Relacje z zawodów

Iwanowice i Kłobuck

Iwanowice Duże 11.06.16
    Po trzech latach Jurajski Puchar wrócił do Iwanowic ( gmina Opatów ) i znowu silna ekipa Ludków wróciła z medalami. Pięcioro Ludków zdobyło trzy lokaty na podium. Nasza multimedalistka, Kasia stanęła na najwyższym stopniu, Kamil i Zyga na najniższym. Tylko ja i Adrian wróciliśmy bez sukcesów. Chociaż dla mnie wielkim osiągnięciem było wyprzedzenie o kilka sekund Kasi i miano najszybszego Ludka tych zawodów. Nie przytrafiło mi się to już dosyć dawno, więc satysfakcja duża.  Zapałem chyba lepszą formę po ostatnich długodystansowych mordęgach.  Od startu maszerowało mi się bardzo dobrze, mimo iż dawno nie trenowałem nordica z powodu stłuczenia żeber. Zygę wyprzedziłem zaraz na początku, Adriana na drugim kilometrze, Kasię na czwartym. Udało się utrzymać dobre tempo do mety, do której dotarłem z wianuszkiem rywali na plecach. Kolano po zakończeniu marszu bolało mocno.  Ale Kasia i Adrian mieli gorzej bo ich piszczele bolały w czasie marszu, co do przyjemności nie należy. Trasa marszu bardzo fajna, pogoda również. W czasie jazdy mieliśmy kilka przygód, szczęśliwie zakończonych bez wypadku. Stres był większy niż na zawodach.


V Kłobucki Bieg Leśny
Kłobuck 12.06.16
    W czasie zawodów w Iwanowicach udało mi się namówić Kasię na wyjazd do Kłobucka. Dołączył do nas Sławek i tak to wystartowaliśmy całkiem liczną ekipą w V Kłobuckim Biegu Leśnym. Jak nazwa wskazuje udział Leśnych Ludków jest tam obowiązkowy. A, że ten bieg organizują nasi przyjaciele udział w nim stanowi obowiązek bezdyskusyjny. Pogoda upalna, ale w lesie tego się nie odczuwało. Początek Ludki biegły spoko, ale potem Sławek trochę pogonił, ja też biegłem coraz szybciej. Kasia walczyła znowu z piszczelami, ale dotarła do mety w niezłej formie, mimo przemęczenia. Trochę obawiałem się czy wytrzymam cały dystans, ale bezpodstawnie bo biegłem coraz szybciej. Najszybciej ostatni, jedenasty kilometr. Na mecie było jeszcze sporo sił, więc ostatnie starty pomogły mi zbudować niezłą wytrzymałość. Sławek był zadowolony z przetarcia przed trudnym startem w Olsztynie. Po krótkiej gościnie i udzieleniu kilku wywiadów dla lokalnych mediów ruszyliśmy do domu, tym razem już bez przygód.

