Relacje z zawodów

Zaległe relacje Włodka

Złoty Potok 24.10.
   W przedostatnią sobotę października Złoty Potok gościł uczestników kolejnych Mistrzostw Powiatu Częstochowskiego w Nordic Walking. Ludki startowały w dość licznym, pięcioosobowym składzie.  Przy jesiennej pogodzie ruszyliśmy z Orlika na krótką, bo nieco ponad 3-kilometrową trasę. Start był trochę skomplikowany, a ja jak zawsze pałętałem się w ogonie stawki. Przez to o mało nie zostałem przebity kijkiem przez jakiegoś ciamajdę, który podnosząc bidon wystawił ostrze kijka prosto na mój brzuch. Ledwo uszedłem z życiem i ruszyłem w pogoń za uciekającymi rywalami. Adrian, Piotrek i Kasia po wymaszerowaniu ze stadionu byli daleko przede mną. Tylko Kamil maszerował z tyłu spokojnym tempem. Po pewnym czasie zacząłem odrabiać straty do wyprzedzających mnie Ludków. Na drugim okrążeniu w pewnym momencie maszerowaliśmy w niewielkiej odległości w dwóch parach Piotrek z Kasią i Adrian ze mną. Przy wejściu na stadion Piotrek zaliczył glebę, co było konsekwencją marszu z rozwiązaną sznurówką. Na szczęście nic się nie stało i razem z Kasią wmaszerowali na metę a ja tuż za nimi. Adrian dotarł kilkanaście sekund za nami tuż za jednym z Zabieganych. Kamil spisał się całkiem przyzwoicie. Większość z nas znalazła się na podium w bliżej nie określonych kategoriach. Po marszu zostaliśmy porządnie napojeni i nakarmieni przez organizatorów z zaprzyjaźnionego klubu ULKS RUN Podkowa Janów. Rewelacją zawodów był Piotrek, który wystartował po cztero i półmiesięcznej przerwie i był najszybszy z nas, chociaż protokół z zawodów mówi nieco inaczej. Kibicował nam Zbychu Stęplowski, któremu pogratulowaliśmy znakomitego startu w Maratonie Poznańskim, gdzie złamał granicę 3 godz. i 20 minut, bijąc rekord życiowy i rekord Ludków.


Bełchatów 22.11.
   Start w Bełchatowskiej Piętnastce dla Ludków to już siedmioletnia tradycja. Tym razem nasza reprezentacja było tylko dwuosobowa – Kasia i ja. Na 5 km startował nieoficjalnie Kuba Woźniak, kandydat na Leśnego Ludka. Za to kibiców mieliśmy bardzo liczną ekipę. Bazę mieliśmy tradycyjnie u Państwa Włodarczyków. Mogliśmy się tam przebrać, wykąpać po biegu i zostaliśmy nakarmieni do syta a nawet więcej. Bieg odbył się przy ładnej pogodzie, chociaż wiaterek był chłodny. Pierwsze z trzech okrążeń potraktowałem na rozpoznanie moich skromnych sił. Podobno nie wyglądałem za dobrze po jego ukończeniu, ale ja tak już mam. W połowie trasy zaczęło mi dokuczać kolano i na 9 kilometrze ledwo pokonałem podbieg. Ale jakoś rozruszałem złośliwy staw i na końcu drugiej pętli było prawie ok. Tempo utrzymałem do końca i dobiegłem na fajnym bo 666 miejscu na ponad 900 uczestników, którzy ukończyli zawody. Jak na nędzne treningi nie było tak źle. Kasia dotarła do mety niewiele za mną. Też słabo trenowała z powodu urazu. Fajnie, że dala się namówić na ten start, bo miałbym problem z dotarciem do Bełchatowa. A w ubiegłym roku liczba Ludków startujących w Piętnastce była kilkukrotnie większa (krysys !). Może za rok stawimy się liczniej, bo warto.

