostatnio dużo lepiej niż w biegu, więc dotarłem na metę w szeroko pojętej czołówce. Andrzej oczywiście był dużo przede mną. Biegacze spisali się również bardzo dobrze, mimo iż nie mogli sobie pomagać kijkami jak my w nordicu. W losowaniu nagród nic nie wywalczyliśmy. Szkoda, że Adrian i Zygmunt nie dojechali, a Kasia i Piotrek spóźnili się na start.
Teraz czekamy na piątkowe ( 13-ty !) losowanie sztafet do Bochni. Życzę wszystkim Ludkom powodzenia i do zobaczenia pod ziemią.

Andrzej i Włodek ślizgają się w Ostrawie

W sobotę wraz z Andrzejem wystartowaliśmy w Ostrawie Trebowicach w Memoriale Franciszka Ohery. Andrzej biegał półmaraton, ja ćwiartkę. Zawody były kameralne, ale sympatyczne. Biegaliśmy po agrafce tam i z powrotem, dystans jednego okrążenia ok. 5.3 km. Pierwsze (i zarazem ostatnie) 1.5 km pętli biegaliśmy po asfalcie, potem był już tylko lód i śnieg. Podziwiałem czołówkę zawodników, w tym i Andrzeja, jak świetnie dawali sobie radę na tym lodowisku. Ja walczyłem o przetrwanie bez upadku, bo ostatnio za bardzo mnie one prześladowały. Jakoś  udało mi się dowlec do mety bez szwanku i nie zostać zdublowanym. Zająłem zaszczytne 7 (a licząc od końca 3 miejsce) w mojej kategorii dystansowej. Czas niech pochłoną mroki dziejów. Za to Andrzej szalał na trasie i wykręcił znakomity rezultat 1.42,25 godz., który dał mu 15 miejsce na 32 półmaratończyków. Po biegu zjedliśmy zupkę, ja wypiłem piwko i bezpiecznie wróciliśmy do domu.

1. Bieruński Bieg Utopca - Bieruń, 11 stycznia 2015

Utopieni w "Utopcu"

Po dobrej zeszłorocznej passie nordikowo-biegowej, postanowiłam nie odpuszczać i w tym roku i w miarę możliwości startować w zawodach. Ostatnia niedziela, upływająca w rytm XXIII Finału WOŚP, obfitowała w biegi w całej Polsce, nie było więc trudno znaleźć coś dla siebie. Moi leśnoludkowi przyjaciele zdecydowali się kultywować tradycję startów w częstochowskim biegu "Policz się z cukrzycą" na dystansie 2,3 km, we mnie jednak zwyciężyło lenistwo i postanowiłam poszukać czegoś bliżej Krakowa. W grodzie Kraka dla sympatyków biegania i WOŚP zorganizowany był bieg pięciokilometrowy, jednak jak to już z krakowskimi biegami bywa - limit zapisów dawno się wyczerpał. Po krótkich poszukiwaniach znalazłam to, co tygryski lubią najbardziej - konkretny cross z podbiegami. W Bieruniu pod Tychami czekało na mnie 16,8 km błotnistego wyzwania.

Czytaj więcej: 1. Bieruński Bieg Utopca - Bieruń, 11 stycznia 2015

Relacja z Czeladzi

Na start w Biegu Mikołajkowym w Czeladzi namówił mnie Zygmunt. Nie pożałowałem bo ogólnie było fajnie. Pogoda, jak to na razie tej zimy, jesienna, trasa krótka - tylko 2.9 km. Niestety, większość dystansu przemierzaliśmy po asfalcie (nie zawsze równym) lub kostce brukowej. Dla mnie w nordicu to koszmar, martwiłem się żeby nie popsuć kijków. Ale udało sie nam przemaszerować w niezłym tempie i dotarliśmy do mety na dobrych miejscach. Ja zająłem 3 miejsce w kategorii wiekowej (tuż przed metą wyprzedziłem gościa, który cały czas podbiegał, a był w mojej kategorii), Zyga szóste. Pucharek fajny, nagroda rzeczowa też. Nagrody dostali wszyscy uczestnicy. Ci co nie załapali się na pudło losowali do skutku różne gadżety. Wpisowe symboliczne bo 5 złotych, za co nas nakarmili dobrym żurkiem.

