Relacje z zawodów

Pólmaraton w Dąbrowie Górniczej

Po kilkuletniej nieobecności ponownie wystartowałem 8.04.2018 w półmaratonie w Dąbrowie Górniczej. Tradycyjnie razem z Markiem, który w tej imprezie ma więcej startów niż ja. I jak w większości startów w tym biegu był ten sam dylemat: jak przebiec w sobotę dyszkę w Częstochowie aby dać radę w niedzielę w Dąbrowie Górniczej. I mimo, iż obiecywałem sobie aby start w Częstochowie potraktować na luzie to w niedzielę czułem go w nogach. Do Dąbrowy wyruszyliśmy o godz. 8.00. Na miejscu udało się nam znaleźć miejsce do zaparkowania i bez kolejki odebraliśmy pakiety startowe. O 9.45 wyruszyliśmy podstawionymi przez organizatora autobusami na start do Ujejsca. Na miejscu krótka rozgrzewka i przy akompaniamencie orkiestry górniczej ruszyliśmy o 11.00 do boju. Pierwsze cztery kilometry to prawie cały czas lekko z górki do Pogorii nr 4. Potem kilka kilometrów wokół jeziora do Pogorii nr 3. Słońce nieźle grzało jak na początek kwietnia ale na szczęście chłodziła nas bryza od obu jezior. Cały czas płasko. Trzymaliśmy tempo na 1.50. Podbiegi dopiero na ostatniej ćwiartce biegu. Początkowy ból nóg związany z sobotnim biegiem minął bo zastąpił go nowy, niedzielny. Na około 12 km Marek zaczął narzekać na ból uda i zwolnił nie chcąc nabawić się kontuzji. Ja załapałem się do pociągu z balonami na 1.50. Temperatura zaczęła rosnąć, zniknęła bryza. I pierwszy podbieg nad torami. Potem trochę płasko, zbieg do Redenu i kilkusetmetrowy podbieg do parku. Tam już tylko ostatni kilometr po alejkach parkowych. Udało mi się dobiec minutę przed grupą na 1.50. Marek był kilka minut za mną – na szczęście bez urazów. Na miejscu tradycyjna kranówa w oryginalnych butelkach i gorący posiłek. Jak zawsze świetna organizacja, medal z kolorowym akcentem.

I runda VIII JPNW

Na Jurajskim Pucharze w Olsztynie wystąpiłem jako kibic i fotoreporter Janka i Zygmunta. Nasi dzielni seniorzy walczyli jak lwy na bardzo trudnej trasie pod olsztyńskim zamkiem. Dwie pętle dały wszystkim w kość. Ale ogoda super, słoneczko i chłodny wiaterek. Janek był drugi w kategorii wiekowej, Zygmunt trochę dalej. Nieszczęściem Janka w Jurajskim jest Krzara, który blokuje mu drogę do zwycięstw w kategorii. Szacun dla naszego wielkiego przyjaciela Krzary, który po wczorajszym duatlonie w Biegu Częstochowskim (10 km rower plus 10 km bieg) tak świetnie maszerował. Dzięki roli kibica miałem okazję obejrzeć walkę czołówki nordikowców z innej perspektywy.