Europamaraton Gorlitz

   Udział w Europamaraton  Gorlitz – Zgorzelec zaproponował mi Andrzej, który chciał wystartować w półmaratonie na rolkach. Podjąłem wyzwanie zapisując się na półmararaton, ale bez kółek na nogach. Marek zaplanował udział w maratonie, a Mariola została „zmuszona” do startu na 5 km za Adriana, który zrezygnował. Ekipę uzupełniła jako kibic i fotoreporter Gosia. Na zawodach spotkaliśmy naszych przyjaciół Bolka Michałowskiego ( startował na rolkach ) i Marka Nędzę, który kibicował.  Pogoda była upalna, niemal bezwietrzna. Nie wróżyło to dobrze zawodnikom startujących na długich dystansach. Ruszaliśmy na trasę po kolei co 10 minut. Najpierw Andrzej, potem Marek, ja i jakiś czas później Mariola. Po 400m poczułem silny ból w lewym kolanie. Kilka minut grozy i zaczęło przechodzić, a już miałem zawrócić na miejsce startu. Biegłem ostrożnie, od początku korzystając z wody serwowanej w punktach napojowo-żywieniowych. Większość wody wylewałem na głowę (co za miłe uczucie takie chłodzenie !), resztę do środka. Już po kilku pierwszych podbiegach i zbiegach zorientowałem się, że zupełnie niechcący wystartowałem w biegu górskim !  O dziwo, lepiej spisywałem się na podbiegach. Podczas zbiegania kolano bolało mocno i martwiłem się o ukończenie zawodów. Cały czas utrzymywałem równe tempo, zanosiło się na czas poniżej 2 godz. 10 min. Aż nadszedł kilkusetmetrowy podbieg na 19 km, którego pokonanie pozbawiło mnie resztek sił. Końcówka to już walka o przetrwanie na jeszcze kilku mniejszych górkach. Nie przyspieszałem, aby nie paść za metą, lub co gorzej przed ! O trudności warunków biegu świadczy to, że mój nędzny czas 2:10,04 godz. dał mi niezłe 236 miejsce na 343 zawodników, którzy dotarli do mety.
   Andrzej miał upadek już na początku trasy i z odartym lewym bokiem walecznie dojechał do mety. Marek zmagając się z bólem łydki, spokojnie dobiegł do mety w czasie niecałe 4:13 godz. Mariola laitowo pokonała swoją piąteczkę i dostała taki sam medal jak my wszyscy.
   Organizacja bardzo dobra, zwłaszcza dbałość o nawodnienie zawodników. Półmaraton w całości poprowadzono na terenie Niemiec, a maraton i piątka były transgraniczne.
   Męska część ekipy wracała lżej lub ciężej ranna, ale zadowolona z ukończenia bardzo trudnych zawodów.

Relacja Włodka z Cracovia Maraton 2016.