Szczegółowa relację z Dzika  napisała niezawodna Asia. Ja tylko chciałbym pogratulować jej i Jarkowi pięknych dzików. Trochę im zazdrościłem, ale zasłużyli na nie. Ja byłem zadowolony, że udało mi się pokonać aż trzy okrążenia trasy, czego nie osiągnąłem od lutego. Strata do pędzącego Jarka ogromna, bo prawie 8 minut, ale w klasyfikacji byłem tuz za nim! Może w Strzelcach mniej przegram ?

International Race Walking Tour 2014

13 września 2014 roku wziąłem udział w zawodach z cyklu IRWT organizowanych w Katowicach. Był to mój debiut w imprezie tej rangi, a zarazem ostatni start tego sezonu (jeśli chodzi o chód). Mając już cały sezon „w nogach”  tym razem startowałem na nieco szybszym od dwudziestki dystansie 10km. Równo o 16:00 stanąłem na linii startu wraz z czołówką polskiego chodu, silnymi zawodnikami z Europy, ale także z reprezentantami Gwatemali. Kilometrową pętle na której się ścigaliśmy wytyczono w samym sercu miasta, dzięki czemu kibiców pojawiło się naprawdę sporo. Pogoda też dopisała, wciąż bardziej letnia niż jesienna. W zasadzie wszystko tego dnia było na tak; organizatorzy wywiązali się ze swoich zadań naprawdę świetnie, a jeśli chodzi o mnie – ukończyłem rywalizację na 13. (myślę, że nie pechowym) miejscu z czasem 46:38, 3 sekundy gorzej od życiówki. Pozostaje lekki niedosyt – w końcu to tylko trzy sekundy, ale mimo wszystko to mój drugi wynik na tym dystansie, tak więc końcówka sezonu, choć należy już do przeszłości, na pewno będzie miło wspominana.

Leśne Ludki u Jacka w Blachowni

Tradycyjnie już tydzień po zawodach w Bełchatowie spotkaliśmy się na leśnej polanie w Blachowni. Na zaproszenie Jacka Chudego i jego przyjaciół stawiły się reprezentacje kilku klubów biegowych. Ludki reprezentowali: Adrian, Łukasz, Sławek, Zbyszek P. i ja.  Zimny, porywisty wiatr nie zachęcał do biegania, ale 38 zawodników wyruszyło na piękne leśne trasy. Czołówka biegała na wyścigi, reszta rekreacyjnie. Najlepszy z Ludków był oczywiście Łukasz, który dotarł do mety na 4 miejscu, niewiele dalej bo 7 był Sławek. Reszta spokojnie ukończyła zaplanowany dystans( dowolny zresztą). Ja jako jedyny Ludek maszerowałem z kijkami, bo ostatnio w ogóle nie biegam w zawodach czy treningach i tylko kijki ratują mnie jako zawodnika. Po biegu zostaliśmy nakarmieni i napojeni gorącą strawą. Było też pyszne ciasto i słodycze płynne, rozgrzewające nasze zmarznięte członki. Na drogę Jacek zaopatrzył nas w hurtowe ilości izotoników, ledwo je dźwigaliśmy w torbach. Atmosfera jak zwykle wspaniała, rozmowom nie było końca. Do zobaczenia w Strzelcach.

Bydlin&Dzik

Jak zapowiedziałam, tak zrobiłam. Spełniłam niepodległościowo-biegowy "obowiązek małżeński". Zrobiłam to w Bydlinie na XX (Międzynarodowym) Biegu Śladami Legionistów. Od razu zdradzę, że bieg ten jest międzynarodowy tylko z nazwy :) Jeśli chodzi o rzeczywistość, to chyba nie zmienił się od tych lat dwudziestu, co może mieć dla niektórych pewien urok, niemniej umiejscawia imprezę raczej w kategorii "biegów anachronicznych".

Dlaczego zatem tam startuję?  Powody są dwa. Po pierwsze ze względów sentymentalno-towarzyskich. Jak już wspominałam w poprzednim poście, to w Bydlinie debiutowałam biegowo trzy lata temu, a wiadomo, ten "pierwszy raz" zawsze zapada głęboko w człowieka, nawet jeśli nie był do końca udany :) Drugi powód jest bardziej prozaiczny - z chciwości. Dwa razy bowiem załapałam się na pudło w kategorii (bardzo szerokiej zresztą), a w tym wypadku pudło znaczy kasa.

