Cross Czwórki - Dąbrowa Górnicza, 21 października 2012

  • Drukuj

Dopóki starczy stuków

Pobudka. Sprawdzam lewą nogę. Jeszcze się rusza. Czas na sprawdzian nogi prawej. Ta chyba również jest w porządku. Próba generalna, czyli współpraca obu nóg — zaliczona. Jeszcze chodzę. Po wczorajszych dwuzawodach moja forma może nie jest szczytowa, ale czuję, że dam radę wystartować. A potem? Byle do mety. Reszta nie ma znaczenia, to przecież ostatnie zawody w tym tygodniu.

Spowici poranną mgłą pomykamy na kolejne zawody. Tym razem Cross Czwórki, czyli 15 km biegania dla Andrzeja oraz 7 km kijków dla Włodka, Piotrka i dla mnie. Docieramy do Pogorii na tyle wcześnie, że możemy przejść się wzdłuż jeziora, przyjrzeć zawodnikom oraz schować przed przerażającą rozgrzewką. Z daleka (na wszelki wypadek wolę się nie zbliżać) ta ostatnia wygląda bardzo ambitnie. Biorąc pod uwagę, że przed nami męczące i — miejmy nadzieję — szybkie kilometry, decyduję się porozciągać na własną rękę i nie ryzykować przemęczenia jeszcze przed startem.

Pozostało tylko kilka minut do biegu. Biegacze ustawiają się przed kijkarzami. Stoję w drugim sektorze oddzielona taśmą od tych, którzy decydują się przebierać tylko nogami. Ze zdziwieniem zauważam, że brakuje ekipy z Janowa. Czyżby to miał być mój dzień? Piotrek i Włodek stoją trochę z tyłu, ja natomiast zajmuję miejsce w pierwszym rzędzie koło Joli. Nie chcę tracić kilku czy kilkunastu sekund na starcie  — nie potrafię gonić, gdy goniony obiekt ucieknie dalej niż na wyciągnięcie ręki. Ruszyli biegacze. Teraz my podchodzimy do linii startu. I zaraz potem ruszamy. Przez moment pędzimy z Jolą ramię w ramię na czele całej stawki. Chwilo, trwaj wiecznie...! Cóż, chwila najwyraźniej nie jest zainteresowana wiecznością, gdyż już zza naszych pleców wyskakują najlepsi panowie i zaraz potem znikają za zakrętem. Utrzymujemy nasze tempo, nie dając się już nikomu dogonić.

Pokonujemy pierwsze dwa kilometry asfaltu. Kijki ślizgają się na podmokłych liściach, trudno o porządne wybicie. Powoli mija ból mięśni piszczelowych (a może innych, w każdym razie przedni dół nóg dawał się mocno we znaki). Skręcamy na polną ścieżkę, ściągam kopytka z kijków i wrzucam je do spodenek, mam nadzieję, że nie wypadną. Jola powoli zostaje w tyle, ale jak zwykle dodaje mi otuchy. Od kiedy popędzała mnie w Hucie Starej, udało mi się znacznie poprawić wyniki. Najwyraźniej "chodź, chodź, nie zwalniaj, dasz radę" działa na mnie idealnie. Więc i tym razem daję radę i staram się nie zwalniać. Do czasu, gdy docieramy do wielkiej piaskownicy...

Przed nami około półtorakilometrowy odcinek głębokiego piachu. Kijki zatapiają się w ziemi, nogi odjeżdżają do tyłu i wołają o chwilę wytchnienia. Kątem oka widzę, że za moimi plecami pojawia się kolejna zawodniczka. Do tej pory przewodziłam stawce kobiet, wolałabym tego nie zmieniać. Zaciskam zęby i napieram ze wszystkich sił. Choć to już październik, słońce praży niemiłosiernie. Czuję się jak na pustyni. Niekończący się piach. Żar lejący się z nieba. I nasza niezmordowana karawana.

