Relacje z zawodów

VII Grand Prix Krakowa w biegach górskich.

Za namową Jarka Gałązki postanowiliśmy wystartować w Krakowie. Do wyboru było albo 11,6 km albo 23,2 km ( były też mniejsze dystanse ale to nie dla LL).

Jarek - przebieg już kilka razy tą trasę  - postanowił zmierzyć się z najdłuższym dystansem. Ja z Markiem postanowiłem nie szaleć. Profil trasy wzbudzał szacunek.

Wybraliśmy połowę czyli 11,6 km. Pogoda świetna - około 9 stopni - pochmurno, brak wiatru. My wystartowaliśmy o 10.40 a Jarek o 11.20. Trasa prowadziła ścieżkami Lasu Wolskiego, wokół Kopca Piłsudskiego. Bieg był ostatnim z cyklu pięciu biegów rozpoczętych w październiku 2018. Zaraz po starcie pierwszy podbieg, potem zbieg. I tak przez całą trasę. 

Zbiegi były karkołomne - błoto, śliskie liście, korzenie drzew. Podbiegi tak strome, że to były raczej podchody całego szeregu startujących. Niby tylko 11,6 km a miałem dosyć. Nie jestem zwolennikiem biegów górskich ale jak w tym przysłowiu o Cyganie - dla towarzystwa... Niedaleko meta, ale nie ma tak lekko - oczywiście pod górkę. Za chwilę Marek. Czasy nie powalają ale tu nie dało się robić życiówek. Idziemy do biura zawodów. Kawa, herbata, banan. Grzejemy się i wracamy na metę kibicować Jarkowi. Wreszcie dociera i on. Mimo zmęczenia - uśmiech na twarzy. Prysznic i powrót do domu.

Jaroszów 2019

Pod wpływem ogromnej presji wywieranej na mnie przez niektóre osoby skrobnąłem parę słów
na temat Jaroszowa, ale to tylko dlatego, że jakoś mało zdjęć zrobiłem, a nawet nie zrobiłem żadnego.

W niedzielę 24 marca ekipa Leśnych Ludków wybrała się do Jaroszowa na Imprezę Charytatywną dla Andżeliki i Antosia. W konkurencji NW, w stawce 25 zawodników, Jarek Grygiel zajął dobre 9 miejsce (podobno jest bez formy), Adrian i Asia dotarli do mety w połowie stawki. Andrzej i Jarek Gałązka pobiegli w biegu na 10 km i uzyskali dobre czasy. Trasa w większości gruntowa, twarda i zmrożona, ale było też trochę asfaltu. Po zawodach mogliśmy posmakować pysznych ciast i innych smakołyków przygotowanych przez organizatorów.

Walentynki w Dąbrowie Górniczej

VIII Bieg Walentynkowy 

Dąbrowa Górnicza 10.02.19

Bieg Walentynkowy w Dąbrowie Górniczej nie mógł by się odbyć bez udziału Leśnych Ludków. W tym roku wystartowało nas czterech: Andrzej i Zbyszek P. w biegu i Adrian i Włodek w marszu NW, zabrakło chorego Janka. Trasa tradycyjna, pogoda super, nawet lodu i błota było niezbyt wiele. Sukcesów nie odnieśliśmy ani w rywalizacji sportowej, ani w konkursie z nagrodami. Większość Ludków wystartowała po męczącej sobocie, ale daliśmy radę przynajmniej ukończyć zawody. Fajnie, że mogliśmy spędzić czas zawodów i podróż z naszymi przyjaciółmi Ulą i Darkiem. Teraz spotkamy się 3 marca na ich terenie w Kłobucku.

