Relacje z zawodów

XXXVIII Maraton Warszawski - Warszawa, 25 września 2016

Ostatnia część mojej biegowej pielgrzymki po trzech historycznych stolicach Polski zakończyła się w Warszawie. Znowu jak w Gnieźnie sentymentalny powrót po 29 latach na Maraton Warszawski (dawniej Maraton Pokoju). Tydzień od biegu w Gnieźnie zleciał błyskawicznie i już musiałem pakować sprzęt na wyjazd do Warszawy. Tym razem w wyjeździe towarzyszyła mi Gosia, podobnie jak rok temu w Berlinie. Do stolicy dotarliśmy bezproblemowo, nocleg podobnie jak w Gnieźnie w samym centrum miasta, ale znaleźć go nie było łatwo. Biuro Zawodów znajdowało się na torze wyścigów konnych Służewiec, co wiązało się z wycieczką tramwajową po Warszawie. Pasta party za 15 zł było postne, musieliśmy dojeść swojego jedzenia, żeby nie głodować. Potem powrót do centrum i marsz nad Wisłę ulicą Świętokrzyską. Wieczorne fotki z Syrenką na tle Stadionu Narodowego i powrót do hotelu. Rano wczesna pobudka, lekkie śniadanko i marsz z tobołami na start. Plecaki oddaliśmy do wielkich ciężarówek i udaliśmy się na start na Krakowskim Przedmieściu. Linię startu wyznaczono naprzeciw bramy Uniwersytetu Warszawskiego, który w bieżącym roku obchodzi 200. rocznicę utworzenia. Trochę bezczelnie ruszyłem na trasę nie ze swojej strefy, bo nie chciało mi się wracać kilkaset metrów do tyłu. Starałem się nie przeszkadzać w wyprzedzaniu mnie biegnąc tuż przy krawężniku. Tempo było niemal idealne do założonego i wypracowanego na treningach. Chociaż te nie były zbyt solidne, to po biegu w Gnieźnie liczyłem na czas poniżej 5 godzin. Do 17. km bieg był samą przyjemnością – nawet oddech nie był zbyt szybki. Ale nagle kolano zaczęło boleć i tempo nieznacznie spadło. Przez kilka kilometrów walczyłem o powrót do normalności, ale pod koniec trzeciej dziesiątki bieg był niemal niemożliwy. Żeby ukończyć maraton musiałem przejść do niezbyt szybkiego marszu. Każda próba lekkiego biegu lub szybszego marszu powodowała silny ból kolana. Musiałem pogodzić się z tym, że (podobnie jak w Krakowie) ukończę maraton maszerując, w czasie grubo powyżej 5 godzin. Jedynym pozytywem była możliwość dokładnego zwiedzenia dużej części Warszawy. Trasa maratonu prowadziła przez Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Aleje Ujazdowskie, Plac Unii Lubelskiej, Indiry Gandhi. Na 21. km wbiegliśmy do Łazienek Królewskich, potem ul. Rozbrat do Mostu Świętokrzyskiego (25. km), który pokonaliśmy mijając po prawej stronie Syrenkę Warszawską i Stadion Narodowy. Po niecałych 5 km biegu po prawobrzeżnej części stolicy wróciliśmy na jej lewobrzeżną część Mostem Gdańskim. Zaraz za mostem czekała Gosia, która straciła już nadzieję, że mnie zobaczy. Fotka, duży łyk eliksiru, info, że prędko na metę nie dotrę i maszeruję dalej. Potem pokonywanie ulic naszych wieszczów Mickiewicza i Krasińskiego, a na 38. km powrót nad Wisłę. Ostatnie prawie 5 km to pokonywanie dystansu wzdłuż naszej królowej rzek do mety na Wybrzeżu Gdańskim. Czas masakryczny 5h16'48'': „pobiłem” rekord z Krakowa o prawie 10 minut (oczywiście w długości pokonywania dystansu maratonu). Medal na mecie wynagrodził całą mordęgę. Udało mi się jakoś umyć zawartością butelki 0.7 l wody i nawet miałem apetyt na jedzenie. A porcje można było brać niemal bez ograniczeń, kibice też korzystali. Małe piwko bezalkoholowe tylko jedno dawali. Pocieszyłem się czymś innym i po zrobieniu fotek ruszyliśmy do metra, a potem autokarem do domu. Po drodze analizowałem przyczyny tak marnego zakończenia mojej kariery maratońskiej. Ale ku pokrzepieniu serca wyliczyłem, że mój rekordowy czas z Maratonu Pokoju z 1986 roku - 3h01'35'' (wtedy zająłem 197. miejsce na 1846, którzy ukończyli, co daje lokatę wśród 10,7% najszybszych biegaczy) w tym roku pozwoliłby mi na zajęcie 179. (!!!) miejsca na 5924, którzy ukończyli, co daje lokatę wśród 3,0% najszybszych biegaczy. Świadczy to o tym, że poziom czołówki maratończyków był w latach 80. ubiegłego wieku bardzo wysoki, a Krzysiek i ja biegaliśmy naprawdę dobrze. Ale dość tych pięknych wspomnień, reszta przy innej okazji.