X Bieg Częstochowski

Relacja z X Biegu Częstochowskiego dotyczy tylko mojego w nim startu. Ludków startowało teoretycznie sporo, ale po przejrzeniu listy wyników mam spore wątpliwości co do tożsamości kilku z nich. Liczę, że pozostałe, prawdziwe Ludki napiszą swoje wrażenia z tego pięknego biegu. Jubileusz Biegu Częstochowskiego był również moim jubileuszem. Jako jeden z 41 zawodników wystartowałem we wszystkich biegach (Andrzejowi zabrakło startu z 2010 roku). Tylko ze względu na ten jubileusz spróbowałem pokonać wymagającą trasę tych zawodów. Piszę „pokonać” bo o bieganiu nie mogło być mowy. Od udanego startu w Bochni spotykają mnie same plagi. Najpierw przeziębienie i dwa tygodnie bez ruszania się, potem uraz pośladka prawej nogi podczas Biegu z Jajami w Lublińcu. Stojąc na starcie zastanawiałem się czy przetrwam chociaż jeden kilometr. Ból obydwu nóg nie pozwalał na nic oprócz czołgania się po trasie. Każdy kilometr bliżej mety to był wielki sukces. Jak dotarłem na ostatnią prostą w III Alei NMP byłem pewny, że chociażby na czworakach ale metę osiągnę. Ukończenie tej dyszki jest większym sukcesem od wielu moich rekordów. Start w takim stanie zdrowia był głupotą, ale nigdy bym sobie nie darował, że nie powalczyłem. Nie byłem ostatni, wielu zdrowych było za mną, w limicie czasu się zmieściłem. Organizacja imprezy jak zawsze u Zabieganych perfekcyjna. Medal, koszulka, plecak bardzo fajne. Ja dostałem dodatkowo woreczek reklamowy Calypso z ręcznikiem. Zamknąłem piękną historię, bo pewnie już nie wystartuję w tym kultowym już biegu. Ale jak to będzie życie pokaże. Dziękuję Agnieszce i Adrianowi Błaszczykom za gościnę udzieloną Ludkom. Spotkanie nowych władz klubu było bardzo owocne. Podziękowania również dla kibiców za wsparcie na trasie.

Maraton nocny w Ostrawie

Prawie dokładnie 3 lata minęło od mojego ostatniego maratonu z buta. Styczeń, luty i połowę marca przepracowałem dość intensywnie między innymi dzięki kilku niedzielnym 20-sto kilometrowym wybieganiom wykonanym wspólnie z Markiem Cebulą. To i dodatkowo przebiegnięty w Bochni prawie maraton spowodowały, iż zapragnąłem sprawdzić się na tym królewskim dystansie. Zacząłem szukać na Maratonach Polskich i wybór padł na Ostrawę. 24 marca miał się tam odbyć maraton nocny organizowany po raz drugi. Na wybór wpłynęło kilka czynników. Bliska odległość – 155 km, niewielka opłata startowa – 250 koron, inna formuła – noc oraz 12 pętli po 3,5 km. Pomyślałem, że gdybym nie mógł dać rady to bieg zakończę na którymś z kolei okrążeniu. Obawa o swoją formę i aktualne możliwości spowodowały, iż nie powiedziałem nikomu o swoich planach. Jeżeli by się udało – byłoby super, a jeżeli musiałbym zejść wcześniej to nie musiałbym się wstydzić. Wysłałem meilowe zgłoszenie i w sobotę ok 19.00 pojechałem. Przybyłem na godz 21.00. Biuro zawodów miało być w Wagon Club. Na miejscu okazało się, że to … pub. Za barem był mały pokoik gdzie przyjmowano zgłoszenia. Numer startowy – materiałowy na tasiemkach z przodu i tyłu jak na Biegu Piastów – można sobie było wybrać. Obok mojego auta zaparkowało jeszcze 3 z Polski co razem dało około 5 zawodników z naszego kraju. Start miał się obyć o godz. 22.00. Na miejscu startu zostawiłem reklamówkę z napojami i batonami. Całą grupę – około 35 osób ustawiono ok. 200 m przed linią mety tak aby osiągnąć dystans pełnego maratonu. W przed startowych przemyśleniach długo zastanawiałem się na jaki czas, w jakim tempie biec. Założyłem iż powinienem zmieścić się w 4 godzinach czyli okrążenie – 3,5 km - w 20 minut, 3 w godzinę i 12 w 4 godziny. Temperatura była ok. 0 stopni, wiał – jak się potem okazało na trasie – wiatr raz w plecy, a raz w twarz. Ruszyliśmy. Najpierw lekko pod górę, potem ponad kilometrowy zbieg a potem góra, dół – na zmianę. Na szczęście – cenne zwłaszcza na ostatnich okrążeniach – podbiegi jak i zbiegi były łagodne. Pierwsze trzy okrążenia pokonałem w 57 min, czyli lepiej niż zakładałem. Po połowie dystansu miałem ok 5 min zapasu do planu. Na każdym okrążeniu piłem bądź jadłem batony albo wystawione przez organizatorów banany, rodzynki i ciepłą herbatę. Udało mi się zdublować kilku zawodników. Natomiast mnie na całym dystansie zdublował tylko jeden. No ale potem zaczęły się schody. Skarpety uciskowe robiły swoje jeśli chodzi łydki ale uda coraz bardziej zaczęły boleć. Zaoszczędzony czas zaczął topnieć. Mimo to udało mi się wyprzedzić jeszcze kilku zawodników. Na mecie stał jeden z organizatorów, który każdemu ręcznie zapisywał okrążenia i czasy. Jakże bosko brzmiał jego głos kiedy krzyknął do mnie: Ostatnie! Wpadam na metę wyłączam garmina i patrzę na czas: 4.00.00. Sędzia też krzyczy do mnie: Równo 4.00. Ale mówiąc szczerze czas nie był dla mnie najważniejszy. Marzyłem tylko aby gdzieś usiąść. Zapytałem tylko jeszcze o miejsce – i tu niespodzianka: Jesteś piąty! Coś niesamowitego. Odebrałem jeszcze symboliczny medal i czas do domu. W tym momencie zaczęły mnie brać skurcze, ale jakoś doszedłem do auta i bez przebierania ruszyłem w drogę powrotną. Była 2.00 a w zasadzie po zmianie czasu 3.00 godzina. W domu byłem na 5.00. Za długo nie pospałem, bo o 10.00 ostatnie zawody w Planicy. Najbliższe dni pokażą jak zniosły to moje nogi. Osobiście jestem niesamowicie zadowolony. Organizacja skromna, ale było niezwykle sympatycznie, towarzysko i przyjaźnie.