To oczywiście nie są żadne wielkie pieniądze, ale dla takiej amatorki, jak ja, to niezwykle smakowity kąsek! Niestety, w tym roku przeszedł mi koło nosa - 10 sekund mi zabrakło do trzeciego miejsca :( Nie da się ukryć, pobiegłam o 40 sekund gorzej niż rok temu i tak się to musiało skończyć. Rywalka młodsza ode mnie o latek 13 wyprzedziła mnie na górce jakieś pół kilometra przed metą i już nie dałam jej rady dojść. Dzisiaj już to wiem, bo wreszcie wczoraj pojawiły się wyniki...

Tak, to jedna z atrakcji tej imprezy - polowanie na wyniki. Pełne emocji oczekiwanie: gdzie i po jakim czasie uda się je znaleźć. A jak się już znajdzie, to i tak można przeżyć niezły szok. Dwa lata temu mój wynik został przekłamany o dobre dwie minuty. Skąd wiem? Wcale (nie tylko) z gpsa! Na tym biegu panowie pokonują trzy okrążenia, podczas, gdy panie tylko dwa. To oczywiście jawna i absurdalna dyskryminacja, ale ma to tę zaletę, że przybiegam przed panami, choć oczywiście nie wszystkimi :) I tak - na zawodach w 2012 - byłam na mecie ok. 2 minut przed gwiazdą Leśnych Ludków, czyli Łukaszem, podczas, gdy czasy zmierzone przez organizatorów wskazywały, że Łukasz był przede mną... Mam świadków, ze to nieprawda, ale pal licho.

W tym roku popełniłam idiotyczny błąd nie zabierając ze sobą na start żadnego urządzenia mierzącego czas i tym samym nie mogę wcale ręczyć za otrzymany rezultat. Co ciekawe, biega się zawsze tą samą trasą (śladami legionistów przecież), ale z niewiadomych powodów organizatorom nie udało się jej przez te dwadzieścia lat zmierzyć dokładnie. Do tego roku upierali się, że kobiety biegną 8 km, a mężczyźni - 12. W tym roku zmienili zdanie i twierdzą, że panie - 7 km, a panowie tylko 10,7 km. To ja Wam zdradzę, że według kilkuletnich uśrednionych leśnoludkowych pomiarów te odległości wynoszą odpowiednio 7,8 oraz 11,2 km.

No dobrze, trochę marudzę, ale są też zalety. Trasa jest przyjemna, urozmaicona. Tu znowu wada - biegnie się drogą asfaltową, gdzie ruch nie jest wstrzymany. Na szczęście samochodów nie ma zbyt wiele, a straż pilnuje jako tako bezpieczeństwa. W tym roku zamiast tradycyjnej koszulki był medal, bardzo przyzwoity. I znów skrytykuję - na mecie nie było wody, a dzień był wyjątkowo, zwłaszcza jak na listopad, ciepły i język zwisał mi do pasa z pragnienia. Wyobrażam sobie, że panowie, którzy biegli przecież dalej, cierpieli jeszcze bardziej. Można było udać się do budynku po herbatę i bigos, ale czekałam na finisz pozostałych Leśnych Ludków.

A tradycyjnie było nas w Bydlinie sporo. Ania przybiegła niedługo przede mną (a do tej pory z nią wygrywałam :( - no cóż, obie robimy się coraz starsze, z tym, że Ania ma lat 16), Mariola trochę później. Potem kolejno dotarli na metę Jarek młodszy, Andrzej i Jarek starszy. Tu muszę podkreślić, że jednak organizatorzy nie całkiem zamienili się w skamienielinę i wprowadzili w tym roku innowację: towarzyszący wyścig NW. W tej dyscyplinie wystartowali Włodek i Zygmunt zajmując odpowiednio pierwsze i trzecie miejsce w kategorii open! Nie da się ukryć, że mieli łatwiej, bo wielkie gwiazdy NW nie stawiły się w Bydlinie. W tej kategorii nie było nagród pieniężnych, jedynie mszalny puchar dla najlepszego kijkarza i kijkarki.

Może trochę ponarzekałam, ale trudno się czasami powstrzymać :) Pogoda jednak dopisała fantastycznie, humory również i można powiedzieć, że z "obowiązku" wynikły same przyjemności. I tak być powinno!

