Relacje z zawodów

I Otwarte Mistrzostwa Częstochowy Nordic Walking - 18 października 2015

Na Mistrzostwach Częstochowy w NW znowu wystartowały dwa Ludki, tym razem Adrian i ja. Trasa liczyła 10 km (a może trochę więcej), maszerowaliśmy trzy pętle po Lesie Aniołowskim. Kilku „prawdziwych” sędziów czujnym okiem śledziło nasze wysiłki. Było kilkanaście karnych minut, mnie i Adriana oszczędzili, chociaż dwie życzliwe uwagi dostałem. Mobilizacja, żeby maszerować jak najbardziej poprawnie kosztowała mnie solidny ból kolana w końcówce zawodów i w dniach następnych. Brak treningów nordikowych wyszedł mi bokiem. Spory odcinek maszerowaliśmy po asfalcie, na którym w nordiku po prostu cierpię. Ale czas miałem całkiem dobry i miejsce też. Adrian przymaszerował niewiele ponad dwie minuty za mną. Jemu z kolei asfalt w NW chyba pasuje. Kibiców mieliśmy tym razem więcej niż startujących: Halinka, Sławek (robił nam fotki) i Zbyszek P. Po zawodach wyjrzało nawet słońce, w promieniach którego wygrzewaliśmy się czekając na losowanie nagród. Tym razem wylosowałem udział w zajęciach samoobrony. Mam nadzieję, że w następnych zawodach wystartuje w końcu większa grupa Ludków. 

VI runda V JPNW - Słowik, 11 października 2015

Na zakończenie cyklu Jurajskiego Pucharu NW dotarłem trochę „zmęczony” po sobotniej imprezie. Adrian, mimo choroby dostarczył mnie z Częstochowy do Słowika. Szkoda, że sam nie mógł wystartować. Kasia dotarła w pojedynkę, na starcie stanęła więc tylko dwójka Ludków. Od startu wlokłem się w środku stawki maszerów. Tym razem nie miałem zamiaru szarpać się i gonić Kasię. Spokojnie pokonałem dwie pętle w lesie i dotarłem do zbawczej mety, poganiany przez Kasię, która zdążyła już zmarznąć. Oczywiście znowu wygrała kategorię wiekową, o czym ja  nawet w najlepszej formie mogę tylko pomarzyć. Za to dostałem nagrodę za „całokształt” moich wysiłków na trasach Jurajskiego. Nagród była masa i przyznawanych i losowanych. Tym razem szczęście nas ominęło. Impreza bardzo się przeciągnęła i zmarzliśmy solidnie, bo cały czas wiał przenikliwy, zimny wiatr.

XXXVII Trzeźwościowy Bieg Jesienny - Parzymiechy, 4 października 2015

Po Maratonie Berlińskim dość szybko doszedłem do siebie, więc bez trudu dałem się namówić Adrianowi na start w Parzymiechach. W tym biegu startuję od lat 80-tych ub. wieku i zawsze chętnie jadę. Organizatorzy gwarantują solidne przygotowanie imprezy. Tak też było tym razem, nawet po kilkudziesięciu latach „załatwiono” remont drogi po której biegamy i od paru lat maszerujemy z kijkami. Prawie połowa trasy prowadziła inną drogą niż dotychczas. Pogoda też była zamówiona, biegło mi się więc bardzo fajnie. Byłem zaskoczony dobrym tempem, które podyktowały moje nogi. Bałem się czy go wytrzymam, ale udało się dotrzeć do mety w przyzwoitym czasie i dobrej formie. Na mecie czekali już Adrian i Zygmunt, którzy maszerowali na połowę krótszym dystansie, czyli 5 km. Zajęli niezłe lokaty i uzyskali całkiem przyzwoite wyniki. W dobrych nastrojach czekaliśmy na losowanie nagród, bo o podium nie było mowy. Warto było, bo wszyscy trzej wróciliśmy do domów z fajnymi upominkami. Chętnie za rok wrócimy by wystartować w tym jednym z najstarszych biegów w Polsce.