XXXIX Bieg Lechitów - Gniezno, 18 wrzesień 2016

Bieg Lechitów jest najstarszym biegiem długodystansowym w Polsce. Po raz pierwszy odbył się w 1978 roku. Ja debiutowałem w nim trzy lata później i do 1986 roku wystartowałem pięć razy, z przerwą w 1983 roku, kiedy na początku września pomaszerowałem do wojska. Bieg rozgrywany jest zawsze we wrześniu, więc nie było szansy by wystartować. Po trzydziestu latach, w ramach drugiej części tryptyku z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski, wróciłem do Gniezna by przebiec półmaraton. Pierwsza stolica Polski prezentuje się okazale i może poszczycić się najstarszą katedrą w naszym kraju. Na placu św. Wojciecha przy katedrze znajduje się meta Biegu Lechitów. Na start zawodnicy jadą autokarami do Lednicy. Tam z bramy muzeum pierwszych Piastów ruszają w kierunku Gniezna. Przed startem wszyscy zawodnicy za darmo zwiedzają to muzeum, co i mnie się udało. Tradycją tego biegu jest, że niemal zawsze wieje przeciwny do kierunku biegu wiatr. Tak też było w bieżącym roku, zimny silny wiatr porywał czapki i momentami zrzucał nas z drogi. Czułem się dobrze i po kilku kilometrach zanosiło się na czas poniżej 2 godzin. Niestety, musiałem trochę zwolnić, bo wietrzysko dawało się we znaki. Na 9. kilometrze dogoniła mnie grupa biegnąca na 2 godz. i 5 min. Przyłączyłem się do nich i dociągnąłem do 17 km, mimo problemów na podbiegach (trasa biegu jest cały czas falista, ciągłe zbiegi i podbiegi są dość męczące). Miałem jeszcze trochę sił więc przyspieszyłem, dzięki czemu udało się uzyskać czas 2h03'26''. Końcówka była dość trudna, ale doczłapałem do mety pod katedrą. Po biegu pojadłem solidnie, bo chlebek z pysznym smalcem był bez ograniczeń, a do tego kiełbaska i drożdżówki. Wzmocniłem się dobrym piwkiem i po odpoczynku w pokoju (zapłaciłem za dobę a mieszkałem półtorej) ruszyłem na końcowe zwiedzanie starego miasta i nocną podróż do domu.

PS. Jeżeli chodzi o gadżety, to było ich sporo: fajny medal, koszulka z długim rękawem, kufel i deska do krajania. Organizacja zawodów perfekcyjna pod każdym względem, warto pojechać za rok na jubileuszowy 40. bieg. W tym roku liczba uczestników wzrosła o 57 procent, osiągając liczbę 2242.