A dzisiaj pojechaliśmy na "dzika". Znów był dziki tłum. To z jednej strony denerwuje, zwłaszcza przy starcie, bo pierwszy kilometr należy w tej sytuacji uznać za stracony. Z drugiej cieszy, że coraz więcej ludzi chce spędzać czas w niedzielne przedpołudnie biegając lub maszerując po lesie. Wśród nich sa ludzie w bardzo różnym wieku. I trzeba przyznać, że także coraz więcej dziewczyn na emeryturze o figurach jak z żurnala :) Dzisiaj moją uwagę zwróciła para z nastolatką, do której pan zwrócił się z prośbą: "Justynko (imię zmienione) sprawdź proszę jaki Babcia miała wynik". I wcale nie chodziło o wynik EKG :)

Włodka relacja z Bydlina

Piszę tę relację, ponieważ poczułem się zobowiązany moim największym sukcesem w zawodach NW. Po raz pierwszy wygrałem wyścig w klasyfikacji generalnej (i raczej na pewno po raz ostatni), a stało się to zupełnie przypadkowo. W zawodach w Bydlinie miałem tradycyjnie biegać na dystansie nieco ponad 11 km. Ale dzień przed startem Jarek Grygiel poinformował mnie o możliwości startu w NW na dystansie 5 km. Od razu zadzwoniłem do Zygmunta i już mieliśmy skromną ekipę Ludków do nordicu. Pozostałe Ludki biegały, lub kibicowały. Na starcie okazało się, że stawka zawodników jest raczej rekreacyjna, a ilość skromna 16 dziewczyn i 8 chłopaków. Wyczułem szansę powalczenia o dobre miejsce. Niestety, organizatorzy przewidzieli tylko puchar za I miejsce w klasyfikacji generalnej kobiet i mężczyzn. Ze startu ruszyłem jak na mnie szybko i od razu objąłem prowadzenie. Pogoda super, trasa w pięknym lesie, więc maszerowało mi się fajnie. Cały czas musiałem baczyć by nie pomylić drogi, bo oprócz oznaczenia taśmą nie było na niej nikogo z organizatorów. Przez około połowę, jak się okazało nieco ponad 4 kilometrowej trasy deptał mi po piętach jeden z zawodników. Ale cały czas trzymałem dobre tempo i ostatecznie go zgubiłem. Szczęśliwie dotarłem do mety i długo czekałem na konkurenta (wg moich obliczeń ponad 3 i pól minuty). Tuz za nim przyszedł Zyga i pierwsze dziewczyny. W nagrodę dostałem puchar i dmuchaną poduszkę. Szkoda, że Zyga nic nie dostał za 3 miejsce. Głupio było samemu stać na podium. Było to najprzyjemniejsze pól godziny i kilkanaście sekund marszu w mojej karierze nordikowca. Okazuje się, że żeby coś wygrać trzeba, oprócz treningów znaleźć się na odpowiednich zawodach. Podobnie niespodziewanie jak ja Andrzej zdobył nagrodę pieniężną w kategorii wiekowej. Tak to podtrzymaliśmy tradycję wyjeżdżania z Bydlina z nagrodami, co w poprzednich latach czyniła Asia.

