Relacje z zawodów

Bieg Mikołajkowy 2016

Sprawcą wyjazdu Ludków na Bieg Mikołajkowy w Dolinie Trzech Stawów był Adrian, który zachęcił mnie do tego startu. Mimo pewnych problemów z dojazdem dotarliśmy na miejsce startu z dużym zapasem czasowym. Towarzyszyła nam Renia Sukiennik z Zabieganych. Startowaliśmy przy fajnej pogodzie ( lekki mrozik wcale nie przeszkadzał ). Adrian maszerował z kijkami na dystansie 5 km ( jedna pętla ) z całkiem dobrym efektem ( 20 miejsce ). Renia i ja pokonywaliśmy dyszkę razem z całym tłumem biegaczy. Startował z nami, a wcześniej prowadził rozgrzewkę sam Robert Korzeniowski, czterokrotny mistrz olimpijski. Biegło mi się nieźle, ale przebijanie się przez tłum „caritasów” na wąskich alejkach parkowych zajęło sporo czasu. Dotarłem jakoś do mety, Renia również. W nagrodę był medal, bułka i gorący napój. Szatnia w samochodzie Adriana bardzo się przydała.

Jak co roku w Blachowni

Ostatnia niedziela listopada to tradycyjny obowiązek wizyty w gościnnej Blachowni. Jackowi Chudemu się nie odmawia i Ludki w mocnym składzie wzięły udział w przyjacielskim spotkaniu.  Oprócz nas i gospodarzy były liczne ekipy Zabieganych Częstochowa i NGB Kłobuck. Trasa około 4.5 km (dwie pętelki) nie wyczerpała nas zbytnio. Ale Ludki zaszalały: zwycięstwo Łukasza w biegu oraz Kasi (oddała swoją nagrodę Urszuli) i Adriana w Nordic Walkinng świadczy o sile naszej drużyny. Tylko Włodek i Sławek bez sukcesów. Jacek uhonorował zaprzyjaźnione kluby pamiątkowymi tabliczkami. Poczęstunek przy ognisku bardzo pożywny i niemal bez ograniczeń. Napojów również nie brakowało. Obyśmy za rok znowu mogli podsumować sezon w Blachowni.

Bełchatów 2016

Start w Bełchatowskiej Piętnastce jest dla Ludków, a szczególnie dla mnie, tradycją od ośmiu lat. Po raz pierwszy zostałem sam na placu boju. Za to kibice jak zawsze w Bełchatowie dopisali. Ustanowili trudny do pobicia rekord kibicujących na jednego startującego Ludka – 9 ( ! ) osób, w tym aż sześć super dziewczyn. A jeszcze troje kibiców było w rezerwie. Cudowna jesienna pogoda sprzyjała bieganiu i kibicowaniu. Jubileusz  XX biegu został uczczony rekordem startujących – zawody ukończyło 1066 osób ! Mimo iż moje próby biegania wyglądają ostatnio dramatycznie udało mi się wyprzedzić niemal trzysta osób. Równe tempo biegu utrzymałem niemal przez cały dystans, chociaż od połowy trasy było już ciężko. Ale kibice mobilizowali do wysiłku i metę osiągnąłem w niezłej formie, co widać na fotkach. Każdy uczestnik oprócz medalu otrzymał jak zawsze fajny prezent. Tym razem był to plecak, który na pewno przyda się na rowerowe wycieczki i nie tylko. Po biegu jak zawsze gościna u Renaty i do zobaczenia za rok.