 Historia mojego udziału w krakowskim maratonie rozpoczęła się w grudniu ubiegłego roku, kiedy to wysłałem zgłoszenie i opłaciłem startowe w kwocie 70 zł (około 1/9 kwoty wpisowego do maratonu berlińskiego). Ten start miał być pierwszym z trzech, w historycznych stolicach Polski: Gnieźnie, Krakowie i Warszawie. Motywem tego triatlonu jest 1050 rocznica chrztu Polski. Kolejne starty z tego projektu to wrześniowe: półmaraton Bieg Lechitów Lednogóra-Gniezno i Maraton Warszawski.
    Przygotowania do maratonu w Krakowie szły opornie i praktycznie zakończyły się 1 maja podczas turnieju o Puchar Święta Pracy kontuzją żeber. Bieg Skawiński dodał mi otuchy i pozwolił uwierzyć, że jest możliwe bieganie z bolącymi żebrami. Operacja pn. Cracovia Maraton rozpoczęła się 14 maja w godzinach popołudniowych moim udziałem w ślubie i weselu syna mojego przyjaciela, Mirka. W weselu brałem czynny udział do samego końca, czyli godziny 4-tej z minutami. Potem prysznic, kilkanaście minut drzemki i wyjazd z Bogdanem do Krakowa o 5.15. Po drodze zaliczyliśmy wizytę u Zbyszka w Żarkach Letnisko, który starał się doprowadzić moje zmasakrowane nogi do stanu używalności. W czasie jazdy kilkakrotnie myślałem czy nie zawrócić, ale brnąłem dalej w ten szaleńczy plan. Przed ósmą już na Plantach witaliśmy się z Kasią, która przekazała mi pakiet startowy. Odebrała go dzień wcześniej, kiedy to kibicowała Andrzejowi w jego maratońskim debiucie na rolkach. Potem już tylko przygotowania do walki ze sobą i dystansem i ok. 9.10 przekraczam na krakowskim Rynku linię startu. Pogoda była super, słoneczko świeciło, ale chłodny wiatr nie pozwalał na przegrzanie organizmu. Od początku biegłem spokojnie w tempie ok. 6.30 min./km, co rokowało czas ok. 4 i pół godziny na mecie. Niestety, po minięciu tabliczki oznaczającej 12 km złapał mnie skurcz podudzia prawej nogi. W głowie panika ( ! ), przecież do mety jeszcze 30 km ( ! ) a ja mam poważny problem. Kilkakrotnie rozmasowałem nogę i biegłem dalej z bólem. Po jakimś czasie przyzwyczaiłem się do defektu i utrzymywałem w miarę przyzwoite tempo przemieszczania się, bo trudno to nazwać było biegiem. Myślałem o wycofaniu się po pierwszej pętli, na połowie trasy, ale jak zobaczyłem po raz kolejny dopingujących mnie Kasię i Bogdana pobiegłem dalej. Lewe kolano zaczęło mi doskwierać i tempo spadło. Zacząłem się poruszać wolniej niż potrafię maszerować z kijkami. Najgorsze nastąpiło po 2/3 trasy, przed 30 km. Obydwa podudzia atakowały silne skurcze, a kolano ledwo się zginało. Ratowały mnie skarpety kompresyjne. Na 34 km wziąłem w rękę butelkę izotoniku i zacząłem maszerować. Wiedziałem już, że nie dam rady dotrzeć do mety przed upływem pięciu godzin. Ale przejście do marszu pozwoliło mi w ogóle ukończyć maraton. Maszerowałem wyluzowany, machałem kibicom, przybijałem piątki. Na Rynek dotarłem nie zmęczony, czułem się świetnie i trochę zmarzłem, bo nie mogłem szybciej maszerować ze względu na skurcze. Kasia i Bogdan cierpliwie na mnie czekali, a w międzyczasie dołączył do nich Piotrek. Na mecie byłem szczęśliwy, że nie zawiodłem moich kibiców i siebie. Po biegu zrobiliśmy trochę fotek, podziękowałem Kasi i Piotrkowi za wsparcie i ruszyliśmy z Bogdanem na drugą część wesela. Po trzygodzinnej jeździe zdążyliśmy na ostatnie dwie godziny imprezy. Zostałem nakarmiony i napojony różnymi kaloriami i po odśpiewaniu mi przez pozostałych gości „Sto lat” ruszyłem  z Gosią na parkiet. Gdy impreza się kończyła ja miałem dopiero ochotę się bawić. Tak zakończył się dla mnie ten szalony majowy weekend.
       Wniosek z tego mojego „wyczynu” jest taki: głupota i możliwości ludzkiego organizmu są nieograniczone. Ale gdyby na świecie nie było szaleńców to pomarlibyśmy wszyscy szybko z nudów.
      Wielkie dzięki dla Bogdana za to, że od rana do późnej nocy był pod „parą”, Kasi za odebranie pakietu i kibicowanie, Piotrkowi, że dotarł na końcówkę mojej walki, Gosi, że na mnie czekała na weselu, wszystkim, którzy kibicowali mi na odległość.
       Co do dalszej części mojego tryptyku stolic, to czas pokaże.