VI runda VI Jurajskiego Pucharu Nordic Walking - Mstów, 11 września 2016

Gmina Mstów była w bieżącym roku gospodarzem ostatniej rundy JPNW. Tradycyjnie wrzesień to święto owoców. W poprzednim roku królowały jabłka, tym razem uczestników zawodów witały śliwki. Udało mi się zdobyć ich sporą ilość – śliwowica będzie na pewno wyśmienita. Ale najważniejsze były zawody sportowe. Ludki tym razem reprezentowały same chłopy (w bardzo różnym wieku). Ze względu na spory upał organizatorzy skrócili trasę marszu do niecałych 4 km, co było bardzo rozsądną decyzją. Kolejności na mecie to za wiele nie zmieniło, a oszczędziło mordęgi wszystkim zawodnikom. Ludki wypadły rewelacyjnie, ponieważ czterech zawodników stawało sześć (!!!) razy na podium. Zygmunt i Kamil po dwa razy, a Adrian i Włodek po jednym razie. Wiązało się to z podsumowaniem całego cyklu Pucharu, na zakończenie którego jest wiele ciekawych kategorii. Tym razem fotki robił brat Adriana, który również nieoficjalnie przemaszerował trasę zawodów, razem z Kamilem.

Pokonaj Focha - Skawina, 18 września 2016

Startując wiosną w Skawinie Kasia opowiadała o ciekawej imprezie organizowanej we wrześniu w tym mieście. Impreza nazywała Pokonaj Focha i obejmowała zawody biegowe, rowerowe i rolkowe. Zaciekawiło mnie to  bo zapowiadało się coś innego, niż tylko bieganie.  Gdy tylko pojawił się termin na Maratonach Polskich tak ustawiałem swoje zajęcia aby móc pojechać na zawody. Można było wybrać jedną konkurencję albo wystartować we wszystkich trzech. Wybrałem oczywiście trójbój. Zawody miały się odbyć w niedzielę 18 września w dzielnicy Skawiny - Kopanka na terenie Skawińskiego Obszaru Gospodarczego. Dzień wcześniej nieźle lało i obawiałem się o pogodę nazajutrz. Niedziela od rana była zachmurzona i niezbyt ciepła – około 13 stopni. Temperatura na zawody niezła, byle znowu nie popadało.  Po przyjeździe na miejsce pobrałem numer, a w zasadzie trzy numery startowe ( osobny na każdą konkurencję). Start i meta znajdowały się około 500 m od parkingu, ale również w okolicach startu usytuowano depozyt rzeczy i odrębny depozyt rowerów. Było to istotne aby szybko po ukończeniu każdej konkurencji można było się przygotować do następnej. Do zawodów również zapisał się Bolek Michałowski, który zjawił się wkrótce po mnie. Jako osobiści kibice zjawił się Marek Nędza z dwoma synami. O godz. 13.00 nastąpił start do biegu rolkowego. Do pokonania było 6 okrążeń po około 1800 m. Trasa była prawie płaska i – co istotne – asfalt w dobrym stanie. Udało mi się nie zająć ostatniego miejsca i bez przeszkód dotarłem do mety. Teraz czas na przebranie – o 14.15 start na 10 km trasę rowerową . Złożyły się na nią dwie pętle po 5 km. Tutaj było kilka podjazdów i zjazdów.  O 15.20 ruszyli na tą samą trasę biegacze. Tutaj do pokonania był jedna lub dwie pętle. Część biegaczy zapisało się na 10 km ale do trójboju liczył się dystans 5 km. W międzyczasie zjawiła się Kasia i żywiołowo mnie dopingowała. O ile w części rolkowej i rowerowej na miejsca w czołówce nie mogłem liczyć – kwestia sprzętu i treningu – to w biegu poszło nieźle. Otarłem się nawet o podium – IV miejsce w kategorii wiekowej.  Mimo, że w sumie w całych zawodach wzięło udział kilkaset osób – trójbój ukończyło tylko 30. Zająłem zaszczytne 24 miejsce. Aura była łaskawa – całe zawody odbyły się bez deszczu. Po dekoracjach było losowanie nagród – w tym dwa rowery – ale tym razem nie miałem szczęścia. Impreza zorganizowana perfekcyjnie. Za stosunkowo niską opłatę – 55 zł – wziąłem udział w trzech zawodach. Za każde z nich dostałem medal. Do tego super posiłek , doskonała organizacja logistyczna. Za rok wracam aby poprawić wynik.