Blachownia 29.11.
   Tradycyjne podsumowanie sezonu miało miejsce w gościnnej Blachowni. Jak zawsze każdy z uczestników musiał się trochę spocić. Tym razem trasa była dość krótka ok. 3 km. Ludki powalczyły i na mecie Łukasz zajął pierwsze miejsce, za nim dobiegł Sławek a niewiele później Zbyszek. Adrian, Kamil i ja zamykaliśmy stawkę biegaczy a Zygmunt przymaszerował jako najszybszy nordikowiec. Najfajniejsze były oczywiście rozmowy przy ognisku na którym piekliśmy kiełbaski. Były też pyszne ciasta i inne frykasy, nawet ptasim mleczkiem częstował nas Jacek Chudy.  Z żalem żegnaliśmy się z przemiłymi gospodarzami, oraz przyjaciółmi z Częstochowy i Kłobucka. Z niektórymi spotkamy się niedługo w Strzelcach Opolskich na kolejnej piętnastce.


Jurajskie Mistrzostwa Nordic Walking w Półmaratonie - Lgota Murowana, 11 listopada 2015

11 listopada – jak zawsze – wybór biegów był ogromny. Tym razem -  zrywając z wieloletnią tradycją -  postanowiliśmy odpuścić Bydlin, a spróbować sił w Lgocie Murowanej na Mistrzostwach Jury w Półmaratonie NW. Do wyboru był dystans półmaratonu indywidualnie lub sztafeta 4 osobowa. W rozmowach przedstartowych z Włodkiem stwierdziliśmy, iż 5 km to trochę mało, więc we dwójkę postanowiliśmy wystartować indywidualnie. Dla Włodka po zaliczeniu Berlina nie był to żaden dystans. Ja – praktycznie od czerwca prawie nie biegając, tylko od czasu do czasu człapiąc raz w tygodniu – stwierdziłem, że to będzie w sam raz dla mnie. Udało nam się  jeszcze namówić Adriana, który aczkolwiek z oporami ale zgodził się na wspólny start. Biuro zawodów, start i meta  znajdowały się w Hotelu Fajkier. Po przyjeździe na miejsce spotkaliśmy się z Adrianem i Zbyszkiem Paszewskim, który tym razem wystąpił w roli kibica, trenera i żywieniowca. Pogoda idealna – pochmurno, temperatura około 10 stopni. Odebraliśmy numery startowe i bogate materiały reklamowe w formie mapek i informatorów turystycznych. Do pokonania było 8 pętli po 2,63 km. Ruszyliśmy ok godz. 11.11. Wystartowało około 20 sztafet i 30 zawodników indywidualnie. Na trasie miało nas wnikliwie obserwować 4 sędziów NW. Trasa była bardzo pofałdowana – na początku z góry a w połowie trasy niezłe podejście. Nasza trójka szła w niewielkiej odległości od siebie. Mijając sędziów staraliśmy się zachować wzorowa postawę i styl. Mimo to usłyszeliśmy niejedną uwagę i polecenie poprawy sylwetki, właściwego prowadzenia rąk czy odpowiedniego ułożenia nóg. Włodek nawet zarobił 1 min. kary za nieprawidłowe prowadzenie kijków. W okolicy 5 okrążenia do kibiców dołączyli Asia i Jarek. Mimo braków w treningu NW szło mi się całkiem dobrze, ale pod koniec zaczynało brakować kondycji. Wreszcie meta. Udało mi się zająć 12 miejsce z czasem 2.40.10 (2 w kategorii wiekowej), Włodek był 16 – 2.44.40, a Adrian 22 – 2.52.36. Na mecie gorący posiłek, konkurs z nagrodami, ciekawe opowieści zaproszonych triatlonistów o zawodach Ironman. Impreza została dobrze zorganizowana przez Jurajski Klub NW Lider Support Team oraz Hotel Fajkier.

