Bochnia 2020 Michał

Bochnia 2020 okiem debiutanta

Witam wszystkim cieplutko, serdecznie. Moi drodzy, Michał z tej strony. W paru zdaniach postaram się opisać moje wrażenia oraz przemyślenia z udziału w bardzo trudnym biegu jakim jest 12 – godzinna podziemna sztafeta w Bochni. Pierwszy raz zadeklarowałem chęć wystąpienia w Bochni i jak wiecie, udało się! Tuż po wynikach losowania przystąpiłem do przygotowań. Moja drużyna została wylosowana jako 13-ta. Ten numer odegra jeszcze bardzo ważną rolę podczas biegu, także nie zapomnijcie o nim. Długie wybiegania, kompletacja potrzebnego wyposażenia, to wszystko będąc bardzo podekscytowany całym weekendem, który zbliżał się bardzo szybko. Nie mogłem się doczekać nie tylko biegu, ale także samego pobytu przez prawie 40 godzin ponad 200 metrów pod ziemią. Lecąc samolotem człowiek zdaje sobie sprawę jak wysoko się znajduje, wystarczy popatrzeć przez okienko, lecz zjechać windą dokładnie 212 metrów w głąb ziemi… Byłem ciekaw moich odczuć już tam na dole. Podróż na miejsce przebiegła bardzo sprawnie i już tylko minuty dzielimy mnie oraz moich towarzyszy przed zjazdem w miejsce bez zasięgu, podobno z wifi ale o tym opowiem trochę później. Wsiadamy z torbami do windy i ruszamy w dół. Po dosłownie chwili już jestem w miejscu, którego nie mogłem się tak bardzo doczekać. Pamiętam doskonale swoją pierwszą myśl po wyjściu z windy. „To już? 212 metrów pod ziemią? Niemożliwe” Prędkość z jaką winda dostarczyła nas na dół oraz brak skutków zmiany ciśnienia powodowały, że czułem jakbym znajdował się może 10m pod ziemią a nie 212m. Za to powietrze już było inne, nasycone solą. Zmierzając do miejsca noclegowego obserwowałem wszystko wokół mnie. Dotarliśmy do miejsca gdzie dnia następnego będzie strefa zmian i przed nami ukazały się schody jeszcze niżej. Ku zaskoczeniu moich towarzyszy, zjeżdżalnia obok była nieczynna z przyczyn technicznych, podczas biegu także. W tej chwili nie zdawałem sobie sprawy jak smutna jest to informacja. Przekonałem się o tym dopiero gdy trzeba było zejść a potem wrócić schodami na przerwie między startami. Pakiety startowe odebrane, łóżka wybrane, można zacząć integrację z resztą. Wspomniałem wcześniej o wifi? Faktycznie było, tylko że tak przeciążone, że nie było sensu tracić czasu na połączenie. Zamiast tego warto się skupić na relacjach interpersonalnych oraz na zaplanowanej już od dawna podziemnej partii szachów. Łukasz wygrał – gratulacje!Taki 40 – godzinny pobyt w miejscu odciętym od świata zewnętrznego pozwala się bardzo fajnie zresetować. Przyszła pora na ostatni sen przed biegiem. Rano wstaliśmy odpowiednio wcześnie aby zdążyć zjeść lekkie śniadanko, przygotować się i wszystkie potrzebne rzeczy do biegu. Każdą wolną chwilę wykorzystywałem na rozglądanie się na prawo i lewo podziwiając cały kompleks. Po godzinie 9-tej udaliśmy się do kaplicy św. Kingi na uroczyste otwarcie zawodów i honorowy start. Ten moment także poświęciłem na rozejrzenie się po kaplicy. Osoby startujące jako pierwsze udały się do odpowiednich stref, natomiast ja z resztą do strefy zmian. Wybiła godzina 10 i zaczęła się walka drużynowa oraz osobista, głównie z własnymi słabościami. Przed startem uprzedzano mnie, że w tak trudnym biegu jeszcze nie brałem udziału, więc podszedłem do tego z pokorą oraz chłodną głową. Przyszła pora na moją zmianę. Czas jakiego chciałem się trzymać, to ok. 12min na okrążenie. Jedno kółko pokonałem troszkę szybciej, inne troszkę wolniej. Cały czas będąc w pełni skupiony na pokonywaniu kolejnych metrów. Tuż po zmianie, kierując się do pierwszej nawrotki czuć było chłodne powietrze wtłaczane z zewnątrz, natomiast drugi koniec trasy był bardzo gorący. Dziewięć moich okrążeń przebiegło bez żadnych problemów. Kryzys pojawił się na okrążeniach 10-12 gdzie czasy bardzo niebezpiecznie zbliżały się do prawie 14min na okrążenie. Dodatkowo