II Maraton Nordic Walking - Blachownia, 29 września 2012

Subiektywnie o kilometrach, bólu i talerzach

Na te zawody czekaliśmy ponad rok. Dla mnie miały stanowić podsumowanie rocznej kariery kijkarza — debiutowałam w tej roli właśnie w zeszłorocznym maratonie.

Tym razem postanowiłam odłożyć na bok wszelkie ambicje. Poza jedną — dotrzeć do mety. Choć oczywiście trudno było nie myśleć o poprawieniu zeszłorocznego wyniku (6h00'17" — te 17 sekund bardzo kłuło przez cały rok...). W tygodniu przed maratonem starałam się odżywiać jak na maratończyka przystało (skutecznie) oraz nie przemęczać się (bardzo nieskutecznie). Niemądrym pomysłem był powrót na treningi aikido na kilka dni przed zawodami... Niefortunne skutki treningów starałam się zniwelować masażem dzień przed startem.

Wreszcie nadszedł sobotni poranek...

Nerwowe postukiwanie kijków słychać jeszcze przed przekroczeniem linii startu. Tuż przed 9 pojawiają się ostatni, prawie spóźnieni, zawodnicy. Zanim ruszymy organizatorzy dodają nam otuchy. Miło z ich strony, ale zamiast życzliwych słów wolałabym w tej chwili usłyszeć sygnał do startu. Nogi aż się rwą. Jeszcze... Odliczamy. 10, 9, 8... I nareszcie start! Przed nami kilka godzin zmagania się z kolejnymi kilometrami i bólem. Trudno mówić o walce z rywalami. Na tej trasie prawdziwą walkę toczy się z samym sobą.

Pamiętając nierozsądne i nazbyt ambitne pierwsze kilometry sprzed roku, tym razem ruszam spokojnie. Zawody rozpoczynamy niemal uroczystym okrążeniem po koronie stadionu. Przechodząc ponownie linię startu zostajemy nagrodzeni głośnymi owacjami. Kolejny punkt dla organizatorów za świetnie zorganizowany doping. Teraz przed nami "tylko" 6 powtórzeń tej samej, ponad 6-kilometrowej pętli... Trzymam się taty. Oboje postanowiliśmy oszczędzać siły i nie dać się ponieść emocjom. Pierwsze minuty upływają nam na narzekaniu na niedostateczną rozgrzewkę i spowodowany tym ból ścięgien. Nie pierwszy to raz, gdy rwiemy nie dość rozgrzani, wiemy więc, że ból wkrótce ustąpi. I rzeczywiście, niedługo potem maszerujemy w najlepsze, zabijając czas rozmową. Od momentu startu zajmuję drugie miejsce wśród kobiet i — przynajmniej na razie — nie przypuszczam ataku na pozycję liderki. Pokonujemy pierwsze okrążenie. Jest dobrze.

Na drugie kółko wchodzę w dobrym nastroju — nie czuję zmęczenia, trzymam się ciągle taty, co oznacza, że nadal utrzymuję dobre tempo. Na ósmym kilometrze niespodzianka — zza naszych pleców wyskakuje znienacka jeden z zawodników i wyprzedza nas niczym TGV pociąg osobowy. Zdumieni dochodzimy do wniosku, że zawodnik ów musiał się spóźnić na start. Czym innym wytłumaczyć taki wyskok na drugim okrążeniu? Nadal dobrze mi się idzie, tempo chyba bez zmian. W dobrym humorze wkraczamy na trzecią pętlę.

Powoli dają się we znaki pierwsze objawy zmęczenia. Niby nic takiego, ale już pić się chce częściej, czuję też ból w biodrze. Ale nadal idę jak trzeba, nie ma powodu do zmartwień. Trzymamy się razem z tatą, choć już od jakiegoś czasu każde z nas jest pogrążone w swoich myślach. Najwyraźniej czas wesołej pogawędki za nami. Powoli odległość do idącej przed nami liderki się zmniejsza. W żadnych zawodach nie udało mi się jej pokonać, zazwyczaj wchodzę na metę tuż za nią. Czy tym razem coś się zmieni?

Czwarte okrążenie. Zamieniamy się z tatą miejscami. Tym razem ja ciągnę. Zdziwiona, a jednocześnie zadowolona, że nadal dotrzymuję mu kroku. A niedługo potem kończymy 21 kilometr, czyli połowa trasy już za nami. Mniej optymistycznie — jeszcze połowa przed nami. Po chwili namysłu stwierdzam, że jeszcze skłaniam się do optymistycznej wersji. Powoli doganiamy Judytę. Idziemy za nią krok w krok. Dwa razy decyduję się ją wyprzedzić. Obie próby kończą się porażką. Cóż, jeszcze kawał drogi przed nami, nie ma co się zabijać już teraz. Tym bardziej, że zaczynają mnie boleć łydki...

Zauważam, że tata zaczyna trochę zostawać. Pytam, czy wszystko w porządku i w tym momencie... potykam się o korzeń. Lecę lotem koszącym, przebierając prędko nogami — byle nie upaść. Przez głowę przelatuje milion myśli. Mam wrażenie, że tak właśnie wygląda wieczność. I nie jest to przyjemna wizja. Ostatecznie udaje mi się ustać, ale odczuwam skutki potknięcia. Nogi promieniują bólem, trzęsą się i nie chcą dalej pędzić. Ciało całe zesztywniało. Słyszę jak tata z tyłu krzyczy: "Goń! Goń za nimi!". Patrzę na oddalające się plecy Judyty i jeszcze jednego zawodnika, do którego udało nam się zbliżyć. Zbieram resztki sił i ruszam w pogoń...

