Bochnia 2020 Łukasz

12 lutego 2020 roku okazał się dniem szczególnym dla Naszego klubu. Losowanie drużyn, które niespełna miesiąc później zjadą  do biegowego piekiełka (a może jednak raju?) 212 metrów pod powierzchnią Bochni w tamtejszej zabytkowej kopalni soli, tym razem było dla LL wyjątkowo szczęśliwe. Los chciał, że powróciliśmy na 12 – godzinny Podziemny Bieg Sztafetowy po dwóch latach ze zdwojoną siłą, gdyż obie Nasze ekipy zostały wylosowane do startu w tegorocznej edycji biegu. Jak dotąd jeszcze nigdy w historii bocheńskie podziemia nie gościły Leśnych Ludków w takiej liczbie (i jak się później okaże – w takiej sile) jak tego roku.

Nasze obydwie drużyny skorzystały z „Dzikiej Karty”, dzięki czemu w reprezentacji LL znaleźli się zawodnicy – goście. I to nie byle jacy goście. Włodek Rajczyk zaprosił do zespołu „ Leśne Ludki 2” do biegowej współpracy znanego większości z Nas przyjaciela Klubu, ultramaratończyka, a w dodatku Osobowość Roku 2019 Plebiscytu Dziennika Zachodniegow kategorii: działalność społeczna i charytatywna, Darka Gutowskiego, który z niejednego pieca chleb jadał, a na biegowych trasach zdarł już trochę podeszw. Tymczasem „Leśne Ludki 1”, w których to po raz pierwszy miałem przyjemność wystąpić w roli kapitana, zdecydowały o zaproszeniu do ekipy innego biegowego wyjadacza, z którym część z Nas ma okazję startować na sobotnich zawodach z cyklu Park Run w Częstochowie. Mowa tu o Grzegorzu Kruku, który na co dzień jest członkiem grupy biegowej Press Glass. Kilometry wybiegane przez Gregora na zawodach mają podwójne znaczenie, gdyż nie tylko przyczyniają się do wzrostu formy, ale przekładają się na realną pomoc dla potrzebujących w ramach akcji charytatywnej firmy Press Glass – „Biegamy i wspieramy”. Każdy kilometr to 5 zł przekazane na potrzeby np. rehabilitacji i leczenia niepełnosprawnych dzieci. W tym miejscu warto dodać, że Nasz przyjaciel w ostatnich latach jest liderem rankingu Press Glass pod kątem zaliczonych startów i pokonanych kilometrów. Mając takie osobowości w składzie, obie ekipy mogły spokojnie przystąpić do przygotowań do tych kultowych dla Leśnych Ludków zawodów.

Późnym, piątkowym popołudniem 6 marca wyruszyliśmy do Bochni. Podróż przebiegła bez większych przygód (w tym momencie wspominam moją debiutancką wyprawę do kopalni w 2012 roku J…), a około godziny 20:00 nadszedł czas na pożegnanie z życiem na powierzchni. Wrócimy tu za około 40 godzin. Pora zstąpić do podziemi. W windzie jakby jaśniej niż ostatnimi razy, ale 212 metrów pod ziemią witają Nas już znajome widoki, zapachy i dźwięki… wszystko po staremu, ale my mamy nowe cele – rekord Klubu i przekroczenie bariery 150 kilometrów. Piątek, ważny dla aklimatyzacji w tych warunkach, upłynął na integracji. Lubię te chwile kiedy da się już wyczuć pewne pozytywne napięcie związane z sobotnim startem, ale jednocześnie zachowane są jeszcze duże pokłady luzu. Leśne Ludki, poza innymi tematami, wymieniały między sobą uwagi dotyczące taktyki jak i strategii na nadchodzący start. Nazajutrz wszystko miał zweryfikować nieubłagany zegar i chodniki ciasnego korytarza. W ramach Naszego drugiego hobby, tego wieczoru postanowiliśmy z Michałem rozegrać podziemny mecz szachowy - swoją drogą ciekawe, czy ktoś już wcześniej grywał tak głęboko?

Dość wcześnie – jak na tutejsze standardy – położyłem się spać i miałem okazję zapoznać się z niechlubną bohaterką nocy: suszarką do rąk, której dźwięk co jakiś czas przypominał mi, że Bochnia to interwały, zarówno w bieganiu jak i w spaniu…

 

Sobotni poranek upłynął szablonowo: pobudka, poranna higiena, śniadanie. W tym roku, jako kapitan, startowałem na pierwszej zmianie, a co za tym idzie brałem udział w uroczystym powitaniu uczestników i starcie honorowym. Po tych wszystkich formalnościach udaliśmy się do swoich stref startowych. Ja w swojej nie byłem osamotniony, gdyż klubowy kolega Andrzej Mielnik, reprezentujący LL 2, startował z tej samej strefy, ramię w ramię ze mną. Tak więc zaczęło się. Od teraz wszystkie przyziemne sprawy (a właściwie to naziemne J) znalazły się na dalszym planie, liczy się tylko Twoja drużyna, zegar i to, żeby pokonać jak najwięcej kilometrów.

Drużyna LL2 walczyła dzielnie z różnymi przeciwnościami i walkę tą finalnie wygrała, kończąc szczęśliwie zawody z rezultatem 54 okrążeń (15 Darek, 15 Andrzej, 13 Zbyszek, 11 Włodek), co dało 130 515 m i pozwoliło uplasować się na 58. Pozycji. W ekipie LL1 założony plan, czyli minimum 61 kółek i minimum 150 kilometrów wraz z upływem czasu był realizowany nawet z nawiązką, tak więc gdy przyszły pierwsze oznaki kryzysu mieliśmy komfort w postaci nadrobionego czasu. Michał, dla którego te zawody okazały się być niezwykle udanym debiutem, zaskoczył wszystkich i w momencie, w którym spodziewaliśmy się osłabienia, wystrzelił z nieprawdopodobną formą i utrzymał bardzo szybkie tempo przez trzy ostatnie okrążenia, co nie było bez znaczenia dla morale drużyny. Ostatecznie cel został osiągnięty, a przysłowiową kropkę nad „i” postawił Gregor, dając z siebie wszystko na ostatnim okrążeniu. Nabiegaliśmy 62 okrążenia(18 Gregor, 16 ja, 15 Michał, 13 Sławek), czyli łącznie 150 604 m, co dało Nam 26. miejsce – najwyższe w historii Naszych startów, z czego jestem bardzo dumny. 26 był także numer startowy Naszej sztafety co ma tu pewien wymiar symboliczny. 26 to także dwukrotność liczby 13, ale o „magii” trzynastki w kontekście tego jakże udanego startu przeczytacie już w innym tekście…J

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found