II Bieg Charytatywny - Jaroszów, 5 lutego 2017

Charytatywny bieg w Jaroszowie

W tym roku w dniu 11.02 już po raz trzeci Leśne Ludki wzięły udział w charytatywnym biegu w Jaroszowie. Tym razem klub reprezentowali: Janek, Jarek Gałązka i Andrzej. Dystans jak zwykle  - do wyboru - to 5 lub 10 km biegu lub Nordic Walking. Ja z Jarkiem ruszyliśmy z buta na dychę, a Janek z kijami na piątkę. Było zimno, ale tylko kilka stopni poniżej zera, trochę śniegu i lodu na trasie. Biegło nam się dobrze, bez niespodzianek. Trzeba było uważać gdzie stawić nogi gdyż dwa lata temu boleśnie zliczyłem glebę. Na mecie czekał nas gorący posiłek i pyszne ciasta. Tradycyjnie wsparliśmy chorych maluszków. Cała nasza trójka miała szczęście w losowaniu. Wylosowaliśmy wejściówkę do muzeum w Żarkach, na imprezę w myszkowskim MDK i kurs dietetyczny. I chociaż nie było żadnego podium - największe szanse miał Janek, ale był prawie cały klub z Janowa - udział w tak szlachetnej imprezie sprawił nam wielką satysfakcję.