Cracovia Maraton na Rolkach - Kraków, 14 maja 2016

Minął tydzień od startu w Skawinie i czas zadebiutować w rolkowym maratonie. Wyboru za dużo nie ma. Zawodów na rolkach wciąż jest bardzo mało ale stopniowo przybywa. Rolkowy maraton w Krakowie rozgrywany w przeddzień głównego  był idealną okazją na próbę sił. Trasa miała biec wokół błoń krakowskich, które należało pokonać 12 razy. Przyjechałem już około godz. 13.00. Tak jak przypuszczałem były trudności za parkowaniem wynikające z rozgrywania mini maratonu oraz odbierania pakietów startowych przez biegaczy do niedzielnego biegu. Odebrałem swój pakiet, obejrzałem - niewielkie -  expo, powałęsałem się trochę i ok. godz. 15.00 udałem się do szatni. Przebranie się, założenie ochraniaczy, worek do depozytu i czas rozgrzać się i obejrzeć trasę. Od godz. 14.00 zaczęło lekko mżyć a następnie z przerwami padać. Trasa, która po nocnej ulewie miejscami wyschnięta ponownie zrobiła się mokra. Było na szczęście dosyć ciepło - około 16 stopni. Kwadrans przed startem zjawiła się Kasia, która miała mnie dopingować i odebrać pakiet startowy dla Włodka. Zrobiło się mi raźniej bo lekki stresik dawał znać o sobie. O godz 16.00 start. Ruszyło około 200 zawodników. Limit czasu 3 godz. - aby się zmieścić należało kółko pokonać w około 15 minut. Rozpocząłem wolno chcąc podczas pierwszego okrążenia poznać trasę. Od startu do końca  3 Maja równy, szeroki asfalt. Potem skręt w lewo i jakieś 200 m po płytach chodnikowych. Tutaj nie było za ciekawie - płyty, ze szczelinami, miejscami zapadnięte - należało bardzo uważać. Następnie znów w lewo i asfaltową ścieżką Na Błoniach. Znów nie najlepsza nawierzchnia: wąski, spękany asfalt, ponadto miejscami zabłocony, co powodowało ślizganie się rolek. Dopiero po kolejnym skręcie na deptak wzdłuż Focha można było rozwinąć skrzydła. Ponad kilometr szerokiej, równej nawierzchni. Ostatni zakręt ponownie w aleję 3 Maja i około 1500 m prosto. Od połowy 1 okrążenia biegłem, tj. jechałem (muszę wreszcie się przestawić) z chłopakiem z Krakowa. Jadąc wspólnie i gawędząc przejechaliśmy połowę trasy. Okrążenie wypadało po około 13 minut. Gdy my kończyliśmy 6 kółko - najlepsi finiszowali. Na trasie zrobiło się luźniej. Postanowiłem przyśpieszyć, zwłaszcza że nie czułem się zmęczony. Na trasie oprócz Kasi dopingował mnie Marek i Bartek Nędza, którzy nazajutrz mieli brać udział w maratonie. Pogoda jednak nie pomagała w szybszym pokonywaniu trasy. Deszcz na zmianę z wiatrem dawały się we znaki. Ostatnie okrążenie jechałem na maksa. Na mecie byłem tak szybko, że Kasia nie zdążyła zrobić mi zdjęcia. Dopiero tutaj poczułem, że jednak trochę mam w nogach. Miejsce może nie rewelacyjne - 154/192 ale czas - jak na debiut - niezły: 2.23.58. Jednym słowem życiówka! Wypełniłem minimum - jakie sam sobie wyznaczyłem 2.30 - na Berlin. Gratulacje od Kasi i niezwykle zadowolony wróciłem do domu.

V Bieg Skawiński na Rolkach - Skawina, 7 maja 2016

Po dziesięciu latach startów znowu przyszło mi zadebiutować. Postanowiłem spróbować swoich sił w wyścigach na rolkach. I podobnie jak to było przed pierwszym biegiem ulicznym czy pierwszym biegiem na nartach biegowych miałem tremę. Jak to będzie na trasie? Jaka będzie nawierzchnia? Czy nie zaliczę gleby? Jak dam sobie radę w tłumie biegaczy? Do tej pory jeździłem na treningach sam. Teraz będzie walka ramię w ramię, rolka w rolkę. Pełen takich wątpliwości wyruszyłem  z Włodkiem do Skawiny. Po przybyciu pobraliśmy pakiety startowe. Wkrótce zjawili się Kasia i Piotrek. Kasia z Włodkiem mieli pobiec na 10 km. Mój chip w formie metalizowanego paska należało przykleić pionowo z prawej strony kasku. O ile kask był obowiązkowy to ochraniacze już nie. Prawdziwi ścigacze rolkowi jeżdżą bez żadnych ochraniaczy - podobno stawiają dodatkowy opór powietrza. Ja postanowiłem założyć komplet: na łokcie, kolana i dłonie. W grupie około 200 biegaczy ustawiłem się w końcowej strefie. O 14:30 nastąpił start - do pokonania 9 km. Ruszyłem wolno. Najszybsi błyskawicznie odjechali. Zrobiło się luźniej i mogłem bez obawy o kolizję stopniowo zwiększać prędkość. Trasa była lekko pofalowana. Asfalt nie najrówniejszy: miejscami spękany, z łatami i koleinami. Po nawrocie znając już trasę ruszyłem znacznie śmielej i do mety udało mi się wyprzedzić kilkanaście osób. Jeszcze tylko finisz i na mecie. Czas całkiem niezły i miejsce też:  27:30 min, 116 na 163. Na mecie czekała Kasia z Piotrkiem i Włodkiem, którzy mieli za chwilę ruszyć do walki na swoim dystansie. Debiut zaliczony, pora na poważniejszą próbę.