I Otwarte Mistrzostwa Częstochowy Nordic Walking - 18 października 2015

Na Mistrzostwach Częstochowy w NW znowu wystartowały dwa Ludki, tym razem Adrian i ja. Trasa liczyła 10 km (a może trochę więcej), maszerowaliśmy trzy pętle po Lesie Aniołowskim. Kilku „prawdziwych” sędziów czujnym okiem śledziło nasze wysiłki. Było kilkanaście karnych minut, mnie i Adriana oszczędzili, chociaż dwie życzliwe uwagi dostałem. Mobilizacja, żeby maszerować jak najbardziej poprawnie kosztowała mnie solidny ból kolana w końcówce zawodów i w dniach następnych. Brak treningów nordikowych wyszedł mi bokiem. Spory odcinek maszerowaliśmy po asfalcie, na którym w nordiku po prostu cierpię. Ale czas miałem całkiem dobry i miejsce też. Adrian przymaszerował niewiele ponad dwie minuty za mną. Jemu z kolei asfalt w NW chyba pasuje. Kibiców mieliśmy tym razem więcej niż startujących: Halinka, Sławek (robił nam fotki) i Zbyszek P. Po zawodach wyjrzało nawet słońce, w promieniach którego wygrzewaliśmy się czekając na losowanie nagród. Tym razem wylosowałem udział w zajęciach samoobrony. Mam nadzieję, że w następnych zawodach wystartuje w końcu większa grupa Ludków. 

VI runda V JPNW - Słowik, 11 października 2015

Na zakończenie cyklu Jurajskiego Pucharu NW dotarłem trochę „zmęczony” po sobotniej imprezie. Adrian, mimo choroby dostarczył mnie z Częstochowy do Słowika. Szkoda, że sam nie mógł wystartować. Kasia dotarła w pojedynkę, na starcie stanęła więc tylko dwójka Ludków. Od startu wlokłem się w środku stawki maszerów. Tym razem nie miałem zamiaru szarpać się i gonić Kasię. Spokojnie pokonałem dwie pętle w lesie i dotarłem do zbawczej mety, poganiany przez Kasię, która zdążyła już zmarznąć. Oczywiście znowu wygrała kategorię wiekową, o czym ja  nawet w najlepszej formie mogę tylko pomarzyć. Za to dostałem nagrodę za „całokształt” moich wysiłków na trasach Jurajskiego. Nagród była masa i przyznawanych i losowanych. Tym razem szczęście nas ominęło. Impreza bardzo się przeciągnęła i zmarzliśmy solidnie, bo cały czas wiał przenikliwy, zimny wiatr.

XXXVII Trzeźwościowy Bieg Jesienny - Parzymiechy, 4 października 2015

Po Maratonie Berlińskim dość szybko doszedłem do siebie, więc bez trudu dałem się namówić Adrianowi na start w Parzymiechach. W tym biegu startuję od lat 80-tych ub. wieku i zawsze chętnie jadę. Organizatorzy gwarantują solidne przygotowanie imprezy. Tak też było tym razem, nawet po kilkudziesięciu latach „załatwiono” remont drogi po której biegamy i od paru lat maszerujemy z kijkami. Prawie połowa trasy prowadziła inną drogą niż dotychczas. Pogoda też była zamówiona, biegło mi się więc bardzo fajnie. Byłem zaskoczony dobrym tempem, które podyktowały moje nogi. Bałem się czy go wytrzymam, ale udało się dotrzeć do mety w przyzwoitym czasie i dobrej formie. Na mecie czekali już Adrian i Zygmunt, którzy maszerowali na połowę krótszym dystansie, czyli 5 km. Zajęli niezłe lokaty i uzyskali całkiem przyzwoite wyniki. W dobrych nastrojach czekaliśmy na losowanie nagród, bo o podium nie było mowy. Warto było, bo wszyscy trzej wróciliśmy do domów z fajnymi upominkami. Chętnie za rok wrócimy by wystartować w tym jednym z najstarszych biegów w Polsce.