Półmaraton w Erewaniu

Półmaraton w Erewaniu przebiegliśmy z Andrzejem wykorzystując nasz wyjazd z kolegami do Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu. Termin biegu „wstrzelił” się w jedyny weekend, który tam byliśmy. Wpisowe (około 75 zł) jest na poziomie naszych półmaratonów. W jego ramach dostaliśmy koszulkę i worek reklamowy w kolorze sponsora biegu, czyli Coca Coli. Na Pasta Party najedliśmy się do syta różnych makaronów. Podczas odbierania numerów startowych okazało się że moje zgłoszenie gdzieś się zagubiło. Na szczęście Andrzej przezornie wydrukował potwierdzenie i dali mi inny numer. Na miejsce startu, znajdujące się nieopodal Placu Republiki, mieliśmy kilka minut spaceru z naszej kwatery. Udaliśmy się tam z  czwórką naszych towarzyszy wyjazdu Basią, Agnieszką, Mirkiem i Andrzejem. Po zrobieniu pamiątkowych fotek ruszyliśmy na trasę wraz z biegaczami startującymi na 5 i 10 km. We wszystkich biegach wystartowało troszkę ponad tysiąc zawodników. Po przebiegnięciu niecałych 2 km pojawili się zawodnicy biegnący na 5 km. Biegli naprzeciw nas bez żadnego wydzielonego pasa jezdni! Żadnego zderzenia nie widziałem, ale bezpieczne to nie było. Pierwsze 6 km było dosyć płaskie, ale po minięciu stadionu (nad którym rozpościerał się widok na słynną górę Ararat, znajdującą się na terenie Turcji) zaczęły się podbiegi i zbiegi. Od 9 do 12 km cały czas wspinaliśmy się pod górę. Przechodziłem na tym odcinku spory kryzys. Jak zobaczyłem biegnącego już z powrotem Andrzeja zmobilizowałem się i w miarę nieźle doczłapałem  do końca podbiegu. Po nawrocie na 11.7 km przez kilka kilometrów biegliśmy z górki. Złapałem wiatr w żagle i zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników. Nie było to łatwe bo odległości były już spore. Nawet kolano nie bolało zbyt mocno. Niestety, na 19 kilometrze (po obiegnięciu stadionu z drugiej strony) pojawił się spory, kilkusetmetrowy podbieg. Wykończył mnie niemal całkowicie. W nagrodę na jego szczycie można było podziwiać piękne werblistki stojące po obu stronach ulicy i przygrywające biegaczom. Ostatnie dwa kilometry pokonałem z wielkim trudem. Finiszowałem z biało czerwoną flagą nad głową, podobnie jak 15 i pól minuty wcześniej Andrzej. Przebiegł on trudna trasę w świetnym czasie 1.48,03 godz. i zajął 98 miejsce na około trzystu startujących a pierwsze (!) w kategorii wiekowej. Ja byłem 181 i trzeci (!) w naszej kategorii. Po biegu odstaliśmy ponad pół godziny w kolejce do fotoautomatu żeby pstryknąć sobie kilka fotek (za darmo). Na mecie dawali medal, wodę i banana (dla mnie brakło).
   Organizacja biegu była na przyzwoitym poziomie, ale kibiców na trasie bardzo mało. Za to ci, którzy byli dopingowali nas bardzo serdecznie. Pogoda super, słoneczko, chłodny wiatr nie pozwalał się za bardzo spocić. Ciekawostką byli pacemakerzy, którzy biegli na czasy np. 1.29, 1.39, 1.49 godziny, a nie jak u nas na 1.30, 1.40, 1.50 godziny.

Bieg Rodzinny w Częstochowie

W niedzielę 11 września Leśne ludki startowały w biegu Rodzinnym Zabieganych w Częstochowie.Zawodnicy obsadzili wszystkie możliwe konkurencje.Sławek i Zbyszek biegli na dystansie 3 km. Adrian poszedł z kijami również na 3 km. Agnieszka postanowiła wystąpić w biegu z siatami na obcasach. Okazało się że rodzina Błaszczyków była najliczniejsza na tych zawodach, a Adrian jakimś cudem  w NW był trzeci.

Przełaj Bałtyk 2016

Relacje z kilku ostatnich marszów nordic walking z udziałem Ludków, to niemal zawsze standard: maszeruje czterech chłopów, a pilnuje ich i robi fotki Agnieszka Błaszczyk. Ta czwórka to Kamil i Adrian Błaszczyk, Zyga Pasek i ja. W częstochowskim Lisińcu było oczywiście, jak to u Zabieganych, perfekcyjnie. Trasa urozmaicona, pogoda ładna, dziewczyny podające wodę jeszcze ładniejsze, nagród sporo. Z Ludków nagrodę wylosował tylko Zyga, bo podium to były tym razem za wysokie progi. Miejsca w pierwszej dziesiątce kategorii musiały nas wszystkich zadowolić.

