Gra miejska w Jaworznie

Wczoraj – tylko we dwójkę z Jarkiem – wystartowaliśmy w kolejnej edycji Silesia Race, która odbyła się w Jaworznie,  tym razem w konkurencji Sportowa Gra Miejska.
Prognozy zapowiadały dzień iście wiosenny, ale szary poranek bynajmniej tego nie zwiastował. Dwa stopnie na plusie, zamarznięte po nocy kałuże i zimny wiatr nie zachęcały do startu. Zwłaszcza, że biegi na orientację mają to do siebie,  że człowiek porusza się zrywami:  zagrzeje na odcinkach przelotowych, a potem stygnie szukając punktu lub rozwiązując zagadkę.
Skoro jednak już dwa miesiące wcześniej opłaciliśmy udział, to teraz trzeba było zjeść tę żabę. W moim wypadku zresztą mówienie o bieganiu na orientację byłoby nadużyciem. Można było co najwyżej nazywać to truchtomaszerowaniem za mężem., który – jak słusznie przewidywałam – będzie coraz bardziej zirytowany moim tempem przemieszczania się.
Sportowa Gra Miejska startowała wspólnie z trasą rodzinną, która miała jednak do zaliczenia mniej punktów kontrolnych.  Po obejrzeniu mapy Jarek zdecydował się na strategię „zgodną ze wskazówkami zegara”, co oznaczało odwiedzenie najpierw punktów najbardziej oddalonych od centrum Jaworzna.
Na początku fajnie nam się biegło przez zielone tereny wokół Jaworzna, choć oczywiście dość szybko straciliśmy kontakt z liderami. Pierwszy problem pojawił się przy poszukiwaniach punktu nr 1, ale dokładne przyjrzenie się mapie i wskazówkom pozwoliło rozstrzygnąć wątpliwości.  W punkcie nr 2 szybko (aczkolwiek przy drobnej podpowiedzi dotyczącej rozpoznawania typów skamienielin) rozwiązaliśmy dwa zadania specjalne i po kilku łykach gorącej herbaty pomknęliśmy dalej.
Niestety, gdy już obiegliśmy dwie trzecie Jaworzna, mniej więcej na 13 kilometrze coś łupnęło mnie w kolanie i dalszy trucht był prawie niemożliwy. Wlokłam się z trudem za Jarkiem pocieszając  się jedynie, że większość biegania mamy już za sobą. Teraz czekało nas sporo punktów miejskich: a zatem znajdywanie w muzeum odpowiedzi na pytania o historię Jaworzna, proste zadania sprawnościowe w  klubie fitness, liczenie klatek schodowych w blokach i znajdowanie nazw rozmaitych zakładów usługowych.
Z wszystkim sobie poradziliśmy, pozostało nam jedynie dobiec do mety. Niestety, zamiast dokładnie przyjrzeć się mapie, zdecydowaliśmy się zasięgnąć języka u miejscowych. I tym sposobem niechcący zwiedziliśmy całkiem spory kawałek Jaworzna, niestety – nieszczególnie ciekawy i nadrobiliśmy niepotrzebnie dobre 5 km. No cóż, co nagle to po diable.
Ostatecznie jakoś dotarliśmy do szkoły, w której było biuro zawodów, prawdopodobnie jako dziewiąty zespół.
Organizacja zawodów – przynajmniej jeśli chodzi o konkurencję, w której uczestniczyliśmy – jak zwykle bez zarzutu. Fajna trasa, dobre mapy, pomysłowe – choć proste zadania, czyli wszystko, czego trzeba do dobrej zabawy.
Szkoda tylko, że moje kolano nie umiało tego docenić.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found