Bochnia 2018 - Andrzej

5 lat czekałem, ale się doczekałem. Znów zjeżdżamy w podziemia. Prawie dwa dni odcięci od świata zewnętrznego. Ale za to w jakim towarzystwie, w jakiej atmosferze. Nic nie może się równać z 12 godzinnym podziemnym biegiem sztafetowym w Bochni. Tego, że nas w tym roku wylosują byłem pewny w ... 90%. Szkoda, że nie udało się drugiej drużynie - to byłaby frajda gdyby 8 Leśnych biegało razem. Ale trudno - jedziemy tylko my. Marek pierwszy raz, ja z Włodkiem i Łukaszem  już po raz kolejny. Do Bochni dotarliśmy około 20.15. Kolejka do zjazdu nawet nie była długa i już po kilkunastu minutach zjeżdżaliśmy w głąb. Udało nam się znaleźć przytulne, piętrowe łóżka i odebraliśmy numery startowe. Tym razem przypadł nam numer 65, ostatni. Pocieszaliśmy się, iż przyznano nam go nie ze względu na średnią wieku ale na pierwszą literę nazwy klubu - ostatnią wśród drużyn startujących. Po pięciu latach nieobecności zaszło trochę zmian. Odnowiono toalety, zmieniono układ  części sypialnej i zmniejszono ilość ... pryszniców. Posiedzieliśmy trochę uzupełniając białko i umiarkowanie się nawadniając. Potem spanie. Dzięki zatyczkom udało mi się trochę pospać. Rano zjedliśmy śniadanie i omówiliśmy plan zmian. Zaczyna Marek - jako nowicjusz, potem ja, Sławek i Włodek. Każdy po jednym kółku. I dopóki się da, to trzymamy ten system. Dwie lub trzy minuty po 10 zaczęło się. Tempo było niezłe, każdy kolejne okrążenia biegł w równym, odpowiednim dla siebie czasie. Po ok 4 godzinach stwierdziliśmy, że czas schodzić na posiłek. Pierwszy zjechał Marek, potem ja, Sławek i Włodek. Polegało to na tym, iż jedzący miał jedną zmianę wolną. Włodek zaczął odczuwać dolegliwości związane z kolanem i żołądkiem. W czasie swojej przerwy nie jadł posiłku ale wypoczął, co przydało się w następnych zmianach. W miarę upływu czasu tempo zaczęło nieznacznie spadać. Oczywiście nie dotyczyło to Łukasza, który wykonał dwa najszybsze okrążenia w historii startów Ludków w Bochni. Zaczęło narastać zmęczenie. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego Włodek jechał z taka obawą. Po prostu ma lepszą pamięć od mnie. Ja już zapomniałem jak jest ciężko na ostatnich okrążeniach. Ale daliśmy radę. Ostatnie kółko biegł Łukasz i sygnał kończący bieg zastał mnie w kolejce po prysznica. Marek był już po a wkrótce zjawili się chłopaki i w miarę szybko udało im się wykąpać. Usiedliśmy do zasłużonego posiłku i świętowania zarówno ukończenia biegu jak i wczorajszych, moich urodzin. Niestety zmęczenie było tak duże, że już wkrótce poszliśmy spać. Rano tylko Włodek zdecydował się na wycieczkę z przewodnikiem. Tradycyjne wręczanie medali na sali ze wszystkimi drużynami. Szczęśliwe - dla Łukasza - losowanie. Na powierzchni powitała nas iście wiosenna atmosfera. Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do domu. Nie piszę tu o wynikach bo tym na pewno zajmie się Włodek. Chcę tylko stwierdzić, iż wszyscy pobiegli powyżej swoich możliwości. Bieg dla drużyny wyzwala dodatkowe, ukryte siły i - jak dla mnie - bieganie sztafetowe sprawia mi olbrzymią przyjemność. Wracając z zawodów mówiliśmy, że to ostatni raz. Ale teraz po kilku dniach, myślę - przynajmniej ja - że może jeszcze raz...