wtłaczane powietrze zrobiło się jeszcze zimniejsze, ponieważ na powierzchni zapadał już mrok i temperatura szybko spadała. Zdecydowałem założyć dodatkową koszulkę przed kolejnym okrążeniem. Brak zjeżdżalni powodował, że trzeba było pokonać schody w dwie strony co nie pomagało w zbieraniu energii na kolejne okrążenia. Pamiętacie, że „13” ma odegrać jeszcze bardzo ważną rolę? Przyszła pora na moje 13 okrążenie. Po zmianie pobiegłem do pierwszej nawrotki ale znacznie szybciej niż poprzednie okrążenia, zmęczenie nagle zniknęło jakby poprzednie 12 kółek w ogóle nie miały miejsca. Na ok. 30m przed strefą zmian podnoszę rękę aby sędzia poinformował przez mikrofon mojego zmiennika, że za chwilę będę w strefie zmian. Dobrze, że Łukasz wykazał się bardzo dobrym słuchem bo nikt nie spodziewał się, że dotrę do końca tak szybko. Nastąpiła zmiana i zatrzymałem swój zegarek. Czas 11’02. Poprzednie okrążenie zakończyłem z czasem 13’47. Ja byłem w szoku, Łukasz i Grzesiek także a Sławek w tym czasie pokonywał kolejne metry na trasie. Po tym okrążeniu czułem się bardzo dobrze. Pierwsze co zrobił Sławek po swoim okrążeniu, to zapytał się o mój czas lekko nie dowierzając gdy go usłyszał. Po krótkiej przerwie przyszła pora na moje 14 okrążenie. Na trasie biegu mijałem pozostałych zawodnikówjednego po drugim, łącznie osobami walczącymi o podium, widocznie już zmęczonych walką trwającą w tym momencie ponad 10h.  Do strefy zmian wpadam z czasem 10’29… na 14 okrążeniu! Sławek w szoku łapie się za głowę a Łukasz kwituje to dwoma słowami. „Powrót Króla”. Czasami takie dwa słowa potrafią podbudować człowieka i zmotywować do dalszej walki na trasie. Czasu do końca biegu zostało niewiele. Pora na moje ostatnie, 15 okrążenie w tym biegu. Czas 10’45. Trasa przebiegała przez środek kaplicy św. Kingi, więc podczas każdego okrążenia, przebiegając przez kaplicę wykonałem na sobie znak krzyża świętego. Schodząc z trasy czuję ogromną radość, że dałem radę, że nie zawiodłem drużyny, że pokonałem swoje słabości oraz że przetrwałem kryzys okrążeń 10-12. Ostatnie okrążenie tegorocznego biegu pokonał Grzesiek i mogliśmy się oficjalnie cieszyć z poprawionego klubowego rekordu. Zmęczenie po biegu zjawiło się bardzo szybko, więc po długiej kolejce do prysznicy, posiłku i krótkiej integracji, udałem się spać. Dnia następnego obudziłem się dosyć wcześnie i w wyjątkowo dobrej formie fizycznej, więc zdecydowałem, ze wybiorę się na wycieczkę. Przewodnik oprowadził grupkę chętnych po bardzo ciekawych zakamarkach kopalni, opowiedział kilka ciekawych historii. Ja słuchając owych historii znów rozglądałem się na prawo i lewo. Ostatnim punktem w harmonogramie zawodów była ceremonia wręczenia medali oraz nagród dla zwycięzców. Każda drużyna kolejno wchodziła na podium będąc oklaskiwana przez pozostałych. Po zakończeniu przyszła pora udać się do windy i wyjechać na powierzchnię. W sklepiku z pamiątkami zrealizowałem swój kolejny cel kupując lampkę solną do domu, która będzie mi przypominać o tej wyjątkowej imprezie. Już teraz deklaruję chęć wystąpienia w następnym roku i pozostaje mi oraz drużynie liczyć na szczęście w losowaniu. W chwili gdy piszę relację przebywam z przeziębieniem na zwolnieniu lekarskim, gdyż jak to mi powiedziano… „Każdy debiutant musi odchorować swój pierwszy pobyt w Bochni” Potwierdzam i zaznaczam, że warto było!

Pozdrawiam wszystkich.

Michał H.

PS. To naprawdę było 212 metrów pod ziemią?

PPS. Miało być parę zdań a wyszło jak zwykle…

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

People in this conversation

Comments (1)

  • Guest (Chenwilliam)

    Hai,I am a new member on this site.Thanks for sharing here for valuable information's. I essentially welcome you and maintain posting a few. I am so awed. I think you have a remarkable adapting in particular while dealings with such subjects with clazwork .