Relacje Włodka

Półmaraton NW Lubliniec 17.04.16
Start w Lublinieckim Półmaratonie NW był dla mnie szczególny, ponieważ dzień wcześniej umarł mój tata. Postanowiłem wystartować dla Niego, bo był wielkim kibicem sportu a moim w szczególności. Ekipę mieliśmy dość liczną: w półmaratonie startowali Adrian, Andrzej i ja, na piątkę Zygmunt i Kamil, oraz spora grupa kibiców. Trasa „połówki” to mały „ogonek” na początku i cztery 5-kilometrowe pętle, płasko jak po stole. Maszerowało się bardzo fajnie, przy pięknej pogodzie. Tylko niektórzy sędziowie straszyli nas kartkami za złą pracę rąk. Ale ostatecznie nie wlepili nam żadnej. Zdecydowanie najszybszy z Ludków był Andrzej. Ja z Adrianem maszerowaliśmy razem prawie trzy okrążenia trasy. Dopiero na ostatnim okazałem się trochę lepszy. Kamil i Zyga nawet nie zmęczyli się na piątce. Wyjechaliśmy obłowieni chlebem i nagrodami, zwłaszcza Andrzej.
Puchar Święta Pracy Żarki Letnisko 01.05,16
W 24 Pucharze Święta Pracy tradycyjnie już jak w ostatnich latach zagrały 3 zespoły. Gościnna leśna polana, zwana słusznie „Sacharą” była świadkiem bardzo wyrównanych meczów.  Na sześć spotkań tylko jedno zakończyło się wynikiem rozstrzygniętym. Zwycięzcą okazała się drużyna „Irydionu” Złoty Potok, która szczęśliwie zebrała się po 4 latach przerwy. Było to już 10 wygrana zespołu od tym szyldem w Pucharze. Drugie miejsce przypadło zwycięzcy ostatnich trzech turniejów, czyli Promieniowi Częstochowa. W obydwu tych drużynach grały Leśne Ludki. Trzecie miejsce zajęła ekipa Oldboy Zawiercie. Ciekawostką statystyczną tego turnieju jest to, że w pięciu pierwszych meczach strzelono tyle samo bramek co w ostatnim szóstym, czyli 6. Największym pechowcem okazałem się ja, bo Święto Pracy zakończyłem z mocno stłuczonymi zebrami na Izbie Przyjęć myszkowskiego szpitala. A miałem o ogóle nie grać !
Bieg Skawiński 07.05.16
Start w Biegu Skawińskim zaplanowaliśmy z Andrzejem już na początku roku. On miał debiutować w biegu na rolkach, a dla mnie miał to być ostatni sprawdzian przed startem w Cracovia Maratonie. Kasia, Skawinianka z zamieszkania, też miała debiutować w tym biegu. Andrzej opisze swój start, więc ja skoncentruję się na biegu na 10 km. Wystartowaliśmy z Kasią w stawce ponad ośmiuset biegaczy przy pięknej, słonecznej pogodzie. Pierwsze kilometry były dla mnie trudne, bo bolące po stłuczeniu żebro bolało przy każdym oddechu. Kasi nie widziałem przed sobą i dopiero przy nawrocie na półmetku mogliśmy sobie pomachać. Powrotna część trasy w tym biegu zawsze wydaje się łatwiejsza i czasowo też tak wychodzi. Udało mi się pokonać trasę w nieco ponad 53 i pól minuty, mimo iż ból był coraz większy. Kasia dotarła do mety w świetnej formie niewiele za mną, chociaż liczyłem, że wreszcie pokona mnie w biegu. Długo czekaliśmy na losowanie nagród, ale bez rezultatu. Potem udaliśmy się do gościnnego mieszkania Kasi i Piotrka, który był naszym menagerem na tych zawodach. Pyszne jedzonko i super piwko, którymi nas uraczyli gospodarze długo będę pamiętał. Mam nadzieję, że do Skawiny jeszcze zawitamy.