42. BMW Berlin Marathon - Berlin, 27 października 2015

Historia mojego startu w 42 BMW Berlin-Maraton rozpoczęła się w październiku 2014 roku od telefonu Jarka, który znienacka zapytał czy chcę startować w tym maratonie. Odpowiedziałem oczywiście, że chcę. Jarek nas zapisał i pod koniec listopada otrzymałem wiadomość, że zostałem wylosowany do udziału w maratonie. Jarek, niestety nie miał szczęścia. Niemal od razu trzeba było dokonać opłaty startowego (98 euro), oraz dodatkowo 10 euro za medal, 5 euro za wypożyczenie chipa i 10 euro za zrobienie fotek na trasie. Fotki po biegu były do wykupienia za 45 euro (15 sztuk). Przygotowania rozpocząłem na poważnie na początku sierpnia od fatalnego startu w półmaratonie w Rudzie Śląskiej. Trenowałem solidnie, startowałem systematycznie i rehabilitowałem co jakiś czas kolano.  Na treningu maksymalnie przebiegłem 12 km, przeważnie były to dyszki. Ostatni start przed maratonem, „15-ka” z Sosnowca do Katowic podbudował mnie psychicznie, było już ok. Do Berlina wyruszyliśmy z Gosią w piątek po południu autokarem „Sindbada” z Katowic. W Berlinie byliśmy ok. 3-ciej nad ranem. Na miejsce zakwaterowania dotarliśmy piechotą, zaliczając nocno-poranne zwiedzanie miasta. Nasz nocleg mieścił się ok. 1.5 km od Bramy Brandenburskiej. Andrzej dobrze go wybrał bo ulica przy której nocowaliśmy nazywała się Stresemannstrase (stresa przed startem miałem nielichego). Przez lata znajdowała się w Berlinie Wschodnim i wzdłuż niej biegł odcinek Muru Berlińskiego. Po śniadaniu znowu marsz, tym razem na lotnisko Tempelhof do Biura Zawodów. Zmierzały tam całe tłumy maratończyków i ich osób towarzyszących. Wejście na teren Biura i zarazem targów wyposażenia dla biegaczy odbywało się za okazaniem karty startowej, którą każdy otrzymał mailem i musiał wydrukować. Kilkadziesiąt stanowisk obsługi zawodników powodowało, że nie było niemal żadnych kolejek do odbioru numerów i chipów. Wcześniej każdy zawodnik został „zaobrączkowany” specjalną taśmą, która pozwalała się dostać do wszystkich stref zarezerwowanych dla biegaczy (wraz z osobą towarzyszącą). Na targach kupiłem tylko szklankę pamiątkową za 3 euro i po obejrzeniu biegów dla dzieci wróciliśmy do hotelu. W pokoju przyczepił się do mnie sympatyczny Hindus, który koniecznie chciał ze mną porozmawiać. Udało się to za pomocą tłumacza w jego telefonie komórkowym (języków nie warto się uczyć !?). Wieczorem zbadaliśmy strefę startu i mety, kolacja i spać. W sumie w przedstartowa sobotę pokonaliśmy pieszo około 20 kilometrów, czyli połówkę maratonu. Rano zjadłem tylko zupkę błyskawiczną (niezbyt dobry pomysł !) i w drogę na start. Całe centrum miasta było zamknięte dla ruchu i opanowane przez biegaczy. Przydział miałem do ostatniej, najliczniejszej strefy startowej – H. Liczba startujących, około 40 tysięcy robi niesamowite wrażenie. Stoi się, a potem biegnie w nieogarnionym morzu maratończyków. Przed startem do ochrony przed wychłodzeniem każdy dostał folię, ale wielu zawodników preferowało swoje okrycia. Większość z nich została porzucona w strefie startu i „uprzątnięta” przez czyhających na tę okazje zbieraczy. Od momentu startu pierwszej strefy do chwili w której ja przekroczyłem linię startu minęło prawie 37 minut. Nie martwiło mnie to bo na mecie zawodnicy klasyfikowani są według czasów netto. Pogoda była super - chłodno, lekki wiatr, słoneczko też czasem wyglądało zza chmur. Pierwsze kilometry starałem się biec spokojnie i tempo było całkiem przyzwoite. Czułem trochę zmęczenie podróżą i sobotnimi marszami po mieście. Ale kolejne piątki pokonywałem dość równo. Dopiero około połowy trasy zaczęły się problemy. Zaczął mi dokuczać żołądek (może to ta zupka ?), tempo zaczęło spadać. Na 27 km pomyślałem, że szykuje się kolejna męczarnia na ostatnich kilometrach. Systematycznie wyprzedzała mnie większość zawodników. Chciałem zaliczyć pobyt w WC, ale odstraszyły mnie kolejki. Wypiłem miksturę na żołądek niesioną w bidonie i ok. 30 km poczułem, że kryzys mija. Kolejne kilometry biegłem już dużo szybciej i czułem się coraz lepiej. Zacząłem wierzyć w pokonanie bariery 4 godz. i 20 min. Teraz to ja wyprzedzałem całe grupy biegaczy i przesuwałem się do przodu klasyfikacji.  Ostatnie kilometry mijały mi bardzo szybko i znalazłem się na reprezentacyjnej Alei Berlina Unter den Linden (Aleja Lipowa), mając do mety niecały kilometr. Dostrzegłem Gosię, która próbowała uruchomić kamerę i ostatecznie udało się jej zrobić migawkę z mojego „finiszu”. Po minięciu Bramy Brandenburskiej zostało niecałe pół kilometra i to z górki. Po 4 godz. 19 min i 22 sek. pobytu na trasie spełniło się marzenie pokonania jednego z największych i najsłynniejszych maratonów Świata. Za metą dostałem medal, folię do okrycia, wodę i reklamówkę z drobiazgami. Piwo bezalkoholowe było bez ograniczeń, ale wypiłem tylko pół, bo na więcej nie pozwolił żołądek. Ciepłego posiłku nie dali. Powoli dotarłem do Bramy Brandenburskiej i bez problemu odnalazłem Gosię po długich prawie sześciu godzinach „rozłąki”. Powoli dotarliśmy do hotelu po drodze kibicując biegnącym jeszcze maratończykom. Po kąpieli i „uczczeniu” sukcesu dotarcia do mety ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Kontynuowaliśmy je następnego dnia, ale było to za mało bo w Berlinie jest co zwiedzać. W drodze powrotnej na dworzec autobusowy mieliśmy niemiłą przygodę, ale udało się wyjść z opresji bez szwanku.