Maraton w Inverness

Od kilku lat próbowałem dostać się na jeden z największych maratonów w Europie - Londyn. Niestety, jeżli już udało mi się zapisać do losowania , to zawsze na jesieni dostawałem e-maila: Sorry ... Więc postanowiłem wystartować w jakimś innym maratonie na Wyspach Brytyjskich. Wybór padł na Loch Ness w Szkocji 28 września. Za tym wyborem przemawiało: szybkie i tanie połaczenie lotnicze ( z Katowic , Krakowa lub Modlina do Glesgow lub Edynburga) ciekawa trasa maratonu oraz nieznana, tajemnicza Szkocja. Na wyprawę wybraliśmy się w trójkę: Mariola, Marek i ja. Mariola postanowiła przebiec 10 km a my królewski dystans. Najtańszy lot znaleźliśmy z Modlina, skąd wylecieliśmy w czwartek 25 września do Edynburga. Ma lotnisku mieliśmy zarezerwowany samochód - dostaliśmy nowego Opla, sorry ...  w Wielkiej Brytanii jest to Vauxhall Corsa z przebiegiem zaledwie 6 tyś. mil. Samochód rezerwowaliśmy na Marka, więc wypadło na niego jeździć lewą stroną. Pognaliśmy do Edynburga gdzie mieliśmy pierwszy nocleg w ... kosciele. Kościół - nie wiem jakiego wyznania - został przerobiony na hostel. W środku powstawiano ścianki działowe i tak powstało kilkanaście pokojów. Kuchnia i prysznice były w podziemiach. Piątek upłynął nam na zwiedzaniu Edynburga. Było słonecznie ale bardzo wietrznie. Cały dzień włóczyliśmy się po mieście zwiedzając Old Town, Edinburgh Castle, spacerując Royal Mile. Na drugi dzień wcześnie rano startujemy do Inverness na jeziorem Ness ( Loch po szkocku znaczy jezioro ), gdzie znajduje się biuro zawodów. Po drodze zwiedzamy zamek Glamis, uważany za najbardziej nawiedzony zamek Szkocji. Tutaj spędziła dzieciństwo Elżbieta Bowes-Lyon, matka królowej Elżbiety II. Na zamku tym urodziła się także księżniczka Małgorzata , młodsza siostra Elżbiety II. W zamku znajduje się między innymi Sala Duncana, najstarsza, w której William Szekspir umieścił scenę zabicia króla w Makbecie. Późnym popołudniem po przejechaniu prawie 200 mil docieramy do Inverness. Po drodze mijamy wapienne wzgórza pokryte resztkami trawy z licznymi stadami owiec ( każdy właściciel malował im grzbiet innym kolorem ). W biurze zawodów odbieramy skromny pakiet startowy: numer startowy i ...już. Reszta ma być na mecie. Do zmroku spacer po mieście. Inverness jest portem leżącym przy ujściu rzeki Ness do zatoki Moray Firth (Morze Północne). Ośrodek turystyczny regionu Highlands. Baza wypadowa nad Loch Ness. Znajduje się tu zrekonstruowany zamek szekspirowskiego Makbeta. Hostel - tym razem w normalnym budynku. Zastanawimy się jak zaplanować ranek. Mnie z Markiem ze stadionu, na którym mieści się biuro zawodów i meta zabiera autobus i wywozi na miejsce startu 42 km od miasta. Natomiast Mariola startuje na mieście jakieś 5 km od stadionu. Decydujemy się jechać wszyscy razem na metę. Tam zostawiamy samochód. Mariola zostaje w samochodzie i o 9.00 rusza piechotą na start, który ma zaplanowany na 10.00, a my o 8.00 wyruszamy autobusem. Pojawia się jezioro Ness, ale niestety ani śladu słynnego potwora. Jedziemy jego północnym brzegiem na drugi koniec, wracać będziemy południowym. Po drodze mijamy zamek Urquhart, który niestety nie przetrwał próby czasu. Blisko godzinę pniemy się pod górę po wijących się drogach Szkocji. Widoki są fantastyczne, choć krajobraz surowy, prawie księżycowy. Po wyjściu z autobusu witają nas rozległe wrzosowiska niestety już przekwitnięte. Gdzieniegdzie rosną kępy drzew. Nieźle wieje. Trzy tysiące biegaczy nie ma gdzie się schować. Do startu jeszcze godzina. Rozgrzewamy się serwowaną przez trzech starszych Szkotów kawą i herbatą. Temperatura niewiele ponad 10 stopni – może być – byle nie padało. Przygrywa kapela ubrana w szkockie stroje. Spotykamy wcale nie małą grupę naszych rodaków. Co chwilę ktoś podchodzi i się z nami wita. A to z racji naszych czapek napisami i barwami narodowymi. Część tu mieszka, pracuje lub się uczy a kilka osób jak my przyleciało samolotem. Poznajemy dwóch triatlonistów, Marek szybko znajduje z nimi wspólne tematy. Wreszcie start – ruszamy. Zakładamy tempo w granicach 5.00/km. Wiemy, że po 30 km czeka nas dwu kilometrowy podbieg. Generalnie biegniemy z górki – na 30 km spadek wynosi 300 m, co jakiś czas jest niewielki podbieg - dzięki czemu łatwo podziwiać piękno

tego górskiego pejzażu. Dla tych cudownych widoków warto było tutaj przyjechać! Loch Ness mamy z lewej strony, wzgórza z prawej,  przebiegamy przez niewielkie laski i wrzosowiska. Kilometry mijają, po drodze zbieramy żele energetyczne i wodę - rozdają ich sporo, za co należy się organizatorom wielka pochwała. Robi się ciepło, nawet zaczyna pojawiać się słońce, temperatura około 15 stopni. Tempo mamy równe, nawzajem kontrolujemy szybkość.
   