XXXVIII Maraton Warszawski - Warszawa, 25 września 2016

Ostatnia część mojej biegowej pielgrzymki po trzech historycznych stolicach Polski zakończyła się w Warszawie. Znowu jak w Gnieźnie sentymentalny powrót po 29 latach na Maraton Warszawski (dawniej Maraton Pokoju). Tydzień od biegu w Gnieźnie zleciał błyskawicznie i już musiałem pakować sprzęt na wyjazd do Warszawy. Tym razem w wyjeździe towarzyszyła mi Gosia, podobnie jak rok temu w Berlinie. Do stolicy dotarliśmy bezproblemowo, nocleg podobnie jak w Gnieźnie w samym centrum miasta, ale znaleźć go nie było łatwo. Biuro Zawodów znajdowało się na torze wyścigów konnych Służewiec, co wiązało się z wycieczką tramwajową po Warszawie. Pasta party za 15 zł było postne, musieliśmy dojeść swojego jedzenia, żeby nie głodować. Potem powrót do centrum i marsz nad Wisłę ulicą Świętokrzyską. Wieczorne fotki z Syrenką na tle Stadionu Narodowego i powrót do hotelu. Rano wczesna pobudka, lekkie śniadanko i marsz z tobołami na start. Plecaki oddaliśmy do wielkich ciężarówek i udaliśmy się na start na Krakowskim Przedmieściu. Linię startu wyznaczono naprzeciw bramy Uniwersytetu Warszawskiego, który w bieżącym roku obchodzi 200. rocznicę utworzenia. Trochę bezczelnie ruszyłem na trasę nie ze swojej strefy, bo nie chciało mi się wracać kilkaset metrów do tyłu. Starałem się nie przeszkadzać w wyprzedzaniu mnie biegnąc tuż przy krawężniku. Tempo było niemal idealne do założonego i wypracowanego na treningach. Chociaż te nie były zbyt solidne, to po biegu w Gnieźnie liczyłem na czas poniżej 5 godzin. Do 17. km bieg był samą przyjemnością – nawet oddech nie był zbyt szybki. Ale nagle kolano zaczęło boleć i tempo nieznacznie spadło. Przez kilka kilometrów walczyłem o powrót do normalności, ale pod koniec trzeciej dziesiątki bieg był niemal niemożliwy. Żeby ukończyć maraton musiałem przejść do niezbyt szybkiego marszu. Każda próba lekkiego biegu lub szybszego marszu powodowała silny ból kolana. Musiałem pogodzić się z tym, że (podobnie jak w Krakowie) ukończę maraton maszerując, w czasie grubo powyżej 5 godzin. Jedynym pozytywem była możliwość dokładnego zwiedzenia dużej części Warszawy. Trasa maratonu prowadziła przez Nowy Świat, Plac Trzech Krzyży, Aleje Ujazdowskie, Plac Unii Lubelskiej, Indiry Gandhi. Na 21. km wbiegliśmy do Łazienek Królewskich, potem ul. Rozbrat do Mostu Świętokrzyskiego (25. km), który pokonaliśmy mijając po prawej stronie Syrenkę Warszawską i Stadion Narodowy. Po niecałych 5 km biegu po prawobrzeżnej części stolicy wróciliśmy na jej lewobrzeżną część Mostem Gdańskim. Zaraz za mostem czekała Gosia, która straciła już nadzieję, że mnie zobaczy. Fotka, duży łyk eliksiru, info, że prędko na metę nie dotrę i maszeruję dalej. Potem pokonywanie ulic naszych wieszczów Mickiewicza i Krasińskiego, a na 38. km powrót nad Wisłę. Ostatnie prawie 5 km to pokonywanie dystansu wzdłuż naszej królowej rzek do mety na Wybrzeżu Gdańskim. Czas masakryczny 5h16'48'': „pobiłem” rekord z Krakowa o prawie 10 minut (oczywiście w długości pokonywania dystansu maratonu). Medal na mecie wynagrodził całą mordęgę. Udało mi się jakoś umyć zawartością butelki 0.7 l wody i nawet miałem apetyt na jedzenie. A porcje można było brać niemal bez ograniczeń, kibice też korzystali. Małe piwko bezalkoholowe tylko jedno dawali. Pocieszyłem się czymś innym i po zrobieniu fotek ruszyliśmy do metra, a potem autokarem do domu. Po drodze analizowałem przyczyny tak marnego zakończenia mojej kariery maratońskiej. Ale ku pokrzepieniu serca wyliczyłem, że mój rekordowy czas z Maratonu Pokoju z 1986 roku - 3h01'35'' (wtedy zająłem 197. miejsce na 1846, którzy ukończyli, co daje lokatę wśród 10,7% najszybszych biegaczy) w tym roku pozwoliłby mi na zajęcie 179. (!!!) miejsca na 5924, którzy ukończyli, co daje lokatę wśród 3,0% najszybszych biegaczy. Świadczy to o tym, że poziom czołówki maratończyków był w latach 80. ubiegłego wieku bardzo wysoki, a Krzysiek i ja biegaliśmy naprawdę dobrze. Ale dość tych pięknych wspomnień, reszta przy innej okazji.

