Mistrzostwa Powiatu NW (Ponik) oraz Dominator (Rzędkowice) - 20 października 2012

Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia...

Koniec sezonu nordic walking puka już do drzwi, w związku z czym postanowiliśmy wycisnąć z siebie w najbliższych dniach jak najwięcej. Moje plany na ten weekend to Mistrzostwa Powiatu Częstochowskiego w nordiku, bieg przełajowy Dominator oraz Cross Czwórki — ponownie nordic, tym razem w Dąbrowie. Małe szaleństwo, a co! Sobota za pasem, a wraz z nią 2/3 sukcesu.

Dzisiejszy poranek wydawał się wprost wymarzonym na zawody. Dopóki oglądaliśmy go przez okno... Wyjście z domu odrobinę zmieniło nasze odczucia — zaledwie kilka stopni na plusie kłóciło się z oślepiającym wprost słońcem. Zmarznięci i ubrani na cebulę udaliśmy się do zagubionego gdzieś w lesie punktu startowego zawodów NW. Czekały na nas trzy ponad półtorakilometrowe pętle, a ponieważ czasu do początku zawodów mieliśmy aż nadto, postanowiliśmy zbadać trasę. Z kronikarskiego obowiązku spieszę poinformować, że nie wszystkie Ludki zaliczyły przedpremierową pętlę. Piotrek, wyrwawszy się z miasta, pognał do lasu w pogoni za grzybami. Szczęśliwie odnalazł się na czas, a wraz z nim przybyło kilka okazałych podgrzybków.

Start nastąpił nagle. Usłyszeliśmy tylko wystrzelone niczym z karabinu maszynowego "trzy, dwa, jeden" i ruszyliśmy pełną parą. Choć nie przespałam tego momentu i ruszyłam razem z czołówką, niemało sił kosztowało mnie utrzymanie się w prowadzącej grupie kobiet. A właściwie w jej ogonie. Starania by wydłużać krok, pracować energicznie barkami i ramionami oraz utrzymywać prostą sylwetkę nie pozwalały na poprawę piątego, choć raczej niezagrożonego, miejsca. A skoro już o miejscach mowa... Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów dominacja dziewczyn z Janowa została na jakiś czas zachwiana. Na słowa wielkiego uznania za determinację i podjętą walkę zasługuje Aneta, która przez niemal półtora okrążenia nie odpuszczała i przewodziła stawce kobiet.

Ostatecznie jednak tradycji stało się zadość i po raz kolejny pudło w kategorii open kobiet należało do Oli, Karoliny i Judyty. Anety nie udało mi się dogonić, co więcej, przed samą metą zostałam wprost zjedzona przez Jakuba z Zabieganych. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno zawody jak i swoją walkę uważam za całkiem udane, tym bardziej, że udało mi się zająć dwunaste miejsce w open. Pozostałe Leśne Ludki wypadły wcale nie gorzej, Jarek zajmując czwarte miejsce w open, Andrzej szóste, Włodek czternaste (co więcej, panowie ci zajęli całe podium w swojej kategorii!). Asia jak zwykle wygrała swoją kategorią, a Piotrek przyszedł bezpośrednio po mnie i uplasował się na trzeciej pozycji w swojej kategorii. Coraz wyraźniej czuję jego obecność za moimi plecami i nie dawałabym sobie wielkich szans w starciu z nim w przyszłym sezonie.

Jak zwykle atmosfera była bardzo ciepła, podobnie jak w Olsztynie każdy został nagrodzony za swój wysiłek na trasie. Wszystkie Leśne Ludki ponownie stawały na podium, choć znów nie do końca zrozumiałam algorytm przyznawania pucharów. Z drugiej strony — to nie ma znaczenia, najważniejsze, że wszyscy się świetnie bawiliśmy. Z zawodów wyjechałam z żeliwnym pucharem przedstawiającym podkowę. Przez całą zimę będzie mi przypominał o tegorocznych zawodach organizowanych przez ULKS Run Podkowę Janów, zawodach, do których podporządkowałam swoje wakacyjne wyjazdy. Może się powtarzam, ale powiem to raz jeszcze: wielkie dzięki za wspaniale zorganizowane imprezy, ciepłą atmosferę i mnóstwo radości!

Zaraz po dekoracji pognaliśmy z Ponika do Rzędkowic, by zmierzyć się z wymagającą 10-kilometrową trasą. Nie zważając na to, że dawno nie biegałam, pełna optymizmu i wiary w swoje możliwości liczyłam na pokonanie trasy w limicie czasowym — na szczęście organizatorzy zamykali metę dopiero po dwóch godzinach.

Tuż po starcie życzyliśmy sobie z Andrzejem i Włodkiem powodzenia i pomachałam kibicującemu Piotrkowi. Chyba miałam wtedy jeszcze uśmiech na twarzy... Trasa początkowo prowadziła pod górę, na szczęście nie na tyle stromo, żebym musiała już wtedy odpuścić bieganie. Co chwilę ktoś mnie wyprzedzał, mnie natomiast nie udawało się wyprzedzić nikogo. Nie tracąc jednak pogody ducha, zawzięcie truchtałam przed siebie. Po delikatnym podbiegu czekał nas delikatny zbieg, następnie kolejny, już może mniej delikatny podbieg, potem szalony zbieg po liściastej ścieżce.