Bochnia 2018 - Włodek

Mój siódmy start w bocheńskiej kopalni był zarazem pożegnalnym. Dlatego cieszę się, że jeszcze raz (po czterech latach przerwy) udało mi się pokonać niezłą odległość, ponad 29 km (12 okrążeń). W sumie zamknąłem moje starty w Bochni zaliczając 103 okrążenia i przebiegając prawie 250 km (zabrakło 523 metrów). Cieszę się, że znowu mogłem biegać z Andrzejem i Łukaszem, a Marek zadebiutował jako 12 Ludek. Dziękuję chłopakom za walkę i podporządkowanie się taktyce, której efekt było widać w końcowych godzinach. Wszyscy wytrzymali swoje tempo, a Łukasz po przebiegnięciu 12 okrążeń pobił rekord wszechczasów. Czasy 13 i 14 okrążenia (2 razy po 9.48 min, czyli po 4.03 min/km) w porównaniu do jego rekordu z ubiegłego roku(10.21) wyglądają jak z kosmosu. Liczę że za rok pobije moje rekordy okrążeń i dystansu. Dystans, który pokonaliśmy(142.564 km) nie powala na kolana. Usprawiedliwieniem może być najwyższa w historii średnia wieku (50 lat i 3 miesiące) i obecność inwalidy (czyli mnie) w składzie. Najsłabiej nasza ekipa wypadła pod względem towarzyskim, bo niezbyt hucznie uczciliśmy urodziny Andrzeja. Po wspaniałych imprezach bocheńskich pozostały tylko wspomnienia. Z żalem pożegnaliśmy kopalniane chodniki i komory w których jedenaście lat temu narodziły się Leśne Ludki.
Na koniec podsumowanie naszych 8 startów w Bochni: w ciągu 96 godzin (cztery doby!) biegania pokonaliśmy ponad 476 okrążeń  – 1152,614 km.

Bochnia 2018 - Łukasz

W słoneczne popołudnie 9 marca 2018 roku, w iście wiosennej scenerii, wraz z Markiem Cebulą, jubilatem Andrzejem i prezesem Włodkiem, wybraliśmy się na kolejne zmagania z cyklu 12-godzinnego Podziemnego Biegu Sztafetowego. Dla LL był to już 8 (!) start pod bocheńską ziemią. Statystyk nie znam (w tej sprawie liczę na wsparcie Prezesa), ale przypuszczam, że mało która ekipa może pochwalić się taką liczbą startów jak my. Dla mnie był to start o tyle wyjątkowy, że jeszcze na miesiąc przed imprezą nic nie wskazywało na to, że znajdę się w drużynie, której szczęście dopisało w losowaniu. Miejsce w sztafecie zawdzięczam Jarkowi, z którym trudy biegania w kopalni przeżyliśmy wspólnie cztery lata temu. Jarek zdecydował się odstąpić swoje miejsce dla mnie i w taki sposób znalazłem się w ekipie z dziką kartą. Druga strona wyjątkowości tego startu polegała na tym, że moja forma pozostawała zagadką. W zeszłym roku „oficjalnie” zakończyłem przygodę z chodem sportowym i wyczynowym trenowaniem lekkiej atletyki. Tym samym tak objętość jak i
intensywność moich treningów uległa zmianie – na gorsze.
Wieczorową porą dotarliśmy na miejsce. Sportowe święto właśnie się zaczynało, a my tego samego wieczoru (jak i następnego, już po zawodach) wznosiliśmy symboliczny toast z okazji innego święta – urodzin Andrzeja. Następnego dnia rano wyspani mniej lub bardziej, prawie punktualnie o 10:00 rozpoczęliśmy 12 godzinne zmagania. Marek otworzył pierwsze okrążenie i zaczęło się… 58 okrążeń później cieszyliśmy, że kilometry są już w nogach, pokonane. Dla mnie była to okazja na „odegranie się” za zeszłoroczny start, którego końcówka, delikatnie mówiąc, nie należała do łatwych. Tym razem zachowałem pewne rezerwy, które pozwoliły mi na końcówce zmagań przyspieszyć i wykręcić wyniki poniżej 10 minut, co,nie ukrywam, sprawiło mi ogromną frajdę, tym bardziej, że pozwoliło mi to na ustanowienie nowego rekordu naszego klubu. Charyzma i waleczne serce Prezesa sprawiły, że zamiast planowanych 9 kółek przebiegł aż 12 (!), Marek i Andrzej stanęli na wysokości zadania i zrobili użytek ze swojej wysokiej formy. Tym samym w ostatnich godzinach zawodów czerpaliśmy przyjemność z tego, że mamy wszystko pod kontrolą. Następnego dnia z największą przyjemnością przyjęliśmy medale od burmistrza Bochni i organizatorów imprezy. Przy okazji spotkała mnie miła niespodzianka – wylosowany upominek, lampa solna, która, jak to powiedział Włodek, jest nagrodą za dobry występ.
Niedzielne przedpołudnie przywitało Nas ciepłym słońcem; wyjechaliśmy z Bochni w poczuciu spełnienia dobrego obowiązku i pełni pozytywnej energii (skłamałbym, mówiąc, że nie zmęczeni). Kto wie, co przyniesie przyszły rok, być może znowu, razem z LL wystąpię na podziemnej arenie, z dziką kartą lub bez.