Gra miejska w Jaworznie

Wczoraj – tylko we dwójkę z Jarkiem – wystartowaliśmy w kolejnej edycji Silesia Race, która odbyła się w Jaworznie,  tym razem w konkurencji Sportowa Gra Miejska.
Prognozy zapowiadały dzień iście wiosenny, ale szary poranek bynajmniej tego nie zwiastował. Dwa stopnie na plusie, zamarznięte po nocy kałuże i zimny wiatr nie zachęcały do startu. Zwłaszcza, że biegi na orientację mają to do siebie,  że człowiek porusza się zrywami:  zagrzeje na odcinkach przelotowych, a potem stygnie szukając punktu lub rozwiązując zagadkę.
Skoro jednak już dwa miesiące wcześniej opłaciliśmy udział, to teraz trzeba było zjeść tę żabę. W moim wypadku zresztą mówienie o bieganiu na orientację byłoby nadużyciem. Można było co najwyżej nazywać to truchtomaszerowaniem za mężem., który – jak słusznie przewidywałam – będzie coraz bardziej zirytowany moim tempem przemieszczania się.
Sportowa Gra Miejska startowała wspólnie z trasą rodzinną, która miała jednak do zaliczenia mniej punktów kontrolnych.  Po obejrzeniu mapy Jarek zdecydował się na strategię „zgodną ze wskazówkami zegara”, co oznaczało odwiedzenie najpierw punktów najbardziej oddalonych od centrum Jaworzna.
Na początku fajnie nam się biegło przez zielone tereny wokół Jaworzna, choć oczywiście dość szybko straciliśmy kontakt z liderami. Pierwszy problem pojawił się przy poszukiwaniach punktu nr 1, ale dokładne przyjrzenie się mapie i wskazówkom pozwoliło rozstrzygnąć wątpliwości.  W punkcie nr 2 szybko (aczkolwiek przy drobnej podpowiedzi dotyczącej rozpoznawania typów skamienielin) rozwiązaliśmy dwa zadania specjalne i po kilku łykach gorącej herbaty pomknęliśmy dalej.
Niestety, gdy już obiegliśmy dwie trzecie Jaworzna, mniej więcej na 13 kilometrze coś łupnęło mnie w kolanie i dalszy trucht był prawie niemożliwy. Wlokłam się z trudem za Jarkiem pocieszając  się jedynie, że większość biegania mamy już za sobą. Teraz czekało nas sporo punktów miejskich: a zatem znajdywanie w muzeum odpowiedzi na pytania o historię Jaworzna, proste zadania sprawnościowe w  klubie fitness, liczenie klatek schodowych w blokach i znajdowanie nazw rozmaitych zakładów usługowych.
Z wszystkim sobie poradziliśmy, pozostało nam jedynie dobiec do mety. Niestety, zamiast dokładnie przyjrzeć się mapie, zdecydowaliśmy się zasięgnąć języka u miejscowych. I tym sposobem niechcący zwiedziliśmy całkiem spory kawałek Jaworzna, niestety – nieszczególnie ciekawy i nadrobiliśmy niepotrzebnie dobre 5 km. No cóż, co nagle to po diable.
Ostatecznie jakoś dotarliśmy do szkoły, w której było biuro zawodów, prawdopodobnie jako dziewiąty zespół.
Organizacja zawodów – przynajmniej jeśli chodzi o konkurencję, w której uczestniczyliśmy – jak zwykle bez zarzutu. Fajna trasa, dobre mapy, pomysłowe – choć proste zadania, czyli wszystko, czego trzeba do dobrej zabawy.
Szkoda tylko, że moje kolano nie umiało tego docenić.

Leśne Ludki dla WOŚP

Na VII Biegu Policz się z cukrzycą rozegranym w Częstochowie zaprezentowały się trzy Leśne Ludki: Adrian, Janek i Włodek. Akurat ta trójka okazała się w ubiegłym roku najpracowitsza z Ludków(podobnie jak w 2017 roku) i zaliczyła w sumie 95 startów. Towarzyszyła nam również trójka kibiców: Agnieszka, Gosia i Kamil. Pogoda niezbyt nam sprzyjała, padał przelotny deszcz a trasa była śliska. Zdecydowanie najszybszym Ludkiem okazał się Janek. Adrian i Włodek z godnością dotarli do mety, bez upadków i nie na ostatnich miejscach. Kolejna tradycja została podtrzymana i oby za rok Ludki ponownie wzięły udział w tym biegu.

4. X-Sport POWER Silvesterlauf - Vösendorf, 31 grudnia 2018

W Sylwestra wspólnie z Kasią postanowiliśmy wystartować w zawodach odbywających się w okolicznej miejscowości Vösendorf koło Wiednia. Na biegaczy o godzinie 15 czekał dystans 10 km, a na kijkarzy (dwudziestu dwóch) dwa razy krótszy. Oboje wybraliśmy kijki. W dniu zawodów, rano na 9 musiałem iść do pracy. Okazało się, że o godzinie 13 ma mieć miejsce spotkanie sylwestrowe, więc lekko spóźniony wyszedłem na zawody o 13.30. Po dotarciu tramwajem w okolice startu o 14.11 zrobiłem sobie lekką, prawie 2-kilometrową przebieżkę, gdyż tylko do 14.30 było otwarte biuro zawodów. Na szczęście Kasia była wcześniej na miejscu i odebrała mój pakiet. Każdy otrzymał soczek, zapalniczkę, jakąś maść na zakwasy, maść do zębów (mam nadzieję, że mi się nie przyda!), radlera oraz małego szampana (z metalową zakrętką, chętni na pustą butelkę proszeni są o kontakt). Rozgrzewka dobrze na mnie podziałała. Początek i meta zawodów była na zamku.