Bieg Częstochowski 2016

Skład Ludków na 8 Bieg Częstochowski wykrystalizował się niemal tuż przed startem w sobotnie popołudnie. Ostatecznie na trasę wyruszyło nas pięciu: Andrzej, Jarek, Sławek, Zbyszek i ja. Trasa nowa, dużo fajniejsza od poprzedniej (tylko jedno okrążenie Jasnej Góry), bo dla mnie każde wzniesienie to mordęga.  Pogoda deszczowa, ale super do biegania. W czasie biegu deszcz nas oszczędził i nie padał. Najszybciej z Ludków od startu do mety biegł Sławek, który jako jedyny złamał 50 min. Mnie pierwszą połówkę dystansu  biegło się ciężko. Ale na "zbiegowej" drugiej części trasy było całkiem dobrze. Tylko pół minuty brakło do pokonania 50 minut. Start w Częstochowie przywrócił mi nadzieję na pozytywne zakończenie operacji pn. Cracovia Maraton, nadwątlone po Półmaratonie Pabianickim. Dzięki kibicom: Reni, Jarkowi i Krzyśkowi za gorący (mimo chłodu!) doping.

Wiosenny tryptyk - Lubliniec, Olsztyn, Pabianice, 28 marca - 3 kwietnia 2016

Bo za jedną siną dalą - druga dal

Krótko po 13 w pierwszą niedzielę kwietnia zakończył się mój poświąteczny biegowo-marszowy tryptyk. Biorąc pod uwagę moją obecną formę (a właściwie jej zupełny brak), nawracające kontuzje kolan i siedzący tryb życia, chyba odniosłam mały sukces. Przede wszystkim polegający na tym, że zmobilizowana zawodami wreszcie wstałam od komputera i przypomniałam sobie, ile radości daje odrobina ruchu na świeżym powietrzu.

Powrót na biegowe ścieżki dokonał się w wielkanocny poniedziałek, kiedy to razem z Prezesem udaliśmy się - zgodnie z naszym świątecznym zwyczajem - do Lublińca na 'Bieg z jajami'. Choć trasa jest płaska i bardzo przyjemna, to leśne 8 kilometrów (4 z pustymi rękami, 4 z jajami) pokonywałam z wyraźnym trudem, boleśnie odczuwając skutki lenistwa ostatnich miesięcy. Do mety dotarłam jednak naładowana pozytywną energią i chęcią na więcej, tym bardziej, że pogoda była wspaniała, a w lublinieckie lasy zapuszczam się zawsze z prawdziwą przyjemnością. Prezes wyglądał na nie mniej zadowolonego, traktując swój wynik jako dobry prognostyk przed czekającym go maratonem w Krakowie.