Ludki na częstochowskiej Promenadzie

Najliczniejsza w bieżącym roku ekipa Ludków wystartowała w kolejnej edycji Biegu Tropem Wilczym. Zawody rozegrano na częstochowskiej Promenadzie i w Lesie Aniołowskim. Pogoda jeszcze mroźna, chociaż słoneczna mobilizowała nas do żwawego biegu. Najszybciej dystans około 1.7 km (zamiast oficjalnych 1963m) pokonał Łukasz (drugi w klasyfikacji całego biegu). Następne Ludki, które meldowały się na mecie to: Zbyszek Paszewski, Janek, Włodek, Kamil i Adrian. Agnieszka robiła fotki i liczyła nasze lokaty na mecie, bo organizatorzy nie przewidzieli żadnej klasyfikacji. Teraz przed czwórką Ludków poważna próba - Andrzej, Łukasz, Marek i Włodek będą nas reprezentowali w 12 godzinnym Biegu Sztafetowym w Kopalni Soli Bochnia. Będzie to już ósmy start w tym kultowym biegu. Liczymy na udany start Ludków w miejscu ich narodzin.

Półmaraton w Lublińcu - 2018

Piękne lublinieckie lasy po raz piąty gościły uczestników Półmaratonu Nordic Walking. Tym razem Ludki reprezentowała najmniej liczna w historii ekipa. Janek i Włodek wystartowali na dystansie 5.25 km, czyli ¼ półmaratonu. Zawody rozegrano przy kilkunastodniowym mrozie, ale trasa była w miarę bezpieczna. Udało się bez kontuzji dotrzeć do mety. Wyniki osiągnęliśmy przyzwoite, Janek był drugi (pierwsze podium dla Ludków w tym roku!), a Włodek piąty w kategorii wiekowej. Najtrudniejsze było prawie trzygodzinne czekanie na dekorację. Dobrze, że posiłków i ciepłej herbaty nie brakowało.

Bieg Walentynkowy - 2018

Czterech muszkieterów(czytaj Ludków) wystartowało w VII Biegu Walentynkowym w Dąbrowie Górniczej. Adrian po dłuższej przerwie maszerował z kijkami i wywalczył najlepszą lokatę z Ludków. W nagrodę
wylosował wałek do masażu(na pewno się przyda). Biegające Ludki: Andrzej, Zbyszek P. i Włodek nabiegały bardzo dobre i dobre czasy. Miejsca jednak były odleglejsze od Adriana. Wróciliśmy do domów zadowoleni. Organizacja jak zawsze w Dąbrowie perfekcyjna, medale super, można było pocieszyć oko
pięknymi dziewczynami i przebierańcami. Przed nami nordic walking w Lublińcu.