43. BMW Berlin Marathon - Berlin, 24 września 2016

Maraton Berlin. I – jak w dawnej polskiej reklamie – wszystko jasne. To tutaj w 2007 zrobiłem życiówkę – nie pobitą do dzisiaj. Wówczas był to dopiero mój drugi maraton. Przystępowałem wtedy do niego z wielkimi obawami. Powodował to z wynik i przebieg mojego pierwszego maratonu. I teraz również miałem wielkie obawy jak to będzie spróbować jeszcze raz – tym razem na rolkach. Decyzję o starcie powziąłem po – jak na debiut udanym – starcie w maratonie w Krakowie. Stwierdziłem wówczas, iż wypełniłem minimum kwalifikacyjne i mogę jechać. Na szczęście tutaj – nie jak w maratonie klasycznym – nie trzeba było brać udziału w losowaniu. Opłaciłem startowe i czekałem na wrzesień. Udało mi się namówić na wyjazd Jarka Gałązkę. W jego towarzystwie poczułem się pewniej, wiedziałem, że jakby co – przygoda w Zgorzelcu – będę mógł liczyć na pomoc. Wyjechaliśmy o 4.00 by o 10.00 odbierać pakiet startowy. I tak historia moich startów w dniu 24. 09.2016 zatoczyła koło. Znów byłem w Berlinie. Przejazd minął na błyskawicznie. Z dojazdem do Expo też nie było kłopotów. Zaparkowaliśmy w pobliskiej, ślepej uliczce. Po odebraniu numeru startowego oraz pakietu – dużo powiedziane – gąbka, żel pod prysznic i makulatura reklamowa – następne dwie godziny łaziliśmy po targach. Później kawa, kanapki, izotoniczne piwo bezalkoholowe i około 13.00 udaliśmy się na odległy 2 km start pod Bramą Brandenburską. Pogoda idealna: bez opadów, temperatura około 20 stopni. Do strefy depozytów Jarka nie wpuścili – czekał na mnie koło mojej strefy startowej. Założyłem sprzęt i ok. 15.00 udałem się na start. Po drugiej stronie barierki czekał Jarek, który dodawał mi ostatnich słów otuchy. O 15.30 ruszyła elita, a potem co dwie minuty kolejne strefy. Ruszyłem i ja. Asfalt był super, jechało mi się nieźle. Po kilku kilometrach zaczęli mnie dochodzić, a raczej dojeżdżać zawodnicy z następnej strefy. Ale nie było tłoku. Najszybsi byli już daleko z przodu. Trasa, początkowo niezła w miarę upływu czasu zaczęła się pogarszać. Koleiny, łaty, tory tramwajowe powodowały spowolnienie. Z czasem zaczęło dawać znać zmęczenie. Dodatkowo deprymująco wpływały na mnie liczne upadki i częste interwencje karetek. Po połówce – raz ze zmęczenia, dwa z powodu zwracania większej uwagi na trasę – jechałem trochę wolniej. Nie miałem zegarka, ale nie najważniejszy był czas, ale dojechanie bez uszczerbku. Miałem kilka momentów na granicy wywrotki ale nie doszło do tego. Ostatnie kilometry pokonałem w dobrym tempie. Przejazd pod Bramą i meta. Medal, folia, owoce i – bez ograniczeń - bezalkoholowe piwo. Po odebraniu depozytu udałem się do wyjścia gdzie czekał na mnie Jarek. Udało mi się poprawić Kraków – czas 2.12.54. Nawet nie byłem zmęczony. Spacer do auta i powrót do domu. I tak w prawie 10 rocznicę moich startów – buty biegowe założyłem 3.10.2006 – ponownie poczułem maratońskie endorfiny. Nie ważne, że tym razem na rolkach. Lubię zmiany, lubię szukać czegoś nowego. Nie wiem czy dalej będę się skłaniał w stronę rolek czy w stronę biegania, czy będę się starał pogodzić obie dyscypliny. Wiem jedno – za rok tu wracam aby znowu to przeżyć, aby poprawić wynik. Dzięki Jarku za wspólny wyjazd.