 Marka zaczyna boleć łydka co zaczyna odczuwać boleśnie na 30 km gdy rozpoczyna się podbieg. Zwalnia a ja ruszam sam do przodu. Biegnie mi się nieźle. Powoli kończy się piękna górska trasa i wbiegamy na przedmieścia Inverness. Tu już wszyscy zagrzewają do walki: dalej, macie już tylko 500 metrów. Przebiegam most, zawracam i już widać metę. Za metą widzę Mariolę. Mówię, że zaraz będzie Marek. Czekam kilka minut i widzę go z daleka. Po przekroczeniu mety odbieramy medale i koszulki techniczne z logo maratonu. Jeszcze banany, słodycze, napój izotoniczny. Następnie ruszamy na obiad. Tak przynajmniej to się nazywa. Zupa z puszki to produkt sponsora tytularnego maratonu – firmy Baxter’s. Do tego kilka łyżek ryżu i pasków kurczaka. Największy plus tego dania to to, że jest ciepłe. Jak po tym wszystkim smakuje pinta piwa! Jeszcze tylko wspólne zdjęcie z nowymi znajomymi, degustacja whisky  - wg staro-szkockiego „ woda życia” – i jedziemy do hotelu. Mariola swoją dyszkę zaliczyła po ulicach miasteczka. Po południu spacer po uliczkach – jak wszędzie i tu spotykamy Polaków mieszkających i tu pracujących. Jak ocenić organizację maratonu? Na plus trzeba zaliczyć przede wszystkim organizację punktów odżywczych i nawadniających wzdłuż całej trasy oraz bardzo sprawnie zorganizowany transport z mety na start maratonu (biuro i miasteczko zawodów oraz expo było zorganizowane na mecie maratonu). Loch Ness Marathon to bardzo sprawnie zorganizowana impreza, w której z pewnością warto wziąć udział ze względu na piękne krajobrazy gór i jeziora. Nasze osiągnięcia? Mariola z czasem 1.09h była 2005 na 2388 biegaczy, jaz czasem 3,41h 467 na 2478 biegaczy a Marek z czasem 3.36h zajął 566 miejsce. Wcześnie rano ruszamy dalej. Zwiedzamy ruiny zamku Urquhart z widokiem na jezioro Ness. Niestety – i dzisiaj nie ma śladu potwora. Jedziemy dalej, po drodze mijamy liczne polodowcowe lochs. Odpoczynek i kawa w Fort William –w niewielkim, urokliwym miasteczku nad Loch Linnhe. Krajobraz jest niesamowity: liczne wrzosowiska, dzikie wzgórza, rozlewiska polodowcowe. Dojeżdżamy do Glasgow. Ostatni nocleg w samym centrum. Spacer już w po zachodzie słońca. Znów słyszymy polski język na ulicach. Rano wczesna pobudka, jazda na lotnisko, oddajemy Opla i o 9.00 wylatujemy do kraju. Wyjazd niezwykle udany. Maraton – inny niż dotychczasowe. Najbardziej w pamięci zostaną nam chyba niesamowite krajobrazy, szkockie zamki i ruch lewostronny.

III Cross Czwórki - Dąbrowa Górnicza, 26 października 2014

Gry rozwiały się mgły...

Do ostatniej chwili wahałam się, czy wybrać się na III Cross Czwórki do Dąbrowy Górniczej. Dwa lata temu wystartowałam w nordiku i po wygraniu kategorii kobiet (a przez chwilę nawet kategorii open, ostatecznie jednak zagubionym na trasie liderom zmieniono czas i przywrócono ich na pierwsze miejsca) wróciłam z bagażem nagród i pozytywnych wspomnienień. Gdy jednak obudziłam się w tegoroczną niedzielę 26 października, moim oczom ukazało się... no właśnie - nic. Świat za oknem spowity był mgłą tak gęstą, że wcale nie uśmiechało mi się wkraczanie w bezkresną białą czeluść. Ostatecznie jednak zacisnęłam zęby i z niemałym żalem opuściłam ciepłe i suche mieszkanie.

Czytaj więcej: III Cross Czwórki - Dąbrowa Górnicza, 26 października 2014

Leśne Ludki w Gruzji

W trzeciej dekadzie października dwa Ludki: Andrzej i Włodek wybrały się na obóz treningowy do Gruzji. Piękna pogoda sprzyjała wielogodzinnym marszom bez pomocy kijków po górzystych stolicach (dawnej - Kutaisi i aktualnej - Tbilisi) tego przyjaznego nam kraju. Trening biegowy został zaliczony nad Morzem Czarnym w Batumi. Na przejściach dla pieszych ćwiczono refleks i szybkość. Marsze po chodnikach ćwiczyły podzielność uwagi i wzmacniały wszystkie stawy, zwłaszcza nóg. Niestety, zimne elektrolity spowodowały poważne przeziębienie Włodka.