Gdy dotarłam do punktu z wodą, uśmiech na mojej twarzy był już jakby odrobinę mniejszy. A chwilę potem zamienił się w grymas przerażenia, gdy zamiast na twarz wylałam sobie kubek bardzo zimnej wody na czubek głowy oraz plecy. Przez moment zapomniałam o dopiero co doskwierającym gorącu. Niedługo potem przebiegłam koło tego samego punktu z wodą, ale tym razem trafiłam tak jak chciałam — orzeźwiający kubek wody prosto w twarz. Ponieważ był to już szósty kilometr morderczej trasy, woda z kubka zmieszała się ze spływającym ze mnie potem, zalewając mi usta. Przypuszczam, że tak właśnie smakuje Morze Martwe...

Zostawiając za sobą szósty kilometr, dobiegłam do najtrudniejszego odcinka całego biegu. Przede mną ostre pięcie się pod Aptekę — skałę na wzgórzu, które daje w kość nawet spokojnie pod nie podchodzącym. Przy odrobinie dobrej woli moje pierwsze kroki pod górę można nazwać biegiem. Starałam się biec. Chciałam biec. Niestety strome zbocze zweryfikowało moje plany. Grupka biegaczy przede mną również zamieniła się w chodziarzy. I wtedy okazało się, że takie podejścia dają mi sporą przewagę. A może po prostu byłam dobrze rozgrzana po porannym nordiku? W każdym razie udało mi się wreszcie kogoś wyprzedzić, i to od razu całą czteroosobową grupkę. Co prawda sapałam potwornie, pot zalewał mi oczy, nogi bolały, ale jakoś szłam. Coraz bliżej do mety... W niemałych męczarniach dotarłam do szczytu z pozoru niekończącego się podejścia, by następnie zostać wyprzedzoną przez dopiero co łykniętych biegaczy. Cóż, nie może być zawsze pod górę... Kolejny odcinek trasy zaliczam do najbardziej przyjemnych, lekko z górki albo po płaskim. Biegło mi się nadzwyczaj dobrze, przez jakiś czas nawet nie musiałam się zmuszać do biegu, nogi niosły mnie same. 

I nagle, może kilometr, może dwa przed końcem, dopadł mnie kryzys. Po uśmiechu nie pozostał żaden ślad. Nogi już nie chciały mnie nieść, tym razem czułam, że to ja je niosę, a właściwie ledwo ciągnę za sobą. Próbując zająć myśli czymś innym niż ten potworny wysiłek, jakim jest walka z samą sobą, zupełnie nieświadomie zaczęłam bezgłośnie nucić o chwileczce zapomnienia. To było to. Tego w tym momencie pragnęłam najbardziej — na chwilę zapomnieć, odpłynąć myślami hen daleko, nie skupiać się na tym ledwo-człapaniu. W takim nastroju dotarłam do ostatniego podbiegu, który niestety ponownie w moim przypadku okazał się podejściem. A stamtąd widać już było wymarzoną metę! Nowa fala sił pozwoliła mi dodreptać do końca w przyzwoitym tempie i zakończyć kolejne zawody.

Tuż po finiszu odnalazłam uśmiech, czekał na mnie cierpliwie przy samej mecie. Nie zapomniałam, jak bardzo wymęczyła mnie ta ponad 10-kilometrowa trawa, ale może właśnie dlatego mogłam jeszcze bardziej cieszyć się z jej pokonania. Miałam wrażenie, że prawie wszyscy już przybiegli, że niemal zamykam stawkę, że w ogóle się nie liczę w klasyfikacji końcowej. Do pewnego stopnia miałam rację, rzeczywiście sporo zawodników było o niebo lepszych ode mnie. Ale zdecydowanie nie byłam na końcu! Co więcej, ku własnemu zdumieniu, już po obejrzeniu wyników w domu odkryłam, że zajęłam drugie miejsce wśród kobiet. Nie spodziewałam się aż tak dobrej pozycji, tym bardziej, że mój czas nie był fenomenalny. Ale jak na wymagającą trasę oraz moje możliwości muszę przyznać, że... jest dobrze :) Oraz że cieszę się, że jednak nie oddałam się wspomnianemu przed chwilą zapomnieniu i wygrałam z samą sobą.

Wyniki z Ponika

Trasa: 5,5 km
Czas: czekam na wyniki
Miejsca: 3 kategorii, 5 wśród kobiet, 12 w ogóle
Zdobycze: żeliwny puchar w kształcie podkowy, słodycze oraz zapalarka - na Wszystkich Świętych jak znalazł :)

Wyniki pozostałych Ludków umieszczę, jak już się ukażą w necie.

Wyniki z Rzędkowic (pełne wyniki na stronie Dominatora)

Trasa: 10,7 km
Czas: 1h04'32"
Miejsca: 2/9 wśród kobiet, 36/57 w ogóle

Andrzej: 10 miejsce, czas: 52'29"
Włodek: 20 miejsce, czas: 58'23"

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found