Cieszę się, że zdecydowałem się na start w tym biegu, bo warto było. Warto było solidnie trenować (oczywiście na miarę moich aktualnych możliwości zdrowotnych), wydać kasę, i pomęczyć  się na trasie maratonu i nie tylko. Ilość startujących i organizacja robią ogromne wrażenie. Nigdy w życiu nie widziałem na niewielkim stosunkowo obszarze  startu i mety tylu toi tojek, których niestety za mało było na trasie. Zmuszało to biegnące dziewczyny do świecenia gołymi tyłkami tuż przy trasie biegu. Mnie to akurat nie przeszkadzało bo tyłki były raczej zgrabne. Część centrum miasta była wyłączona z ruchu przez trzy dni ! Na trasie była wystarczająca ilość punktów napojowych (woda i rzadziej izotonik, tylko raz spotkałem żele, z czego zresztą skorzystałem), których obsługa była bardzo sprawna. Co najmniej kilkadziesiąt różnych ekip muzycznych umilało zawodnikom i kibicom czas biegu. Zaobserwowałem nawet około 30-osobowy chór, ale byli też pojedynczy muzycy. Kibiców przy trasie dopingujących w różny sposób były setki tysięcy. Na końcowych kilometrach był to gęsty szpaler, co bardzo mobilizowało do większego wysiłku. Trasa biegu płaska, bo miasto leży na równinie, prowadziła przez wszystkie ważne i ciekawe miejsca Berlina. Zwiedzanie miałem więc także w czasie biegu. 