42. BMW Berlin Marathon - Berlin, 27 października 2015

Historia mojego startu w 42 BMW Berlin-Maraton rozpoczęła się w październiku 2014 roku od telefonu Jarka, który znienacka zapytał czy chcę startować w tym maratonie. Odpowiedziałem oczywiście, że chcę. Jarek nas zapisał i pod koniec listopada otrzymałem wiadomość, że zostałem wylosowany do udziału w maratonie. Jarek, niestety nie miał szczęścia. Niemal od razu trzeba było dokonać opłaty startowego (98 euro), oraz dodatkowo 10 euro za medal, 5 euro za wypożyczenie chipa i 10 euro za zrobienie fotek na trasie. Fotki po biegu były do wykupienia za 45 euro (15 sztuk). Przygotowania rozpocząłem na poważnie na początku sierpnia od fatalnego startu w półmaratonie w Rudzie Śląskiej. Trenowałem solidnie, startowałem systematycznie i rehabilitowałem co jakiś czas kolano.  Na treningu maksymalnie przebiegłem 12 km, przeważnie były to dyszki. Ostatni start przed maratonem, „15-ka” z Sosnowca do Katowic podbudował mnie psychicznie, było już ok. Do Berlina wyruszyliśmy z Gosią w piątek po południu autokarem „Sindbada” z Katowic. W Berlinie byliśmy ok. 3-ciej nad ranem. Na miejsce zakwaterowania dotarliśmy piechotą, zaliczając nocno-poranne zwiedzanie miasta. Nasz nocleg mieścił się ok. 1.5 km od Bramy Brandenburskiej. Andrzej dobrze go wybrał bo ulica przy której nocowaliśmy nazywała się Stresemannstrase (stresa przed startem miałem nielichego). Przez lata znajdowała się w Berlinie Wschodnim i wzdłuż niej biegł odcinek Muru Berlińskiego. Po śniadaniu znowu marsz, tym razem na lotnisko Tempelhof do Biura Zawodów. Zmierzały tam całe tłumy maratończyków i ich osób towarzyszących. Wejście na teren Biura i zarazem targów wyposażenia dla biegaczy odbywało się za okazaniem karty startowej, którą każdy otrzymał mailem i musiał wydrukować. Kilkadziesiąt stanowisk obsługi zawodników powodowało, że nie było niemal żadnych kolejek do odbioru numerów i chipów. Wcześniej każdy zawodnik został „zaobrączkowany” specjalną taśmą, która pozwalała się dostać do wszystkich stref zarezerwowanych dla biegaczy (wraz z osobą towarzyszącą). Na targach kupiłem tylko szklankę pamiątkową za 3 euro i po obejrzeniu biegów dla dzieci wróciliśmy do hotelu. W pokoju przyczepił się do mnie sympatyczny Hindus, który koniecznie chciał ze mną porozmawiać. Udało się to za pomocą tłumacza w jego telefonie komórkowym (języków nie warto się uczyć !?). Wieczorem zbadaliśmy strefę startu i mety, kolacja i spać. W sumie w przedstartowa sobotę pokonaliśmy pieszo około 20 kilometrów, czyli połówkę maratonu. Rano zjadłem tylko zupkę błyskawiczną (niezbyt dobry pomysł !) i w drogę na start. Całe centrum miasta było zamknięte dla ruchu i opanowane przez biegaczy. Przydział miałem do ostatniej, najliczniejszej strefy startowej – H. Liczba startujących, około 40 tysięcy robi niesamowite wrażenie. Stoi się, a potem biegnie w nieogarnionym morzu maratończyków. Przed startem do ochrony przed wychłodzeniem każdy dostał folię, ale wielu zawodników preferowało swoje okrycia. Większość z nich została porzucona w strefie startu i „uprzątnięta” przez czyhających na tę okazje zbieraczy. Od momentu startu pierwszej strefy do chwili w której ja przekroczyłem linię startu minęło prawie 37 minut. Nie martwiło mnie to bo na mecie zawodnicy klasyfikowani są według czasów netto. Pogoda była super - chłodno, lekki wiatr, słoneczko też czasem wyglądało zza chmur. Pierwsze kilometry starałem się biec spokojnie i tempo było całkiem przyzwoite. Czułem trochę zmęczenie podróżą i sobotnimi marszami po mieście. Ale kolejne piątki pokonywałem dość równo. Dopiero około połowy trasy zaczęły się problemy. Zaczął mi dokuczać żołądek (może to ta zupka ?), tempo zaczęło spadać. Na 27 km pomyślałem, że szykuje się kolejna męczarnia na ostatnich kilometrach. Systematycznie wyprzedzała mnie większość zawodników. Chciałem zaliczyć pobyt w WC, ale odstraszyły mnie kolejki. Wypiłem miksturę na żołądek niesioną w bidonie i ok. 30 km poczułem, że kryzys mija. Kolejne kilometry biegłem już dużo szybciej i czułem się coraz lepiej. Zacząłem wierzyć w pokonanie bariery 4 godz. i 20 min. Teraz to ja wyprzedzałem całe grupy biegaczy i przesuwałem się do przodu klasyfikacji.  Ostatnie kilometry mijały mi bardzo szybko i znalazłem się na reprezentacyjnej Alei Berlina Unter den Linden (Aleja Lipowa), mając do mety niecały kilometr. Dostrzegłem Gosię, która próbowała uruchomić kamerę i ostatecznie udało się jej zrobić migawkę z mojego „finiszu”. Po minięciu Bramy Brandenburskiej zostało niecałe pół kilometra i to z górki. Po 4 godz. 19 min i 22 sek. pobytu na trasie spełniło się marzenie pokonania jednego z największych i najsłynniejszych maratonów Świata. Za metą dostałem medal, folię do okrycia, wodę i reklamówkę z drobiazgami. Piwo bezalkoholowe było bez ograniczeń, ale wypiłem tylko pół, bo na więcej nie pozwolił żołądek. Ciepłego posiłku nie dali. Powoli dotarłem do Bramy Brandenburskiej i bez problemu odnalazłem Gosię po długich prawie sześciu godzinach „rozłąki”. Powoli dotarliśmy do hotelu po drodze kibicując biegnącym jeszcze maratończykom. Po kąpieli i „uczczeniu” sukcesu dotarcia do mety ruszyliśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Kontynuowaliśmy je następnego dnia, ale było to za mało bo w Berlinie jest co zwiedzać. W drodze powrotnej na dworzec autobusowy mieliśmy niemiłą przygodę, ale udało się wyjść z opresji bez szwanku.