XXXIX Bieg Lechitów - Gniezno, 18 wrzesień 2016

Bieg Lechitów jest najstarszym biegiem długodystansowym w Polsce. Po raz pierwszy odbył się w 1978 roku. Ja debiutowałem w nim trzy lata później i do 1986 roku wystartowałem pięć razy, z przerwą w 1983 roku, kiedy na początku września pomaszerowałem do wojska. Bieg rozgrywany jest zawsze we wrześniu, więc nie było szansy by wystartować. Po trzydziestu latach, w ramach drugiej części tryptyku z okazji rocznicy 1050-lecia chrztu Polski, wróciłem do Gniezna by przebiec półmaraton. Pierwsza stolica Polski prezentuje się okazale i może poszczycić się najstarszą katedrą w naszym kraju. Na placu św. Wojciecha przy katedrze znajduje się meta Biegu Lechitów. Na start zawodnicy jadą autokarami do Lednicy. Tam z bramy muzeum pierwszych Piastów ruszają w kierunku Gniezna. Przed startem wszyscy zawodnicy za darmo zwiedzają to muzeum, co i mnie się udało. Tradycją tego biegu jest, że niemal zawsze wieje przeciwny do kierunku biegu wiatr. Tak też było w bieżącym roku, zimny silny wiatr porywał czapki i momentami zrzucał nas z drogi. Czułem się dobrze i po kilku kilometrach zanosiło się na czas poniżej 2 godzin. Niestety, musiałem trochę zwolnić, bo wietrzysko dawało się we znaki. Na 9. kilometrze dogoniła mnie grupa biegnąca na 2 godz. i 5 min. Przyłączyłem się do nich i dociągnąłem do 17 km, mimo problemów na podbiegach (trasa biegu jest cały czas falista, ciągłe zbiegi i podbiegi są dość męczące). Miałem jeszcze trochę sił więc przyspieszyłem, dzięki czemu udało się uzyskać czas 2h03'26''. Końcówka była dość trudna, ale doczłapałem do mety pod katedrą. Po biegu pojadłem solidnie, bo chlebek z pysznym smalcem był bez ograniczeń, a do tego kiełbaska i drożdżówki. Wzmocniłem się dobrym piwkiem i po odpoczynku w pokoju (zapłaciłem za dobę a mieszkałem półtorej) ruszyłem na końcowe zwiedzanie starego miasta i nocną podróż do domu.

PS. Jeżeli chodzi o gadżety, to było ich sporo: fajny medal, koszulka z długim rękawem, kufel i deska do krajania. Organizacja zawodów perfekcyjna pod każdym względem, warto pojechać za rok na jubileuszowy 40. bieg. W tym roku liczba uczestników wzrosła o 57 procent, osiągając liczbę 2242.