Piąta pętla. Tata został z tyłu. Mam wyrzuty sumienia, że zostawiam go za sobą, ale usprawiedliwiam się myślą, że gdyby każdy czekał na każdego, to linia mety musiałaby być niewiarygodnie szeroka... Skurcz w prawej łydce powoli mija, ale czuję się coraz mniej komfortowo. Już nie ma mowy o przyspieszaniu i gwałtownych zrywach. Powoli zaczyna się człapanie. Lewa, prawa... lewa, prawa... Już przecież nie tak daleko. Na kolejnych punktach żywieniowych wypijam coraz więcej. Izotonik, woda, izotonik, woda... Pomaga tylko na chwilę. Pod koniec okrążenia zaczynam marzyć. Oczyma wyobraźni widzę wielkie, soczyste jabłko. Wizja ta będzie mi towarzyszyć do końca maratonu.

Zaczynam ostatnie ze standardowych okrążeń. Myśl, że już więcej nie będę tędy przechodzić (przynajmniej dzisiaj), pozwala mi się skupić na okolicznych krajobrazach i na chwilę zapomnieć o bólu promieniującym już z całego ciała. Tu las, tam jeziorko, jakoś jest... Momentami mam ochotę wyrzucić kijki i albo położyć się w trawie albo ruszyć biegiem do mety. Byle tylko coś zmienić, byle pozwolić mięśniom odpocząć. Ale napieram dalej - przecież nie mam wyjścia. W punkcie żywieniowym nie wytrzymuję napięcia i pytam o godzinę. 13:44. Czyli jest dobrze. Nawet bardzo. Do mety jeszcze ok. 6 kilometrów. Może 7? Jeśli nic bardzo złego się nie wydarzy, to poprawię zeszłoroczny czas i to znacznie.

Wychodzę z lasu, czas rozpocząć pętlę finałową. Po drodze, dla zabicia czasu, po wielokroć obliczałam długość tejże pętli. Przede mną 4 kilometry. I 195 metrów. Tylko że... dzieciaki pilnujące trasy mówią, że mam iść w prawo. Ponieważ zawodnik idący przede mną tak właśnie zrobił, ruszam za nim. Ale coś się nie zgadza... Idziemy jakiś czas przez miasto, a następnie wchodzimy na stadion. Nadal myślę o — moim zdaniem — straconych dwóch kilometrach. Z drugiej strony jestem już bardzo zmęczona i z radością myślę o finiszu. Jeszcze na koniec honorowa rundka po koronie stadionu...

I nareszcie! Finisz! Gratulujemy sobie z zawodnikami stojącymi przy linii mety. Jestem pewna swojej drugiej lokaty w kategorii kobiet. Czyli nie tylko poprawiłam zeszłoroczny czas, ale i uda mi się stanąć na wyższym stopniu podium. Jest dobrze, ale... Zaginione kilometry nie dają mi spokoju. Okazuje się, że miałam rację. Pacemaker popełnił błąd i skrócił ostatnią pętlę o 2,2 km... Czyli mamy za sobą ok. 95% maratonu. Trochę się cieszę, bo ledwo powłóczę nogami. Ale trochę żal, że jednak nie był to pełny maraton. Rozglądam się i widzę, że nie tylko ja jedna chodzę jakby po dwóch dobach galopowania ktoś mnie zdjął z konia... Pytam jednego z kibiców o tatę i zszokowana dowiaduję się, że zszedł z trasy na piątym kółku. Podejmuję odważny plan odnalezienia go.  

Poszukiwanie taty i kółko wokół stadionu z kończącą zawody mamą postawiły mnie na nogi. Potem jeszcze prysznic i wielka porcja bigosu przypomniały mi, jak to jest być człowiekiem. Zapomniałam o chwilowej niechęci do kijków, choć tego dnia wolałam je już schować do bagażnika. Same stamtąd nie wyjdą.

Po raz kolejny zawody w Blachowni zachwyciły wspaniałą atmosferą. Mały problem z długością trasy został po stokroć wynagrodzony staraniami organizatorów, abyśmy te straszne godziny na trasie spędzili jak najprzyjemniej. Znacznie lepiej niż w zeszłym roku zorganizowane były punkty żywieniowe, do których docieraliśmy co 3-4 kilometry. Bardzo fajnie przechodziło się przez miasto, gdzie na każdym okrążeniu witała nas grupka dopingujących kibiców. Standardowa pętla, z którą przyszło nam się zmagać aż sześciokrotnie, była moim zdaniem bardzo atrakcyjna: pierwsze dwa kilometry po lesie (jeden niefajny kawałek po szutrze, na szczęście krótki), następnie bardzo przyjemne krążenie pomiędzy malowniczymi jeziorkami, jeden malutki pagórek, kawałek asfaltu przez miasto (asfaltu nie lubię, ale doping jak najbardziej), a na koniec ponownie las i łąki.

Podsumowując: pomimo oczywistych niedogodności (w końcu to 40 km...), było fantastycznie! Wielkie "dziękuję" dla organizatorów! Mam nadzieję, że za rok znów będę mieć okazję do walki ze swoimi słabościami właśnie na trasie maratonu w Blachowni.

Trasa: 40 km
Czas: 5h16'52''
Miejsca: 2 wśród kobiet, 12 w ogóle
Zdobycze: medal, puchar, dyplom i 18 talerzy :)

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found