Cieszę się, że zdecydowałem się na start w tym biegu, bo warto było. Warto było solidnie trenować (oczywiście na miarę moich aktualnych możliwości zdrowotnych), wydać kasę, i pomęczyć  się na trasie maratonu i nie tylko. Ilość startujących i organizacja robią ogromne wrażenie. Nigdy w życiu nie widziałem na niewielkim stosunkowo obszarze  startu i mety tylu toi tojek, których niestety za mało było na trasie. Zmuszało to biegnące dziewczyny do świecenia gołymi tyłkami tuż przy trasie biegu. Mnie to akurat nie przeszkadzało bo tyłki były raczej zgrabne. Część centrum miasta była wyłączona z ruchu przez trzy dni ! Na trasie była wystarczająca ilość punktów napojowych (woda i rzadziej izotonik, tylko raz spotkałem żele, z czego zresztą skorzystałem), których obsługa była bardzo sprawna. Co najmniej kilkadziesiąt różnych ekip muzycznych umilało zawodnikom i kibicom czas biegu. Zaobserwowałem nawet około 30-osobowy chór, ale byli też pojedynczy muzycy. Kibiców przy trasie dopingujących w różny sposób były setki tysięcy. Na końcowych kilometrach był to gęsty szpaler, co bardzo mobilizowało do większego wysiłku. Trasa biegu płaska, bo miasto leży na równinie, prowadziła przez wszystkie ważne i ciekawe miejsca Berlina. Zwiedzanie miałem więc także w czasie biegu. 

BMW Berlin Maraton należy do sześciu najbardziej elitarnych maratonów Świata. Oprócz niego są to: Tokio, Chicago, Boston (najstarszy na Świecie), Nowy Jork i Londyn. Tutaj w ub. roku Dennis Kimetto ustanowił najlepszy wynik w historii 2 godz. 2 min i 57 sek. ( jego wizerunek jest na tegorocznym medalu). W tym roku zwycięzcy zabrakło do tego rekordu 63 sekundy. W sumie najlepszy wynik na Świecie ustanawiano w Berlinie 10-krotnie, w tym 7 razy mężczyźni.

