Drezno 2018

Włodek

Start w drezdeńskim maratonie zaplanowaliśmy z Andrzejem już kilka miesięcy temu. Andrzej pobiegł swój drugi w tym roku - po zimowej Ostrawie - i 32 w karierze maraton z buta. Ja startowałem jako tzw. suport - pobiegłem dyszkę - i pełniłem rolę fotoreportera. Dzień przed startem przemaszerowaliśmy po mieście około 20 km - z tego połowa w mocnym tempie . Warto było, bo miasto ładne, mimo iż pod koniec wojny niemal doszczętnie zniszczyli je Anglicy dywanowymi bombardowaniami. Wieczorem byliśmy wykończeni i z braku Tajek sami musieliśmy obsłużyć się wzajemnie masażami - bez podtekstów – nie były to masaże erotyczne! Dzięki temu mogłem w ogóle wystartować. Godziny startu były dziwne bo ja ruszyłem na trasę o 10.00 a Andrzej o 10.30. Te 30 min. różnicy dały mi szansę na zrobienie fotek Andrzejowi w połowie dystansu, potem nie było to już możliwe, oprócz strefy mety. Pogoda do biegania - i nie tylko - była idealna - plus 10 stopni, pojawiające się słoneczko, lekki wiaterek. Trasa płaska, ja największy problem miałem na szóstym kilometrze - podbieg na most na rzece Elbie, po polsku Łaba. Następne dwa kilometry też były trudne, ale końcówka całkiem dobra. Wyprzedziłem prawie dwustu biegaczy na ponad tysiąc (1020). Andrzej pobiegł bardzo dobrze i z czasem 3 godz. 51 min. był w połowie stawki ponad ośmiuset biegaczy (895). Półmaraton ukończyło 1846 zawodników.

Medal ładny, po biegu można było się napić piwa bezalkoholowego.

W powrotną drogę ruszyliśmy we trzech z Arturem Pelikanem (3.13 godz. w maratonie) z NGB Kłobuck. Na wybory samorządowe nie zdążyliśmy.

Andrzej

Po nieźle zaliczonym maratonie wiosennym w Ostrawie chciałem coś znaleźć na jesień. Kilka razy na telefonicznym facebooku pojawiła mi się reklama maratonu w Dreźnie. Pomyślałem: dlaczego nie? Termin odpowiedni, niedaleko i znając niemiecką solidność powinno być „alles ist in ordnung”.

Udało mi się namówić Włodka, który jest zawsze otwarty na propozycje. Wyjechaliśmy o 4.00. Droga świetna: pustawo, sucho i chwilami słonecznie. Pod domem, w którym mieliśmy nocować byliśmy o 9.30. Niestety nie mogliśmy się skontaktować z gospodarzem. Poszliśmy więc do biura zawodów po numery. Myśleliśmy, że będzie to spacer ale kilka kilometrów było. Nie myślałem o podjechaniu bo obawiałem się braku miejsca. W międzyczasie odezwał się gospodarz, że już jest i czeka. To wymusiło szybsze tempo marszu. Po odebraniu numerów i zestawu startowego – makulatura, mała gąbka, dwa cukierki z glukozą - wróciliśmy do samochodu. Mieszkanie okazało się ładnym apartamentem kompletnie wyposażonym, za który daliśmy naprawdę śmieszne pieniądze – po 60 zł. Spacer dał nam na tyle w kość, że kilka godzin odpoczywaliśmy. Po 15.00 ruszyliśmy już w tempie spacerowym na starówkę. Mimo chłodu w Dreźnie było dużo turystów. Powałęsaliśmy się trochę, chłonąc klimaty Martina Lutra i na 20.00 byliśmy w domu. Stwierdziłem, iż masaż, który wziąłem w piątek po południu przydałby się teraz. Włodek narzekał na kolano. Zrobiliśmy więc sobie wzajemny masaż – myślę, że trochę nam obojgu pomógł. Grzane piwo z miodem – Włodek był pociągający a mnie zaczynało brać. O 22.00 już spaliśmy. Rano lekkie śniadanie i wyjazd o 8.15 do strefy startu na specjalnie przygotowany parking na 1500 samochodów. W międzyczasie odezwał się Artur Pelikan z NGB Kłobuck z propozycją wspólnego powrotu z nami. Byliśmy za. Po dojechaniu zdaliśmy depozyt i poszliśmy na start. Włodek ruszył o 10.00. Ja już nie wracałem do biura zawodów - było trochę chłodno, ale wyszło słońce. Miałem wiele obaw co do mojego startu. Wszak to dopiero drugi maraton z buta po dwuletniej przerwie. Przygotowując się do niego dałem sobie trochę w kość i nie wiedziałem jak będzie. Postanowiłem biec z audiobookiem. Wariant ten zastosowałem po raz pierwszy w wiosennym maratonie w Ostrawie. Trasę maratonu reklamowano jako wybitnie płaską i tak było w istocie. Ruszyliśmy razem z półmaratończykami. Po dobiegnięciu na 20 km my ruszyliśmy na drugą pętlę, która tylko częściowo pokrywała się z pierwszą. Na trasie dużo kibiców, co kilka kilometrów zespoły muzyczne – prawie wszystkie bębnowe – które dawały niezły power. Biegło mi się nieźle, nawet trochę za szybko niż planowałem. Półmaraton przebiegłem w czasie 1.52. Stwierdziłem, iż w czterech godzinach uda mi się zmieścić. Na połówce był Włodek, który ciągle się przemieszczając zdołał mi zrobić kilka zdjęć. Na jednej z agrafek minąłem się z Arturem. Na mecie miałem jednak dość. Piwo bezalkoholowe, depozyt i obowiązkowo prysznic. Poszliśmy do auta, gdzie niedługo dotarł do nas Artur. Wyjazd bezproblemowy. Całą droga powrotna minęła błyskawicznie – przegadaliśmy o bieganiu. Niezwykle udany wyjazd. Włodek – mimo, iż przed startem też miał wiele obaw – również zadowolony. Dzięki Włodku za wspólny wypad.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

People in this conversation

Comments (2)