VI runda VI Jurajskiego Pucharu Nordic Walking - Mstów, 11 września 2016

Gmina Mstów była w bieżącym roku gospodarzem ostatniej rundy JPNW. Tradycyjnie wrzesień to święto owoców. W poprzednim roku królowały jabłka, tym razem uczestników zawodów witały śliwki. Udało mi się zdobyć ich sporą ilość – śliwowica będzie na pewno wyśmienita. Ale najważniejsze były zawody sportowe. Ludki tym razem reprezentowały same chłopy (w bardzo różnym wieku). Ze względu na spory upał organizatorzy skrócili trasę marszu do niecałych 4 km, co było bardzo rozsądną decyzją. Kolejności na mecie to za wiele nie zmieniło, a oszczędziło mordęgi wszystkim zawodnikom. Ludki wypadły rewelacyjnie, ponieważ czterech zawodników stawało sześć (!!!) razy na podium. Zygmunt i Kamil po dwa razy, a Adrian i Włodek po jednym razie. Wiązało się to z podsumowaniem całego cyklu Pucharu, na zakończenie którego jest wiele ciekawych kategorii. Tym razem fotki robił brat Adriana, który również nieoficjalnie przemaszerował trasę zawodów, razem z Kamilem.

Pokonaj Focha - Skawina, 18 września 2016

Startując wiosną w Skawinie Kasia opowiadała o ciekawej imprezie organizowanej we wrześniu w tym mieście. Impreza nazywała Pokonaj Focha i obejmowała zawody biegowe, rowerowe i rolkowe. Zaciekawiło mnie to  bo zapowiadało się coś innego, niż tylko bieganie.  Gdy tylko pojawił się termin na Maratonach Polskich tak ustawiałem swoje zajęcia aby móc pojechać na zawody. Można było wybrać jedną konkurencję albo wystartować we wszystkich trzech. Wybrałem oczywiście trójbój. Zawody miały się odbyć w niedzielę 18 września w dzielnicy Skawiny - Kopanka na terenie Skawińskiego Obszaru Gospodarczego. Dzień wcześniej nieźle lało i obawiałem się o pogodę nazajutrz. Niedziela od rana była zachmurzona i niezbyt ciepła – około 13 stopni. Temperatura na zawody niezła, byle znowu nie popadało.  Po przyjeździe na miejsce pobrałem numer, a w zasadzie trzy numery startowe ( osobny na każdą konkurencję). Start i meta znajdowały się około 500 m od parkingu, ale również w okolicach startu usytuowano depozyt rzeczy i odrębny depozyt rowerów. Było to istotne aby szybko po ukończeniu każdej konkurencji można było się przygotować do następnej. Do zawodów również zapisał się Bolek Michałowski, który zjawił się wkrótce po mnie. Jako osobiści kibice zjawił się Marek Nędza z dwoma synami. O godz. 13.00 nastąpił start do biegu rolkowego. Do pokonania było 6 okrążeń po około 1800 m. Trasa była prawie płaska i – co istotne – asfalt w dobrym stanie. Udało mi się nie zająć ostatniego miejsca i bez przeszkód dotarłem do mety. Teraz czas na przebranie – o 14.15 start na 10 km trasę rowerową . Złożyły się na nią dwie pętle po 5 km. Tutaj było kilka podjazdów i zjazdów.  O 15.20 ruszyli na tą samą trasę biegacze. Tutaj do pokonania był jedna lub dwie pętle. Część biegaczy zapisało się na 10 km ale do trójboju liczył się dystans 5 km. W międzyczasie zjawiła się Kasia i żywiołowo mnie dopingowała. O ile w części rolkowej i rowerowej na miejsca w czołówce nie mogłem liczyć – kwestia sprzętu i treningu – to w biegu poszło nieźle. Otarłem się nawet o podium – IV miejsce w kategorii wiekowej.  Mimo, że w sumie w całych zawodach wzięło udział kilkaset osób – trójbój ukończyło tylko 30. Zająłem zaszczytne 24 miejsce. Aura była łaskawa – całe zawody odbyły się bez deszczu. Po dekoracjach było losowanie nagród – w tym dwa rowery – ale tym razem nie miałem szczęścia. Impreza zorganizowana perfekcyjnie. Za stosunkowo niską opłatę – 55 zł – wziąłem udział w trzech zawodach. Za każde z nich dostałem medal. Do tego super posiłek , doskonała organizacja logistyczna. Za rok wracam aby poprawić wynik.