Zachęcam do startu w tym maratonie, mimo, że trzeba się zgłosić niemal rok przed zawodami i po wylosowaniu zaraz zapłacić niemałe wpisowe.

15tka z Sosnowca do Katowic - 20 września 2015

Pierwotnie planowałem w tym terminie start w Myszkowie. Ale problemy ze zgłoszeniem zniechęciły mnie do tych zawodów. Znalazłem start na bardziej mi odpowiadającym przed maratonem dystansie 15 km. Zawody były rozegrane po raz pierwszy, ale bardzo dobrze zorganizowane (głównie przez młodych ludzi). Biuro mieściło się w nowym Muzeum Śląskim w Katowicach, koło Muzeum była też meta. Na start do Sosnowca zawiózł nas tramwaj 15, którego numer odpowiadał dystansowi biegu. Pogoda była fajna, wiatr (dość silny) raz pomagał, raz przeszkadzał. Trasa falista, ale nie za bardzo trudna, prowadziła w dużej części wzdłuż linii tramwaju 15. Początkowo biegliśmy przez Sosnowiec a potem przez Szopienice do centrum Katowic. Najtrudniejsza była końcówka z licznymi podbiegami i zbiegami. Ale wytrzymałem do końca tempo i trochę biegaczy wyprzedziłem. Czas dużo lepszy niż zakładałem, oby tak było w Berlinie. Mam nadzieję, że napiszę relację z tego wielkiego maratonu. Trenowałem solidnie, a jak bardzo okaże się 27 września w godzinach trochę popołudniowych.

V runda IV JPNW - Mstów, 13 września 2015

Przedostatnie w tym roku zawody JPNW odbyły się w Mstowie na prawdziwie jurajskiej trasie. Ludki reprezentowała zaledwie trójka zawodników: Kasia, Adrian i ja, oraz wierny kibic, Sławek. Maszerowałem nieźle i sił miałem sporo. Treningi przed startem w maratonie w Berlinie przynoszą efekty. Niestety, marsze z kijkami zaniedbałem celowo, bo dwa lata temu przeszkodziły mi w uzyskaniu dobrych czasów w maratonach. Może nie maszeruję wzorowo, ale nigdy nie podbiegam świadomie, a tutaj ktoś doniósł na mnie sędziemu. Twierdził, że podbiegałem na zejściach, gdzie zawsze najwięcej tracę i wszyscy mnie doganiają. Sędzia nie dopatrzył się przewinienia i nie wlepił mi kary. Będę teraz musiał chodzić na zawodach rekreacyjnie, wtedy technika będzie wzorowa. Kasia jak zawsze maszerowała super i w nagrodę zajęła pierwsze miejsce w kategorii wiekowej. My z Adrianem bez nagród, ale cali dotarliśmy do mety.

Przełajowa Ósemka - Blachownia, 30 sierpnia 2015

W Przełajowej Ósemce w Blachowni Ludki tradycyjnie wystawiły do startu liczną ekipę.  Adrian z Zygmuntem maszerowali z kijkami a Sławek, Zbyszki i ja biegaliśmy. Kibicowała liczna ekipa naszych dziewczyn i Kamil. Przed startem powiesiliśmy plakat naszej Żareckiej Szóstki i trochę zawodników nim nagoniliśmy. Pogoda upalna, na szczęście większość trasy przebiega w lesie więc dało się wytrzymać. Moje tempo było od początku za mocne i drugą część dystansu już męczyłem. Ale i tak czas był dobry, niewiele przegrałem ze Sławkiem. Zbychu Stęplowski zaliczył świetny bieg i znalazł się w pierwszej 50 –ce stawki ponad 300 biegaczy. Zbyszek Paszewski tym razem w słabszej formie, ale dotarł do mety. Adrian z Zygą na swoim poziomie. Upał powalił kilku zawodników, a nawet kibiców. Zakończyli zawody w szpitalu. Zakończenie imprezy opóźniło się z powodu celowego odłączenia prądu przez jakiegoś sabotażystę. Ale w końcu szczęśliwie wróciliśmy do domu, tym razem bez nagród.