BMW Berlin Maraton należy do sześciu najbardziej elitarnych maratonów Świata. Oprócz niego są to: Tokio, Chicago, Boston (najstarszy na Świecie), Nowy Jork i Londyn. Tutaj w ub. roku Dennis Kimetto ustanowił najlepszy wynik w historii 2 godz. 2 min i 57 sek. ( jego wizerunek jest na tegorocznym medalu). W tym roku zwycięzcy zabrakło do tego rekordu 63 sekundy. W sumie najlepszy wynik na Świecie ustanawiano w Berlinie 10-krotnie, w tym 7 razy mężczyźni.

Zachęcam do startu w tym maratonie, mimo, że trzeba się zgłosić niemal rok przed zawodami i po wylosowaniu zaraz zapłacić niemałe wpisowe.

15tka z Sosnowca do Katowic - 20 września 2015

Pierwotnie planowałem w tym terminie start w Myszkowie. Ale problemy ze zgłoszeniem zniechęciły mnie do tych zawodów. Znalazłem start na bardziej mi odpowiadającym przed maratonem dystansie 15 km. Zawody były rozegrane po raz pierwszy, ale bardzo dobrze zorganizowane (głównie przez młodych ludzi). Biuro mieściło się w nowym Muzeum Śląskim w Katowicach, koło Muzeum była też meta. Na start do Sosnowca zawiózł nas tramwaj 15, którego numer odpowiadał dystansowi biegu. Pogoda była fajna, wiatr (dość silny) raz pomagał, raz przeszkadzał. Trasa falista, ale nie za bardzo trudna, prowadziła w dużej części wzdłuż linii tramwaju 15. Początkowo biegliśmy przez Sosnowiec a potem przez Szopienice do centrum Katowic. Najtrudniejsza była końcówka z licznymi podbiegami i zbiegami. Ale wytrzymałem do końca tempo i trochę biegaczy wyprzedziłem. Czas dużo lepszy niż zakładałem, oby tak było w Berlinie. Mam nadzieję, że napiszę relację z tego wielkiego maratonu. Trenowałem solidnie, a jak bardzo okaże się 27 września w godzinach trochę popołudniowych.

V runda IV JPNW - Mstów, 13 września 2015

Przedostatnie w tym roku zawody JPNW odbyły się w Mstowie na prawdziwie jurajskiej trasie. Ludki reprezentowała zaledwie trójka zawodników: Kasia, Adrian i ja, oraz wierny kibic, Sławek. Maszerowałem nieźle i sił miałem sporo. Treningi przed startem w maratonie w Berlinie przynoszą efekty. Niestety, marsze z kijkami zaniedbałem celowo, bo dwa lata temu przeszkodziły mi w uzyskaniu dobrych czasów w maratonach. Może nie maszeruję wzorowo, ale nigdy nie podbiegam świadomie, a tutaj ktoś doniósł na mnie sędziemu. Twierdził, że podbiegałem na zejściach, gdzie zawsze najwięcej tracę i wszyscy mnie doganiają. Sędzia nie dopatrzył się przewinienia i nie wlepił mi kary. Będę teraz musiał chodzić na zawodach rekreacyjnie, wtedy technika będzie wzorowa. Kasia jak zawsze maszerowała super i w nagrodę zajęła pierwsze miejsce w kategorii wiekowej. My z Adrianem bez nagród, ale cali dotarliśmy do mety.