Blachownia 2016

Blachownia, tradycyjnie już powitała nas tropikalnym upałem i troszkę zmodyfikowaną trasą Ósemki. Tym razem dwa Ludki nordikowały a trzy biegały. Sławek utrzymuje dobrą formę z poprzednich startów, Zbychu również. Ja zanotowałem kolejny w tym roku strasznie wolny przebieg na zawodach. Muszę sobie powiedzieć jak Andrzej Kmicic w „Potopie” do Michała Wołodyjowskiego: „ kończ Waść,  wstydu (sobie) oszczędź”. Adrian i Zyga dzielnie przetrwali upał i przymaszerowali do mety w niezłym tempie. Wręczenie pucharów i losowanie nagród przedłużyło się, więc słońce spaliło nas na popiół. A rowery pojechały bez Ludków na siodełkach. Za to  na jubileusz 15 biegu w Blachowni Jacek Chudy sprezentował każdemu uczestnikowi super bluzę. Przyda się na pewno. Organizacja zawodów jak zwykle super

Suliszowice 2016

Męski skład reprezentował Leśne Ludki na przedostatniej rundzie JPNW. Organizatorzy przygotowali całkowicie nową, oczywiście „jurajską”, trasę marszu. Płasko raczej nie było, więc kolana Adriana i moje mocno ucierpiały. Za to Kamil i Zygmunt bezstresowo dotarli do mety. Najlepiej z całej czwórki wypadł Zyga, który zaliczył podium i jeszcze wylosował dodatkową nagrodę. Agnieszka tym razem za wiele fotek nie wykonała z powodu plajty baterii w aparacie. Ale kibicowała jak zawsze wytrwale. Był to dla mnie trudny start, forma słaba, ale usilnie pracuję nad jej poprawą.