Młodzieżowe mistrzostwa Polski w chodzie sportowym

W sobotę 29 sierpnia w Gdańsku w ramach 50. Festiwalu Chodu (sportowa walka jak co roku toczyła się o Puchar Obrońców Poczty Polskiej, ku upamiętnieniu wydarzeń z września ’39) wziąłem udział w rywalizacji o tytuł młodzieżowego mistrza Polski w chodzie na 20 km. Jako że w kwietniowych zawodach w Zaniemyślu (również na dystansie 20 km) uzyskałem najlepszy spośród młodzieżowców wynik sezonu, start w Gdańsku wiązał się z pewną presją, jaka zwykle spoczywa na liderze tabel. Celowałem w złoto i pod taki rezultat, który dałby mi pierwsze miejsce w tej rywalizacji, przygotowywałem się na obozach w lipcu i sierpniu. Założony plan wykonałem najlepiej jak potrafiłem i… udało się! Nie był to przysłowiowy „spacerek” , rywale wstrzelili się z formą na ten start i z determinacją przystąpili do rywalizacji, która do 17 kilometra była bardzo zacięta. Na trzy kilometry przed upragnioną metą oddaliłem się od moich najgroźniejszych oponentów na odległość umożliwiającą uspokojenie emocji i skoncentrowanie się na utrzymaniu stałego tempa. Na metę wszedłem z czasem 1h35’03”, który co prawda nie jest moją „życiówką”, ale tego dnia pozwolił mi na zdobycie upragnionego tytułu.
Poniżej zamieszczam link do szczegółowych wyników imprezy:
http://domtel-sport.pl/index.php?sub=wyniki&id=1624

Suliszowice 2015

Na 4 rundę JPNW  do Suliszowic dojechałem rowerem. Najkrótsza trasa okazała się najtrudniejsza, a końcówkę jechałem już po trasie zawodów. Na miejscu byli już Kamil, Adrian i ich wierny kibic Agnieszka. W połowie drogi zorientowałem się, że nie zabrałem plecaka z koszulką startową i flagą. Za karę musiałem maszerować w koszulce kolarskiej (szczęście, że zabrałem kijki!). Przed startem zjawili się Asia i Jarek i kibicowali na rowerach. Ostatnio mamy więcej kibiców niż zawodników startujących. Nasza trójka ruszyła na trasę przy fajnej pogodzie, zwłaszcza wiaterek był mile widziany. Trasa tym razem prowadziła w odwrotnym kierunku niż w poprzednich dwóch latach i była krótsza (niewiele ponad 5 km). Tradycyjnie na początku wlokłem sie w ogonie stawki, ale powoli przesuwałem się do przodu. Cały czas utrzymywałem równe tempo i wytrzymałem go do końca. Miejsce zająłem przyzwoite, Adrian też nieźle pomaszerował. Kamil, mimo małego wypadku i słabszej formy tradycyjnie zaliczył pudło. Ratuje honor Ludków. Z powrotem Adrian dostarczył mnie razem z rowerem do domu mimo iż mieli w planach jazdę w całkiem odwrotnym kierunku.

Szarlejka 2015

W upalną niedzielę 8 sierpnia, razem z tatą, wujkiem i Adrianem startowaliśmy w przełajowym Pozytywnym Biegu w Szarlejce. Była to IV edycja imprezy (razem z tatą możemy pochwalić się udziałem we wszystkich dotychczasowych edycjach), która zyskuje coraz większą popularność wśród biegaczy (nie tylko miejscowych). W ramach zawodów odbyły się dwie konkurencje: bieg na 10 km oraz marsz Nordic Walking na dystansie o połowę krótszym. Adrian maszerował z kijkami, natomiast nasza trójka wystartowała w biegu na „dyszkę”. Wysoka temperatura okazała się być największym i najgroźniejszym rywalem każdego zawodnika, jednak mimo to nietrudno było o dobre rezultaty na mecie. W konkurencji Nordic Walking Adrian uplasował się tuż za czołową dziesiątką na 11. pozycji z czasem 36’11’’. Tymczasem w biegu na 10 km wujek zameldował się na mecie z czasem 58’35’’ wyprzedzając prawie pięćdziesięciu rywali, lokując się na 99. miejscu. 51 minut i 51 sekund to czas, który pozwolił tacie na zajęcie 62. miejsca w klasyfikacji generalnej i szczęśliwej 13. lokaty w kategorii wiekowej (jak zwykle po imponującym finiszu). Ja ukończyłem tą „dychę” w czasie 41’03’’ zajmując 5. miejsce w kategorii OPEN. Po ukończonych zawodach czekała na Nas tradycyjna kiełbaska z grilla. Myślę, że w przyszłym roku znów pobiegamy trochę po szarlejskich lasach, w równie miłej atmosferze i z równie dobrymi (albo jeszcze lepszymi!) wynikami przecinając linię mety.