Kilka dni później, w sobotę, cała nasza wierna nordikowa piątka (Adrian, Kamil, Włodek, Zygmunt i ja) wzięła udział w pierwszym w tym sezonie zawodach nordic walking w ramach Jurajskiego Pucharu. Trasa wokół olsztyńskiego zamku do łatwych nie należy, również i tym razem strome podejścia dały nam popalić. Moje podchodzenie pod zamkowe wzgórze należałoby określić mianem 'nordic człaping' i zapewne moja wymęczona technika nie zostałaby pozytywnie odebrana przez potencjalne sędziowskie gremium. Do mety dotarłam jednak jako pierwsza z Ludków, podbudowując się trochę przed czekającą mnie niedzielą. Niedługo za mną na metę wkroczyli kolejno: Adrian, Włodek, Zygmunt i nasz beniaminek Kamil. W tym samym dniu również w Olsztynie odbył się morderczy bieg crossowy 'Koźla Piątka', w której wzięli udział kibicujący nam później Łukasz (trzeci w kategorii wiekowej), Sławek i Zbyszek. Z opowieści Sławka wnioskuję, że nasze nordikowe zmagania były niczym w porównaniu z tym, co czekało koźlich biegaczy.

Aż w końcu nadeszła niedziela. Dzień Pabianickiego Półmaratonu. Nie pamiętam już nawet, kiedy się zapisałam na 21-kilometrowy dystans, od tygodnia wiedziałam jednak, że zdecydowanie powinnam się przepisać na trasę 5-kilometrową. Zaraz więc po przybyciu do biura zawodów (razem ze startującymi w półmaratonie Jarkiem, Markiem i Włodkiem, a także wiernie kibicującą Asią) udałam się do odpowiedniego stanowiska, aby zadeklarować swój start w krótkim biegu. Odeszłam jednak z kwitkiem. Limit miejsc na bieg 5-kilometrowy został już wyczerpany i nie pomagały opowieści o kontuzjowanym kolanie. Cóż było robić... Pomimo nastawienia na trasę o 16 kilometrów krótszą, ruszyłam dzielnie do walki o kolejny ukończony półmaraton. Ustawiliśmy się razem z tatą koło pacemakerów na 2:10 licząc, że ci pohamują nasze początkowe zapędy i jakoś pokonamy czekający nas dystans. Tuż po starcie przeszywający ból łydek sprowadził mnie na ziemię. Jakie początkowe zapędy? Ledwo dawałam radę trzymać tempo grupy, zaciskając z bólu zęby i wierząc, że wkrótce ten ustąpi i przyjdzie mi zmagać się tylko ze zmęczeniem. Poniekąd miałam rację. Już na ósmym (!) kilometrze odetchnęłam i zaczęłam w miarę normalnie stawiać stopy na ziemi. Na zmęczenie było jeszcze za wcześnie, a skutki bycia rozjechaną przez pewną panią na rowerze przy pierwszym wodopoju okazały się zupełnie niegroźne. W coraz lepszym nastroju dotrzymywałam kroku chłopakom z balonami i... czekałam na kryzys. Oczywiście doczekałam się i od 17-18 kilometra zaczęłam słabnąć. Na 19 kilometrze odpadłam z bardzo małej już grupki i ostatnie chwile pokonywałam we własnym żółwim tempie. Wbiegnięcie na metę uznałam za spory sukces, tym bardziej, że przyjechałam z nastawieniem na małą 5-kilometrową pętelkę. Najszybszym Leśnym Ludkiem był oczywiście Marek, niedługo przede mną na metę wbiegł Prezes, a wkrótce po mnie Jarek. Tym samym dopisaliśmy do leśnych statystyk kolejne 84 kilometry.

Tydzień właśnie się kończy i z ciekawością (ale i obawą) czekam na jutrzejszy poranek, kiedy przekonam się, jak mój rozleniwiony organizm zareagował na nieoczekiwany wysiłek. Jeśli nie będę zbyt zmasakrowana, to mogę startować w zawodach i nie mam co oglądać się na przeciwności losu. Jeśli jednak odchoruję te nagłe wyskoki, to jeszcze lepiej - oznaczać to będzie, że czas wrócić do regularnych treningów. Porządna dawka zmęczenia i motywacji nikomu jeszcze nie zaszkodziła.