Na starcie (wspólnym z biegaczami) nie zostałem jak zwykle z tyłu tylko próbowałem dogonić Kasię, która standardowo wystartowała jak rakieta. Trasa prowadziła po asfalcie, co utrudniało odpychanie się kijkami. Po około 500 metrach doszedłem do mojej ukochanej :) Wtedy spojrzałem na zegarek i zobaczyłem, że chwilowo idziemy w tempie 6:30. Trochę się przestraszyłem, że się zajedziemy na samym początku, ale zaraz potem wysunąłem się na prowadzenie i pognałem za inną zawodniczką z kijkami. Na początku pierwszego kilometra połknąłem ją. Jednak przez długi czas słyszałem jak dyszy za mną. Nie było innego wyjścia - musiałem przyspieszyć i zgubić przeciwniczkę. Udało mi się to zrobić na drugim kilometrze, gdy przez jakiś czas nie było asfaltu. Zostałem wtedy liderem wśród kijkarzy!

Natychmiast zacząłem dzielić skórę na niedźwiedziu i witać się z gąską. Po moich rozmyślaniach doszedłem do wniosku, że w końcu będę musiał napisać pierwszą relację. Zacząłem więc w głowie układać sobie plan opowieści. Udało mi się wyprzedzić dwie biegaczki, które miały z sobą telefon i puszczały głośno muzykę. To dodało mi nowych sił. Po chwili minął trzeci kilometr. Co jakiś czas kontrolowałem tempo na zegarku. O dziwo, nie słabło. Dzięki rozgrzewce nie czułem piszczeli. Na ostrym zakręcie w prawo zobaczyłem, że mam całkiem dużą przewagę nad drugą osobą. Na kolejnym zakręcie w prawo zobaczyłem też Kasię. Zbliżała się w szybkim tempie do drugiego miejsca. Czyżby więc szykował się sylwestrowy dublet Leśnych Ludków? Po jakimś czasie postanowiłem już tyle nie myśleć i zająć się maszerowaniem. Wkrótce zobaczyłem zamek i przyspieszyłem. Meta była już na wyciągnięcie ręki, należało tylko przejść przez zamek wyłożony czerwonym dywanem! Wpadłem na metę i poszedłem kibicować żonie.

Niestety, na ostatnich metrach wyraźnie osłabła, bo strata do drugiego miejsca znacznie się powiększyła. Jednak miejsce na podium - drugie wśród kobiet - to i tak duży sukces! Poszedłem pogratulować Kasi, jednak ona nie była w dobrym humorze. Okazało się, że sił miała pod dostatkiem, tylko osoba na drugim miejscu pod koniec zaczęła podbiegać i to dlatego tak jej odskoczyła. Przy okazji dostało się mojej technice, niezbyt wykorzystującej kije. Podobno na innych zawodach dostałbym sporo żółtych kartek. Musiałem odłożyć świętowanie zwycięstwa do momentu aż emocje opadną :) Wkrótce wyszliśmy na podium i odebraliśmy po szampanie. Z czasów jesteśmy bardzo zadowoleni. Ja z wynikiem netto 6:49 min/km pobiłem swój rekord, Kasia z 7:04 zanotowała jeden z lepszych występów.

Na końcu chciałbym podziękować doktorom Chrzanowskiemu, Bajerowi i Janeczko, którzy postawili mnie na nogi, oraz Kasi i Rodzicom za pomoc w dojściu do siebie. Bez nich nie byłoby dzisiejszego sukcesu!

