Panewnicki Dziki Bieg - Katowice, 4 listopada 2012

  • Drukuj

Długo oczekiwany kopniak

Ostatni przemarsz długą i lekko krzywą prostą. Gdzieś za krzakami migają mi jeszcze plecy Piotrka. Pewnie już dochodzi do mety. Chyba wszyscy już tam są, a ja zamykam stawkę. Cóż, czasami czeka się na innych, innym razem jest się oczekiwaną...

Jeśli jesteście ciekawi, co sprawiło, że weszłam na metę (prawie) ostatnia, siądźcie wygodnie i wsłuchajcie się w moją przydługą opowieść o przebiegu dzisiejszych panewnickich zawodów. A było to tak...

Na zawody w Panewnikach zdecydowaliśmy się dopiero w sobotę. Impreza w Dąbrowie również wyglądała zachęcająco, ale ostateczny bilans za i przeciw (w tym porównanie cen jednego kilometra marszu) przekonał nas do wyboru Biegu Dzika. Mama skusiła się na bieg, pozostała trójka tradycyjnie postanowiła pomaszerować z kijkami. Jako główny cel wyznaczyłam sobie przejście wszystkich czterech okrążeń. Cel podrzędny to przejście ich w ładnym stylu i w rozsądnym czasie.

Już na kilkadziesiąt minut przed startem widać, że dzisiejszy bieg przyciągnął naprawdę sporą grupę biegaczy i kijkarzy. Do tego stopnia, że organizatorom zabrakło numerów startowych. Miało to i dobre strony - najpierw zostaną puszczeni biegacze, a dopiero minutę później kijkarze. Słuszny pomysł, gdyż wymieszanie jednych i drugich zawsze powoduje niemały bałagan po startowym gwizdku. Na starcie zjawiło się też parę osób z psami, choć dogtrekking nie jest (jeszcze?) oddzielną dyscypliną na Dziku.

Tak więc stoimy niedaleko banera startowego, próbując dosłyszeć przedbiegowe komunikaty. Ostatecznie słyszymy tylko odśpiewane przez startujących "Sto lat", choć nie wiemy dla kogo ani z jakiej okazji. Wiem jedynie, że nie dla mnie te życzenia. Chwilę później ruszają biegacze.

Teraz my podchodzimy na start. Jak zwykle w pierwszej linii ustawia się spora grupka osób, które z całą pewnością nie przyjechały tu z zamiarem zajmowania pierwszych miejsc czy bicia rekordów trasy. Coś niezrozumiałego każe im jednak ustawić się na przedzie stawki... Minutę po biegaczach ruszamy. Jak najszybciej staram się wyprzedzić maruderów z pierwszych rzędów i przebijam się na początek. Mnie się udało, Piotrek natomiast został przyblokowany i w tym momencie zyskuję nad nim przewagę. Tata z Grzmiącym Kijem idą z przodu, ja jestem trzecia. Po chwili za moimi plecami słychać stuki dwóch rozmownych zawodników.

Panowie postanawiają mnie wyprzedzić, po czym... pochłonięci rozmową zbaczają z właściwej ścieżki. Wołam więc za nimi - trudno nie odmówić sobie przyjemności sprowadzenia kogoś na dobrą drogę. Maszerują teraz grzecznie za moimi plecami, jakby z wdzięczności nie podejmują kolejnej próby wyprzedzenia mnie. Rozmawiają jeszcze aktywniej, czasami włączam się do dyskusji. Zadowolona z siebie zauważam, że podczas gdy oni są już porządnie zasapani, ja oddycham spokojnie, w dalszym ciągu utrzymując równy krok.

Zbliżamy się do końca pierwszego okrążanie. Jeden z towarzyszących mi panów znacznie przyspiesza, wyprzedza mnie i zaczyna się skutecznie oddalać. Zirytowana zauważam, że większość jego ruchów to wyraźny bieg. Próbuję jeszcze podjąć walkę, ale tylko niepotrzebnie tracę siły. Powstrzymuję narastającą złość i złośliwe komentarze same nasuwające się na usta. Maszerujemy teraz ramię w ramię z drugim panem, z początku wymieniając uwagi o podbieganiu, a następnie poruszając weselsze tematy. Pierwsze kółko za nami, czas bardzo fajny: 35'10".