Cztery relacje Włodka

Radomsko 28.06.
   Relację z dychy w  Radomsku piszę z dużym opóźnieniem, ale to inny Ludek miał ją napisać. Nie mogąc się doczekać muszę sam te parę zdań skreślić.
   Na starcie Biegu Radomszczańskiego stanęły cztery Ludki, trzech weteranów tej imprezy: Sławek i dwa Zbyszki  oraz ja jako debiutant. Przed biegiem głównym był 1.2 km bieg dla zupełnych amatorów. Wystartowałem w nim wraz z Gosią i Kubą. Pozwoliło mi to na pozbycie się resztek zmęczenia z sobotniej imprezy, a medal, jak się  potem okazało, dostałem taki sam jak za bieg na 10 km. Mimo solidnej rozgrzewki spokojnie biegłem pierwsze kilometry dość trudnej trasy. Było na niej kilka podbiegów, a każdy pokonywaliśmy 3-krotnie.  Zbyszek S. walczył od początku o dobre miejsce, Sławek też narzucił ostre tempo. Zbyszka P. wyprzedziłem po kilku kilometrach. Od połowy dystansu zacząłem odrabiać straty do Sławka i na mecie było nieco ponad minutę. Czas 48 min i kilka sek., to mój najlepszy wynik na dychę w tym roku, nawet biorąc pod uwagę, że trasa była raczej krótsza niż 10 km. Wytrzymałem do końca tempo, a biegłem z każdym okrążeniem szybciej. Rewelacyjnie pobiegł Zbyszek Stęplowski, który na finiszu wywalczył 3 miejsce w kategorii wiekowej. Jest pierwszym Ludkiem, który stanął na podium w Radomsku. Wszyscy zadowoleni wróciliśmy do domów.


Żarki Letnisko 04.07.
   Nasza 100-letnią sztafetę Asia opisała doskonale. Ale jako jej pomysłodawca mogę coś dodać. Pomysł tego biegu był szalony, ale nigdy bym go nie zaproponował nie mając w klubie Ludków, które mogą wszystko. Dzięki Wam za wielką pracę. To co wykonali: Asia, Jarek, Maciek i pozostałe Leśne to był majstersztyk. I jeszcze przebiegliśmy w sumie ponad 200 km ( ! ) w tym upale. Czy za rok to powtórzymy decyzja będzie należeć do Was.
   P.S. Mnie wcale nie motywowało do organizacji tej sztafety przegrane losowanie do Bochni. Nabiegałem się tam tyle, że już nie muszę. Ale zawsze mogę pojechać.