Bangkok 2018

Relacja Bangkok Maraton

18.11.18

Start w maratonie w Bangkoku był pierwszym startem Ludków tak daleko od domu(około 8 tysięcy kilometrów!). Udział w takim biegu był moim marzeniem od dawna. Szkoda, że zrealizowałem go już jako sportowy inwalida. Zawody odbywały się w bajkowej atmosferze, start i meta były koło przepięknego pałacu królewskiego. Maratończycy wystartowali o północy, Andrzej w półmaratonie o 2.00, ja w ćwierćmaratonie o 4.30, zawodnicy na 5 km o 5.30. Temperatura powietrza wynosiła 28 stopni, a wilgotność prawie 90 procent(!!!). Na miejscu startu byliśmy o godz. 0.30, po poprzedniej nocy spędzonej w samolocie. Andrzej czekał na start półtorej godziny, ja cztery. Udało mi się zobaczyć finiszującego w świetnym czasie Andrzeja i pomaszerowałem na start. Pół godziny czekania w tłumie, przede wszystkim młodych Tajek było fajnym przeżyciem. Od początku biegło mi się całkiem dobrze, chociaż oddychałem jakby przez gorącą pieluchę w gardle. Siódmy kilometr to początek problemów. Mimo, że nogi były w porządku płuca nie dawały rady. Zwolniłem, żeby dotrzeć do mety i nie narobić kłopotu sobie i moim współtowarzyszom wyjazdu. Dotarłem do niej w ciężkim stanie(co obrazują fotki), ale żywy. Mimo fatalnego czasu(z kijkami chodziłem szybciej taki dystans!) za mną były jeszcze tysiące zawodników.

Wielki szacun dla Andrzeja za wspaniały czas w tych ciężkich warunkach. Cieszę się, że kolejny raz godnie reprezentowaliśmy Polskę i Ludki poza granicami kraju. Oczywiście spotkaliśmy sporo zawodników z Polski(gdzie nas nie ma!)

Wielkie dzięki naszym przyjaciołom Basi i Mirkowi, którzy poświęcili całą noc na kibicowanie i robienie fotek. Myślę, że nie żałują bo było warto. Dzięki Mirkowi mam fotkę ze zwycięzcą maratonu.

W listopadzie zaliczyłem trzy starty, wszystkie w miastach na B: Bełchatów, Będzin, Bangkok. Na tym zakończyłem ten rok startów.

Szkoda, że ominął nas start w Angkor(Kambodża). Rozminęliśmy się czasowo o tydzień.

Czasy i miejsca zajęte przez nas w Bangkoku:

Włodek z czasem 1.16.33 zajął 1328 miejsce na 8573 zawodników i 408 na 1855 w kategorii wiekowej.

Andrzej był 344 na 6388 zawodników i 46 na 500 w kategorii wiekowej, z czasem 1.55.40.

Bieg Mikołajkowy w Katowicach

W niedzielę wybraliśmy się z Jankiem i Zbyszkiem Paszewskim na Bieg Mikołajkowy do Katowic. Dystans 5 km, niewielki w porównaniu do tego w którym startowali dzień wcześniej Asia z Jarkiem (gratulujemy świetnych wyników).
W drodze do Katowic lało więc byliśmy pewni że zmokniemy i zmarzniemy, na szczęście podczas zawodów wyszło nawet słońce. Trasa asfaltowa, płaska,biegła w Parku Leśnym Dolinie Trzech Stawów ścieżkami rowerowymi. Przed biegiem Zbyszek Zapowiedział że złamie dzisiaj 25 min. Wyśmialiśmy go z Jankiem, ale po biegu okazało się że miał racje, 24.35 i 146 miejsce na 801 zawodników i obietnica jeszcze lepszych wyników na wiosnę. Janek w NW zajął 16 miejsce open z czasem 34.41 na 255 startujących zawodników, mnie przypadło 33 miejsce i czas 36.02. Mimo prawie 1900 zawodników i zawodniczek  startujących świetna organizacja w biurze zawodów oraz perfekcyjnie oznaczona trasa, więc impreza ogólnie udana.