Przełajowa Ósemka - Blachownia, 30 sierpnia 2015

W Przełajowej Ósemce w Blachowni Ludki tradycyjnie wystawiły do startu liczną ekipę.  Adrian z Zygmuntem maszerowali z kijkami a Sławek, Zbyszki i ja biegaliśmy. Kibicowała liczna ekipa naszych dziewczyn i Kamil. Przed startem powiesiliśmy plakat naszej Żareckiej Szóstki i trochę zawodników nim nagoniliśmy. Pogoda upalna, na szczęście większość trasy przebiega w lesie więc dało się wytrzymać. Moje tempo było od początku za mocne i drugą część dystansu już męczyłem. Ale i tak czas był dobry, niewiele przegrałem ze Sławkiem. Zbychu Stęplowski zaliczył świetny bieg i znalazł się w pierwszej 50 –ce stawki ponad 300 biegaczy. Zbyszek Paszewski tym razem w słabszej formie, ale dotarł do mety. Adrian z Zygą na swoim poziomie. Upał powalił kilku zawodników, a nawet kibiców. Zakończyli zawody w szpitalu. Zakończenie imprezy opóźniło się z powodu celowego odłączenia prądu przez jakiegoś sabotażystę. Ale w końcu szczęśliwie wróciliśmy do domu, tym razem bez nagród.

Młodzieżowe mistrzostwa Polski w chodzie sportowym

W sobotę 29 sierpnia w Gdańsku w ramach 50. Festiwalu Chodu (sportowa walka jak co roku toczyła się o Puchar Obrońców Poczty Polskiej, ku upamiętnieniu wydarzeń z września ’39) wziąłem udział w rywalizacji o tytuł młodzieżowego mistrza Polski w chodzie na 20 km. Jako że w kwietniowych zawodach w Zaniemyślu (również na dystansie 20 km) uzyskałem najlepszy spośród młodzieżowców wynik sezonu, start w Gdańsku wiązał się z pewną presją, jaka zwykle spoczywa na liderze tabel. Celowałem w złoto i pod taki rezultat, który dałby mi pierwsze miejsce w tej rywalizacji, przygotowywałem się na obozach w lipcu i sierpniu. Założony plan wykonałem najlepiej jak potrafiłem i… udało się! Nie był to przysłowiowy „spacerek” , rywale wstrzelili się z formą na ten start i z determinacją przystąpili do rywalizacji, która do 17 kilometra była bardzo zacięta. Na trzy kilometry przed upragnioną metą oddaliłem się od moich najgroźniejszych oponentów na odległość umożliwiającą uspokojenie emocji i skoncentrowanie się na utrzymaniu stałego tempa. Na metę wszedłem z czasem 1h35’03”, który co prawda nie jest moją „życiówką”, ale tego dnia pozwolił mi na zdobycie upragnionego tytułu.
Poniżej zamieszczam link do szczegółowych wyników imprezy:
http://domtel-sport.pl/index.php?sub=wyniki&id=1624

Suliszowice 2015

Na 4 rundę JPNW  do Suliszowic dojechałem rowerem. Najkrótsza trasa okazała się najtrudniejsza, a końcówkę jechałem już po trasie zawodów. Na miejscu byli już Kamil, Adrian i ich wierny kibic Agnieszka. W połowie drogi zorientowałem się, że nie zabrałem plecaka z koszulką startową i flagą. Za karę musiałem maszerować w koszulce kolarskiej (szczęście, że zabrałem kijki!). Przed startem zjawili się Asia i Jarek i kibicowali na rowerach. Ostatnio mamy więcej kibiców niż zawodników startujących. Nasza trójka ruszyła na trasę przy fajnej pogodzie, zwłaszcza wiaterek był mile widziany. Trasa tym razem prowadziła w odwrotnym kierunku niż w poprzednich dwóch latach i była krótsza (niewiele ponad 5 km). Tradycyjnie na początku wlokłem sie w ogonie stawki, ale powoli przesuwałem się do przodu. Cały czas utrzymywałem równe tempo i wytrzymałem go do końca. Miejsce zająłem przyzwoite, Adrian też nieźle pomaszerował. Kamil, mimo małego wypadku i słabszej formy tradycyjnie zaliczył pudło. Ratuje honor Ludków. Z powrotem Adrian dostarczył mnie razem z rowerem do domu mimo iż mieli w planach jazdę w całkiem odwrotnym kierunku.