Przede mną nie widzę nikogo. Podziwiam panów za niesamowite tempo, z jakim nam uciekli. Docieram do skrzyżowania piaskowych ścieżek i nerwowo rozglądam się wokół — gdzie teraz? Po chwili dostrzegam kawałek taśmy po lewej stronie. Odwracam się i pytająco krzyczę do idących za mną: "W lewo?!". Nie ma jednak czasu do namysłu, podejmuję szybką decyzję i idę w stronę taśmy (a właściwie jej strzępka). Po chwili utwierdzam się w przekonaniu o słuszności podjętej decyzji. Kawałek polnej drogi i wracamy na znany już dwukilometrowy deptak. Do mety coraz bliżej...

Nie mam czasu na powtórne nałożenie kopytek. Starając się nie myśleć o potencjalnym uszkodzeniu grotów, wsłuchuję się w stuk za plecami. W pamięci mam słowa Krzary: "jeśli tylko nie będę wolniej stukał od rywala, to nie przegoni mnie". Próbuję więc stukać równie szybko, jak zbliżająca się do mnie rywalka. Nie daję rady. Jedynym ratunkiem jest utrzymywanie jak najdłuższego kroku. Z każdą kolejną minutą jest mi coraz trudniej. Przede wszystkim psychicznie. Każdy stuk za plecami jest jak wbicie kolejnego gwoździa w zszarganą psychikę. Mam momenty zwątpienia, chcę oddać prowadzenie. Na szczęście w odpowiednim momencie podjeżdża do mnie quad wskazujący drogę. Mała odmiana pozwala mi się odrodzić. Ruszam dzielnie za quadem - to muszą być już ostatnie metry...

Przede mną ostatnia prosta. Staram się nie oglądać za siebie. Widzę już metę i tłum kłębiący się wokół. Powoli powraca do mnie wiara w zwyciestwo. Jeszcze sto metrów. Rzut oka za siebie. Jest dobrze... Jeszcze parę kroków... Meta i... udało się! Po zaciętej walce wywalczyłam zwyciestwo. Okupione co prawda morzem potu i zszarganymi nerwami — ale było warto. Ktoś zakłada mi medal, ktoś inny wciska butelkę wody, ktoś wreszcie prosi o wywiad. Trochę zdziwiona opowiadam przed kamerą o nordiku i zawodach, o piachu i pokonanych kilometrach.

W tym czasie na metę wpadają... panowie, którzy wyprzedzili mnie na samym początku zawodów! Ich nastroje wyraźnie kontrastują z moim. Nic dziwnego — na słabo oznakowanym skrzyżowaniu zgubili drogę i dopiero po jakimś czasie powrócili na właściwą trasę. Na szczęście ich prostest zostaje uznany i ostatecznie na sprawiedliwej liście wyników ich nazwiska pojawiają się we właściwej kolejności.

Już w trójkę kibicujemy wbiegającemu na metę Andrzejowi. Do końca imprezy pozostało trochę czasu, zabijamy go wymianą wrażeń — sporo ich, choć trasa nie była zbyt długa. A na koniec podsumowanie dzisiejszego biegu i całego cyklu "Pogoria Biega". Wdrapuję się na podium szczęśliwa, że wreszcie jest to podium najwyższe. Może w przyszłym roku zdecyduję się na więcej startów w Dąbrowie? Bo choć momentami było ciężko, to wracam do domu z wielkim uśmiechem., całym mnóstwem bakalii i wolą kolejnej walki.

Trasa: 7 km
Czas: 47'42"
Miejsca: 1 wśród kobiet (na 29), 5 w ogóle (na 42)
Zdobycze: puchar, medal, plecak, chusta oraz wielka siata bakalii (bardzo świątecznie)

Piotrek: 48'43", 7/42 miejsce w ogóle, 2/3 w kategorii

Włodek: 49'03, 8/42 miejsce w ogóle, 2/4 w kategorii

Andrzej (bieg 15 km): 1h14'14", 56/171 w ogóle, 9/17 w kategorii

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found
Powered by Komento