Mój towarzysz decyduje się przejąć prowadzenie i ciągnąć naszą dwójkę. Niestety z rozczarowaniem odkrywam, że jego tempo przekracza moje obecne możliwości i już przed połową tego okrążenia zmuszona jestem odpuścić. Tymczasem główna rywalka konsekwetnie zmniejsza do mnie dystans. Wiem, że z miesięca na miesiąc poprawia swój panewnicki czas i pamiętając jej ostatnie wyniki nie daję sobie większych szans. Z drugiej strony podobno dzisiaj musi zrezygnować z pełnego biegu, a zatem wystarczy, że ja przejdę całe cztery kółka, aby w klasyfikacji pojawić się przed nią. Dlatego też nie przejmuję się, kiedy w końcu zostawia mnie za plecami. Próbuję przez chwilę dociągnąć do niej, ale bez powodzenia. Tuż przed końcem drugiego okrążenia wyprzedza mnie jeszcze dwóch zawodników. Obaj jednak, podobnie jak moja rywalka, kończą już dzisiejsze zawody. A ja po ponad 72 minutach wkraczam na trzecie kółko.

I nagle słyszę: "Ka-asia!". Zdumiona zauważam wołającą za mną Mamę: "Idziesz sama!". Co jest grane? Jak to? Coś się stało? Co z Tatą? Co z Piotrkiem? Wybita z rytmu niemal przystaję - po to tylko, by dowiedzieć się, że moja przeciwniczka już zeszła z trasy. "Przecież wiem" - myślę zdenerwowana, po czym parzę się gorącą herbatą... Podwójnie rozjuszona próbuję przywrócić mojemu marszowi właściwe tempo. Jednak irytacja nie dodaje mi sił, wręcz przeciwnie. Czuję wyraźne osłabienie i brak woli walki. Ani za mną, ani przede mną nie widzę nikogo. Dopiero połowa trasy, a mnie się już włączył tryb marudzenia. Tak być nie może. Przyspieszam jak tylko mogę i ruszam dziarsko przed siebie.

Przyszła pora na walkę z kolejnym przeciwnikiem. Głód wyssał już wszystkie zapasy i czuję w brzuchu ogromną pustę. Boeing 747 mógłby mieć trudności z lądowaniem, ale dla małej Cessny miejsca byłoby aż nadto... Próbuję się przekonać, że im szybciej będę przebierać nogami, tym prędzej uda się czemuś we mnie wylądować. Motywacja dobra, ale jej zastosowanie nie wychodzi najlepiej. Przez chwilę podkręcam tempo, po czym znowu zwalniam. Kilometr, może półtora przed końcem okrążenia dostrzegam za sobą leśnoludkową koszulkę. To musi być Piotrek... Ale jak to możliwe? Przecież był już tak daleko... Próbuję się zmusić do szybszego marszu, ale dystans między nami cały czas maleje...

Na czwarte okrążenie wkraczam z oddechem Piotrka na plecach. Minęła już godzina i pięćdziesiąt minut od startu. Wyraźnie osłabłam, widzę to i po czasach i po swoich ruchach. Zrównujemy się z Piotrkiem. Przez chwilę próbuje mnie mobilizować i zachęcać do rywalizacji. Oddaję prowadzenie praktycznie bez walki - wygląda na to, że po raz pierwszy w historii naszych wspólnych startów dotrę do mety później. Cóż, najwyższy czas...

Reszta okrążenia nie przynosi nic nowego. Nikogo w pobliżu, przede mną tylko szybko oddalający się Piotrek. Ostatni przemarsz długą i lekko krzywą prostą...

Na metę wchodzę ponad dwie minuty po Piotrku. Niedługo dowiem się, że jeszcze dwie panie szły za mną, a zatem nieprawdą było przypuszczenie, że dotrę do mety jako ostatnia. Ze względu na zasady Biegu Dzika udaje mi się wywalczyć pierwsze miejsce wśród kobiet, a także piąte w ogóle. Czuję się mocno wypompowana i trochę zawiedziona swoją postawą marudera. Ale z drugiej strony jestem zadowolona, że wreszcie Piotrek sobie ze mną poradził. Choć jest to oczywiście moją porażką, to jednak porażka ta ma słodkawy posmak. Fajnie jest zyskać pewność, że mam w jego osobie rywala, z którym muszę się liczyć i który jeszcze wielokrotnie podniesie mi adrenalinę :)

Trasa: 19,528 km
Czas: 2h28'17"
Miejsca: 1 wśród kobiet (na 23), 5 w ogóle (na 35)

Asia (bieg na 9,764 km): 1h03'07", miejsce 26/56 wśród kobiet, 165/208 w ogóle

Jarek: 2h21'00", miejsce 2/12 wśród mężczyzn, 2/35 w ogóle

Piotrek: 2h26'17",  miejsce 4/12 wśród mężczyzn, 4/35 w ogóle

Wyniki Radomskiego Maratonu Trzeźwości

Andrzej: 3h30'09", 11/41 miejsce w kategorii, 41/188 w ogóle

Włodek: 3h59'01", 26/41 miejsce w kategorii, 102/188 w ogóle

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found
Powered by Komento