Triatlon Turystyczny - Ozimek, 27 sierpnia 2016

Szukając jakiegoś ciekawego biegu natknąłem się na Maratonach Polskich na zawody pod tytułem „Triatlon Turystyczny” Do przebycia była trasa długości 88 km. Jako, że termin był odpowiedni i impreza miała być rozgrywana niedaleko – w Ozimku – postanowiłem przyjrzeć jej się bliżej. Triatlon Turystyczny miał polegać na połączeniu trzech dyscyplin: marsz Nordic Walking, jazda na rowerze i spływ kajakowy. Organizatorem było Stowarzyszenie Dolina Małej Panwi i trasa miała prowadzić od źródeł Małej Panwi w okolicach Rzeniszowa do Ozimka. Zawody miały być rozgrywane w parach. Udało mi się namówić Jarka Gałązkę i po rejestracji i opłaceniu startu udaliśmy się w sobotę 27.08 do Ozimka. Na miejscu otrzymaliśmy odblaskowe kamizelki z nr startowym i chipem. Rowery zostały zapakowane na samochody ciężarowe a my w raz z 38 dwuosobowymi zespołami dwoma autobusami udaliśmy się na miejsce startu w okolice Rzeniszowa. Zapowiadał się gorący dzień. Na pierwszy etap – 18 km Nordic Waking – wystartowaliśmy o źródeł Małej Panwi około godz. 10.00. Trasa – początkowo asfaltowa – po około 6 km. zmieniła się w szutrową. Przemieszczaliśmy się przez wioski i obszary leśne. Szło nam się – mimo wzrastającego upału - z Jarkiem nieźle, byliśmy w czołówce. Po około 2 godz. i 10 min. dotarliśmy do parkingu przy zbiorniku „Zielona” w Kaletach. Z naszych szacunków wynikało, że jesteśmy na około 10 miejscu. W czołówce szalał Krzara. Tutaj czekały na nas rowery i autobusy – mobilne szatnie. Zmieniliśmy buty i spodenki, uzupełniliśmy zapas utraconych płynów i ruszyliśmy dalej na tracę 55 km odcinka rowerowego. Trasa tylko z rzadka prowadziła drogami asfaltowymi. Większość stanowiły szutrowe ścieżki leśne. Wzrastające gorąco wysysało siły. Ostatni ok. 10 km odcinek był na szczęście asfaltowy. Dotarliśmy do przystani kajakowej w Fosowskie/Staniszcze Małe. Na trasie kilka drużyn – dysponujących przede wszystkim lepszym sprzętem – zdołało nas wyprzedzić. Ten etap pokonaliśmy w czasie: Jarek 2 godz. i 20 min. a ja 14 minut wolniej. Przed nami ostatni, wydawało się nam najłatwiejszy etap. W nogach i ramionach czuliśmy trudy kijków i roweru. Zostało 15 km ochłody jaką niesie spływ w zacienionym korycie Małej Panwi. Nic bardziej mylnego. Wydawało się, że wystarczy dać się ponieść nurtowi rzeki, korygując od czasu kierunek i trochę popracować wiosłami. Niestety kajak poddany nurtowi nie chciał nas zupełnie słuchać. Co chwilę zbaczaliśmy raz w prawo, raz w lewo. Sytuację pogarszały liczne zatopione pnie drzew, o które ocieraliśmy się dnem lub bokiem kajaka. Rzeka była bardzo płytka – w najgłębszym miejscu nie przekraczała 1 metra, dominowały liczne płycizny. Mimo, że wiele zespołów miało podobne problemy ze sterowaniem, kilka z nich depczących nam po kajaku zdołało nas wyprzedzić. Do mety tego etapu i całej imprezy - do przystani kajakowej w Ozimku na „Wyspie Rehdanz’a” – dotarliśmy po upływie 2 godz. i 35 min. Całość zajęła nam 7 godz. i 6 min. co dało nam 20 miejsce. Na miejscu czekał nas gorący żurek, karminadle z kapustą z grochem i butelka piwa. Po „gorącej” – tylko z nazwy, bo woda była lodowata – kąpieli udaliśmy się na ogłoszenie wyników. Najlepszy zespół pokonał trasę w 5 godz. i 50 min. Krzara z partnerem był 10. Mimo, iż po dwóch etapach byli na podium – nagradzano 6 zespołów – stracili – jak my - wiele na spływie. Po dekoracji odbyło się losowanie nagród, w którym udało mi się trafić plecak. Impreza, mimo niewielkiego wpisowego – 50 zł na osobę – zorganizowana została z dużym rozmachem i perfekcyjnie dopracowana. Szacun i podziękowanie dla orgów. Niesłychanie zmęczeni ale ogromnie zadowoleniu wróciliśmy do domu. Myślę, że za rok jak poprawimy technikę machania wiosłami uda nam się zająć lepsze miejsce.