Maraton Jurajski

Szczerze? Nie chce mi się pisać. Po intesywnym tygodniu leżenie w łóżku jest tym, co tygrysy (czyli ja) lubią najbardziej. Ale w końcu zaliczyliśmy półmaraton, co dawno nam sie nie przytrafiło, więc marsz do pióra. Zapisałem sie na zawody ponad miesiąc temu i chyba trochę wymusiłem na swojej połowicy podobną decyzję. Od trzech dni żałowałem tego, bo Aśka mówiła w domu tylko o tym, że zabłądzi, że nie dojdzie do mety, i że w ogóle to bez sensu. Bez sensu to było, bo nie byłiśmy przygotowani na połówkę królewskiego dystansu, ale ile głupich decyzji człowiek podejmuje w życiu? Medal za ukończenie marszu powinienem dostać już dzisiaj rano. Aśce spodobał się mój biegowy plecak, wiec od rana były podchody po niego. Jak już zgodziłem się oddać plecak, to spodobały jej się pasy biodrowe, które chciałem zabrać. Oddałem jej pasy. Maszerowałem z plecakiem. Postarszyła mnie jeszcze, że będzie do mnie dzwonić, jak zabłądzi. Tak jakbym jej mógł w lesie jakkolwiek pomóc. Start przyjąłem z nieukrywaną radością. Wszystko szło dobrze do 11 kiliometra. Tam zgubiłem trasę. Poczekałem 3,5 minuty na następnego zawodnika, ale on też nie miał pojęcia którędy do mety. Tak więc błądząc po omacku (trochę jak Karusek), ze spuszczoną głową powoli (jak u Broniewskiego), dotarłem do mety. Zamiast 21 km z kawałkiem przeszedłem ponad 22. Zgłosiłem na mecie organizatorom, że szedłem około 5 km inną, niż oni wyznaczyli trasą i powiedziałem im, że powinni mnie zdyskwalifikować, ale stwierdzili, że za dołożenie sobie kilometra nie dyskwalifikują. Mój gps pokazał ponad 22 km. Aśka dotarła do mety w bardzo dobrej formie, co mnie bardzo ucieszyło i było dobrą wróżbą na resztę dzisiejszego dnia. Nie czekaliśmy na dekorację, bo przecież w domu zostały opuszczone przez właścicieli koty. Na koniec chciałbym podziękować (ponoć to ostatnio bardzo modne): zespołom Queen, Perfect, Varius Manx oraz Małgorzacie Ostrowskiej, Edith Piaf, Arturowi Andrusowi oraz innym, którzy dzielnie mi przygrywali w czasie dzisiejszych zawodów. Słuchałem jeszcze mojej ulubionej Przeżyj to sam, choć ze względu na ostatnie zachowanie się lidera Lombardu Stróżniaka, powinienem ten utwór wyrzucić ze smarfona. Całym sercem w sporze ww z M. Ostrowską jestem po stronie tej ostatniej.

Będziński Bieg Niepodległości 2018

Będziński Bieg Niepodległości 2018

Plac Targowy pod będzińskim zamkiem był po raz drugi bazą Biegu Niepodległości. Frekwencja była niezła – 852 startujących w trzech konkurencjach. Leśne Ludki wystartowały we wszystkich. Adrian i Janek w marszu NW na 7km, Włodek i Zbyszek P. w biegu na 7 km, Andrzej w biegu na 11 km. Najtrudniej miał Andrzej, który na trasie musiał zaliczyć górę „Dorotkę”. Pozostali mieli płasko i dystans niezbyt długi. Pogoda jak w całej Polsce super, prawie lato. Przed startem odśpiewaliśmy hymn i ruszyliśmy na trasę w białych i czerwonych koszulkach(nie wszyscy). Nasi nordikowcy spisali się bardzo dobrze, Janek był 11 w open i trzeci w kategorii wiekowej, Adrian 21 w open. Zbyszek pobiegł super i zajął miejsce w jednej czwartej stawki uzyskując bardzo dobry czas. Włodek dotarł do mety w połowie stawki. Andrzej zajął 12 miejsce w kategorii najliczniej obsadzonego biegu. Nagród nie wylosowaliśmy żadnych. Za to Andrzej pobił rekord trasy Będzin – Myszków, dzięki czemu nie musieliśmy czekać na następny pociąg. 

XXII Bełchatowska Piętnastka

XXII Bełchatowska Piętnastka

04.11.2018

Bełchatowska Piętnastka to jeden z najlepszych biegów w Polsce. W tym roku wystartowałem w nim po raz dziesiąty. Niestety, już po raz drugi biegłem tylko piątkę dla „Caritasu”. Piętnastka to już za dużo dla mnie, ale piątkę pokonałem w całkiem dobrym czasie 27.28 min. i ukończyłem na 55 miejscu na 103 startujących. W kategorii wiekowej zająłem 3 miejsce – już ostatnie podium w M50, bo od 1 stycznia przechodzę do M60 (oby tylko dożyć!). Mój dobry wynik był osiągnięty na dopingu, ale nie takim jak sądzicie. Po prostu na drugim kilometrze dołączyła do mnie dwudziestoletnia blondynka z Zelowa, Paulina. Biegliśmy razem niemal do mety i trudno było w takim towarzystwie biec wolno. Szkoda, że byłem jedynym Ludkiem startującym w tym biegu, bo Renia oprócz kibicowania zawsze wszystkich przyjmuje po staropolsku - jadła i napojów nie brakuje! Dzięki również pozostałym kibicom: Pawłowi (za super fotoreportaż) oraz Gosi, Anicie, Asi, Oliwce, Kubie.