43. BMW Berlin Marathon - Berlin, 24 września 2016

Maraton Berlin. I – jak w dawnej polskiej reklamie – wszystko jasne. To tutaj w 2007 zrobiłem życiówkę – nie pobitą do dzisiaj. Wówczas był to dopiero mój drugi maraton. Przystępowałem wtedy do niego z wielkimi obawami. Powodował to z wynik i przebieg mojego pierwszego maratonu. I teraz również miałem wielkie obawy jak to będzie spróbować jeszcze raz – tym razem na rolkach. Decyzję o starcie powziąłem po – jak na debiut udanym – starcie w maratonie w Krakowie. Stwierdziłem wówczas, iż wypełniłem minimum kwalifikacyjne i mogę jechać. Na szczęście tutaj – nie jak w maratonie klasycznym – nie trzeba było brać udziału w losowaniu. Opłaciłem startowe i czekałem na wrzesień. Udało mi się namówić na wyjazd Jarka Gałązkę. W jego towarzystwie poczułem się pewniej, wiedziałem, że jakby co – przygoda w Zgorzelcu – będę mógł liczyć na pomoc. Wyjechaliśmy o 4.00 by o 10.00 odbierać pakiet startowy. I tak historia moich startów w dniu 24. 09.2016 zatoczyła koło. Znów byłem w Berlinie. Przejazd minął na błyskawicznie. Z dojazdem do Expo też nie było kłopotów. Zaparkowaliśmy w pobliskiej, ślepej uliczce. Po odebraniu numeru startowego oraz pakietu – dużo powiedziane – gąbka, żel pod prysznic i makulatura reklamowa – następne dwie godziny łaziliśmy po targach. Później kawa, kanapki, izotoniczne piwo bezalkoholowe i około 13.00 udaliśmy się na odległy 2 km start pod Bramą Brandenburską. Pogoda idealna: bez opadów, temperatura około 20 stopni. Do strefy depozytów Jarka nie wpuścili – czekał na mnie koło mojej strefy startowej. Założyłem sprzęt i ok. 15.00 udałem się na start. Po drugiej stronie barierki czekał Jarek, który dodawał mi ostatnich słów otuchy. O 15.30 ruszyła elita, a potem co dwie minuty kolejne strefy. Ruszyłem i ja. Asfalt był super, jechało mi się nieźle. Po kilku kilometrach zaczęli mnie dochodzić, a raczej dojeżdżać zawodnicy z następnej strefy. Ale nie było tłoku. Najszybsi byli już daleko z przodu. Trasa, początkowo niezła w miarę upływu czasu zaczęła się pogarszać. Koleiny, łaty, tory tramwajowe powodowały spowolnienie. Z czasem zaczęło dawać znać zmęczenie. Dodatkowo deprymująco wpływały na mnie liczne upadki i częste interwencje karetek. Po połówce – raz ze zmęczenia, dwa z powodu zwracania większej uwagi na trasę – jechałem trochę wolniej. Nie miałem zegarka, ale nie najważniejszy był czas, ale dojechanie bez uszczerbku. Miałem kilka momentów na granicy wywrotki ale nie doszło do tego. Ostatnie kilometry pokonałem w dobrym tempie. Przejazd pod Bramą i meta. Medal, folia, owoce i – bez ograniczeń - bezalkoholowe piwo. Po odebraniu depozytu udałem się do wyjścia gdzie czekał na mnie Jarek. Udało mi się poprawić Kraków – czas 2.12.54. Nawet nie byłem zmęczony. Spacer do auta i powrót do domu. I tak w prawie 10 rocznicę moich startów – buty biegowe założyłem 3.10.2006 – ponownie poczułem maratońskie endorfiny. Nie ważne, że tym razem na rolkach. Lubię zmiany, lubię szukać czegoś nowego. Nie wiem czy dalej będę się skłaniał w stronę rolek czy w stronę biegania, czy będę się starał pogodzić obie dyscypliny. Wiem jedno – za rok tu wracam aby znowu to przeżyć, aby poprawić wynik. Dzięki Jarku za wspólny wyjazd.