Panewniki 12.07.
   Do Panewnik na Dzika pojechałem z Zygmuntem, który kolekcjonuje kolejne, comiesięczne starty. Zawziął się na dużego dzika i życzę mu 12 startów, bo w wieku 70 lat zostanie rekordzistą Ludków w tych zawodach na całą wieczność. Mój start w Dziku polegał na „przeczłapaniu” 3 okrążeń trasy. Ale każdy trening jest mi potrzebny, bo Berlin coraz bliżej. Nieważne jak byle do przodu.
Weekend 25-26.07.
   Był to najtrudniejszy weekend jaki przeżyłem od niepamiętnych czasów. Asia ze swojej perspektywy już go opisała, ja postaram się  uzupełnić jej relację.
   W sobotę rano wyruszyłem do Złotego Potoka na turniej wspomnień. Po 25 latach od pierwszego turnieju piłkarskiego zorganizowanego w tej jurajskiej miejscowości spotkały się czołowe drużyny z tamtych lat. Nie ja wymyśliłem to spotkanie, a w sumie byłem głównym organizatorem (czy coś wam to przypomina?). W piłkę za wiele nie pograłem, bo obowiązki gospodarza były ważniejsze. Do domu wróciłem zmęczony upałem i nie tylko. A tutaj po krótkim odpoczynku trzeba było zmienić dyscyplinę i ruszyć na rowerze wokół Częstochowy. To moja trzecia Orbita i w końcu chciałem pokonać te 200km. Moje treningi to tylko dojazd do pracy, czyli codziennie ok. 17 km. Początkowo z trudem nadążałem za Jarkiem i Asią, ale jakoś kilometry mijały. Płynów spożywałem sporo i musiałem korzystać z zaopatrzenia Jarka. Cały czas goniła nas burza, ale uciekliśmy. Najgorszy moment to zaginięcie Asi, która trzymała się świetnie, nawet na podjazdach. Końcowa jazda w ciemnościach kosztowała mnie sporo zdrowia i nerwów. W Choroniu omal nie rozjechałem czarnego kota ! Ale dotarliśmy do domów z Jarkiem ok. 22.50. W niedzielę rano ruszyliśmy mocną ekipą na Pustynię Siedlecką. Mimo zmęczenia maszerowałem dzielnie po piaszczystych górkach. W przyzwoitej formie dotarłem do mety. Zawody oczywiście super, nawet pogoda zamówiona. Na podium stanąłem w nieznanej sobie kategorii, ale za to na pierwszym miejscu !
Powrót do domu i znowu dalsza część Orbity, tym razem jechałem z Jarkiem. Narzucił mocne tempo, ale jakoś ciągnąłem za nim. Cały czas wiał przeciwny lub boczny wiatr, który mocno spowalniał naszą jazdę. Ale i tak kręciliśmy w dobrym jak na amatorów tempie. Na metę  w Altanie Żywiec dotarliśmy po 18-tej. Tam powitał nas Piotrek i zaraz nakarmił. Andrzej, który jechał od rana w niedzielę dotarł tuż po nas na metę. Po posiłku i piwku wróciliśmy pociągiem wraz z naszymi niezawodnymi stalowymi rumakami do domu. Każdy z rekordem z dwójką z przodu.  A muszę dodać, że nasza trójka to sami chorzy ludzie: Andrzej – kręgosłup, Jarek i ja – kolana ! W domu jeszcze jedno piwko i spać. Kładąc się do łóżka nie wierzyłem, że to wszystko już za mną i jeszcze żyję. Rano w poniedziałek nie mogłem patrzeć na rower, ale przemogłem się i dowlokłem do pracy.


Ruda Śląska 01.08.
Na półmaratonie w Rudzie Śląskiej byłem jedynym reprezentantem Ludków. Andrzej musiał zrezygnować z powodu kontuzji, a Zygmunt z powodu wypadku. Dołączyłem do ekipy z Żarek : Andrzeja i Łukasza Jakóbczaków i ich wujka. Ja z Andrzejem biegałem połówkę, Łukasz siódemkę, a wujek kibicował i był przewodnikiem. Przed startem   wymyśliłem sobie, że pobiegnę w nowych butach, skarpetkach i kolarskich spodenkach. Ta głupia decyzja kosztowała mnie sporo zdrowia. Buty w połowie trasy zaczęły palić pod stopami, a majtki spowodowały skurcze lewej nogi już pod koniec drugiego okrążenia. A biegaliśmy po Rudzie trzy pętle po dosyć mocno pofałdowanej trasie. Podbiegi dawały w kość. Mimo Późnej godziny rozgrywania zawodów (początek biegu był o 21.00) temperatura przekraczała 20 stopni. Zaopatrzenie w wodę i odżywki było bez zarzutu. Niestety na ostatnim okrążeniu do poprzednio wymienionych plag doszły kłopoty z żołądkiem. Czułem się jak na końcówce pełnego maratonu, więc przećwiczyłem walkę o życie i udało się doczołgać do mety. Czas i miejsce fatalne, ale nie zrażam się i trenuję dalej, bo może być tylko lepiej. Do domu zostałem dostarczony ok. 1.30 w całości i samodzielnie dotarłem do łóżka.