II Magiczny bieg przy pochodniach - Chabrowo, 15 lipca 2016

W tym roku urlop spędzaliśmy we Władysławowie. Postanowiłem, korzystając z okazji zaliczyć jakiś bieg w okolicy. Mimo prawie dziesięciu lat startów nigdy jeszcze nie biegałem – nie licząc Świnoujścia – na północy Polski. Jako, że okres był urlopowy wybrałem niewielki, kameralny bieg na dystansie 6 km w niewielkiej miejscowości Charbrowo, 10 km od Łeby. Zaintrygowała mnie nazwa biegu : „Magiczny bieg przy pochodniach”. Bieg miał się odbyć w ramach święta gminy Wicko, w której znajdowało się Charbrowo. Start zaplanowano na godz. 22.00. Trasa miała biec w dzielnicy domków jednorodzinnych, do pokonania były 3 okrążenia po 2 km. Po przyjeździe na miejsce pobrałem nr startowy i w ramach rozgrzewki poznawałem trasę. Trasa – jak na warunki nadmorskie – była mocno pofałdowana. Na okrążeniu było kilka zbiegów i podbiegów. O godz. 22.00 wystartowało 45 osób. Pochodnie oczywiście były – trzymali je liczni kibice rozświetlając mroczne uliczki biegu. Mimo wysokiej temperatury – jak na tą porę dnia – i sprinterskiego dystansu udało mi się pokonać dystans poniżej 30 min. Na metę wbiegłem trzymając pochodnię otrzymaną od jednego z kibiców. Mimo skromnego pakietu startowego i skromnego medalu bieg bardzo mi się spodobał ze względu miłą, kameralną atmosferę, duże zaangażowanie i pasję organizatorów.

Szarlejka 2016

W  sobotę (13 sierpnia), tradycyjnie jak co roku, Leśne Ludki stawiły się na Pozytywnym Biegu Przełajowym w Szarlejce. Tym razem pojechaliśmy w składzie: Sławek, który biegał, Adrian, Włodek, Zygmunt- nordic, Kamil pobiegł w biegu dla dzieci. W dniu zawodów od rana padał deszcz, ale gdy było coraz bliżej do startu wypogodziło się i zrobiło się duszno, co trochę przeszkadzało na trasie. Sławek, jako biegacz, wystartował pierwszy, a zawodnicy w NW parę minut później. Jak zwykle gdy startuję z Włodkiem, cieszę się, że idę przed nim przez ok. kilometr, góra dwa, a potem, gdy się rozpędzi oglądam jego plecy. Tym razem też tak było, ale na metę dotarłem parę sekund za nim. Niewiele za nami przyszedł Zygmunt. Wynik Sławka w biegu, to 50 minut i fajne 76 miejsce. Po biegu niektórzy z nas uzupełnili płyny, zjedliśmy kiełbaskę przygotowaną przez organizatora i przedyskutowaliśmy kilka spraw klubowych. Zawody jak zwykle super zorganizowane ,może trochę trasa z dziurami (zabójstwo dla moich i Włodka kolan), ale taki to urok biegania po leśnych i polnych ścieżkach.

Mistrzostwa Góry Trzech Jaskiń w NW w Srocku

Tydzień po zawodach pustynnych udaliśmy się na teren gminy Mstów, koło góry Trzech Jaskiń, kilkaset metrów od wsi Srocko. Nadanie nazwy najwyższemu szczytowi gminy było pretekstem do zorganizowania zawodów NW. Pogoda, tym razem deszczowa, nie odstraszyła maszerów, którzy w sporej liczbie stawili się na starcie. Ludki w tradycyjnym składzie, tym razem Kasię zastąpił Andrzej( niestety tylko na trasie a nie na podium).  Okazał się zdecydowanie najszybszym Ludkiem, ale na podium stanął Kamil w kategorii nadziei olimpijskich i ja w kategorii beznadziei. Po leśnej trasie maszerowało się fajnie, chociaż mnie bolały nogi po sobotniej ciężkiej pracy. Dotarłem do mety w niezłej formie ale daleko za Andrzejem. Za mną przymaszerowali Adrian, Kamil i Zygmunt.
Tradycyjnie kibicowała nam i robiła fotki Agnieszka Błaszczyk, za co jej wielkie dzięki. Jednak cały czas czekamy na jej pierwszy start w zawodach.