Otwarcie sezonu w Ostrawie

W ubiegłą sobotę, 30 stycznia, otworzyłem tegoroczny sezon tradycyjnie na Halowych
Mistrzostwach Województwa Śląskiego. Tym razem impreza odbyła się wyjątkowo nie na spalskiej
hali, a poza granicami kraju, w czeskiej Ostrawie (dobrze znanej ekipie LL;)). Rywalizację w chodzie na
dystansie 3000m zakończyłem na drugim miejscu, za olimpijczykiem i jednym z aktualnie najbardziej
doświadczonych chodziarzy w Polsce,  Rafałem Fedaczyńskim. Co prawda nie udało mi się pobić
zeszłorocznej życiówki, ale z czasu 13’12”, jak na ten etap przygotowań, jestem zadowolony.

Kłobuck 2016

W niedzielę zainaugurowałem wraz z Andrzejem starty w bieżącym roku. IV Bieg Zimowy w Kłobucku był połowicznie zimowy, bo mrozik trochę doskwierał, ale śniegu nie było nawet odrobinki. Trasa sucha i szybka, więc mimo iż planowaliśmy spokojne tempo wyszło całkiem szybko. Ale większość startujących była trochę szybsza od nas, stąd lokaty na przełomie czwartej i piątej dziesiątki musiały nas zadowolić. Andrzej w połowie trasy spokojnie oddalił się ode mnie i na mecie był niecałą minutę szybciej. Nie ścigałem się za bardzo bo tempo 5min/km obecnie dla mnie jest w takim biegu maksymalne. Po przebraniu się udaliśmy się na poczęstunek. Jak zawsze w Kłobucku najedliśmy się do syta a nawet więcej - dania mięsne i pyszne ciasta dały nam radę. Żal było opuszczać gościnnych gospodarzy z NGB, ale wrócimy tutaj w czerwcu na Bieg Leśny. Organizacja zawodów jak zawsze wzorowa

Ostatni Dzik w 2015

Niedzielny poranek 13 grudnia nie zachęcał do wyjazdu na zawody sportowe. Ale ostatni w tym roku "Dzik" był dla Ludków szczególny bo Zygmunt startując po raz jedenasty miał odebrać należną statuetkę. Wyruszyliśmy przy padającym deszczu we czterech, oprócz Zygi: Adrian, ja i nasz fotoreporter Andrzej Cyran. Po dotarciu do Panewnik okazało się, że pogoda nie jest taka zła. A humory do reszty poprawił nam "dzikowy" kalendarz na 2016 rok, na którym na fotce znalazł się w całej okazałości nasz Zygmunt. Zabraliśmy kilka sztuk na pamiątkę (i do użytku też). Na trasę ruszyło prawie pięciuset biegaczy i nordikowców. Ja tym razem biegałem a Zygmunt i Adrian maszerowali. Wepchnąłem się do pierwszego szeregu i już na starcie miałem zysk nad większością biegaczy. Powoli traciłem miejsce w czołówce, ale biegłem całkiem przyzwoicie. Trasa w niektórych miejscach była śliska i trzeba było uważać, żeby nie zaliczyć bliskiego spotkania z lecznicza borowiną.. Mimo lekkiego kryzysu na drugiej pętli utrzymałem dobre tempo do końca, a czas w granicach 50 min. to dla mnie teraz rewelacja ! Adrian również zaliczył dwa okrążenia w dobrym czasie i na 10-tym miejscu. Zyga jak się okazało przemaszerował jedno kółko i udał się na odpoczynek. Musieliśmy poczekać na wręczenie nagród, ale warto było bo dzik jest okazały, a oprócz niego nagroda też fajna. Zygmunt szczęśliwie odwiózł nas do domu i od niedzieli jest trzecim Ludkiem posiadającym "Dzika" ( w ubiegłym roku "Dziki" zdobyli Asia i Jarek). Gratulacje dla Zygmunta za upór i wytrwałość w dążeniu do upragnionej statuetki. Oby nie był ostatnim Ludkiem, który ją zdobył.