Silesia Race - Łazy 2018

Wczoraj, razem z Andrzejem i Markiem, wystartowaliśmy w zawodach Silesia Race. Ponieważ nasze doświadczenie w biegach na orientację nie jest duże (Andrzej i Marek debiutowali w tej konkurencji, ja miałem za sobą jeden start), wybraliśmy trasę turystyczno – rekreacyjną w kategorii dla dorosłych.
Według organizatora trasa miała mieć długość 10-15 km. Z mojego „bogatego” doświadczenia wiedziałem, że na pewno przebiegniemy więcej niż 15 km. Zawody rozpoczęły się odprawą przedbiegową. Razem z nami startowali zawodnicy w biegu na 25 km i rodziny z dziećmi na 10-15 km.
Po otrzymaniu mapy i karty biegu podejmujemy szybką decyzję: biegniemy do punktów 7A i 7B (patrz mapka).

W tych punktach czekają na nas zadania specjalne. Jedno z nich to wspięcie się na ściankę. Tu mistrzem jest Marek i w mgnieniu oka jest na górze. Drugie zadanie to przepłynięcie kajakiem około 200 m. Zanim się zorientowałem, Andrzej dziarsko machał wiosłami. Mnie przypadło dziurkowanie karty biegu (w końcu najważniejsza czynność!). Po zaliczeniu zadań specjalnych nasz wybór pada na punkt nr 5. Szybka decyzja którędy tam dobiec i w nogi. Po drodze mijamy ojca z dwójką dzieci na rowerach (dzieci mogą korzystać z tego wynalazku) i to okazuje się błędem. W pewnym momencie orientujemy się, że zgubiliśmy drogę. Trzeba było biec za ojcem z dziećmi. Oni chyba znali drogę. Ale przecież nie będziemy wracać. Obierając właściwy azymut przedzieramy się przez łąki obfitujące w pokrzywy i inne, rosnące na wysokość ponad 1 metra, chwasty. Jakoś dajemy radę, ale trafiliśmy na rzekę. Za szeroką by ją przeskoczyć. Wśród pokrzyw udało nam się znaleźć murek, który pomógł pokonać tę przeszkodę.
Potem już było łatwiej, bo zobaczyliśmy w oddali innych zawodników. Do punktów 5, 8  i 6  dotarliśmy bezproblemowo. Tzn. ja z pewnymi problemami, bo bieganie z Andrzejem i Markiem – wcielonymi gepardami - nie jest łatwe. Na szczęście wielkodusznie czekali na mnie, więc w zasadzie podążaliśmy w trójkę.
Z punktu 6 należało udać się w kierunku Łaz. Dróg do wyboru było kilka. Wybraliśmy tę na północ. Biegliśmy, szliśmy, biegliśmy itd. Trwało to całe wieki. I jak nam się wydawało, że jesteśmy w połowie drogi do Łaz, po lewej stronie naszym oczom ukazał się kościół. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że to był kościół w Łazach!!! Całe szczęście, że Andrzej zna wszystkie kościoły w okolicy, bo my z Markiem jesteśmy w tej dziedzinie niedoinformowani. Na dodatek przy kościele był punkt 3.
Potem już było łatwo. Punkt 2 przy Urzędzie Miasta – zadanie specjalne. Dostajemy 3 skrzynki po piwie i musimy przemieścić się po tych skrzynkach z punktu A do punktu B. Oczywiście nie wolno dotknąć ziemi. Szybko opanowujemy technikę przemieszczania się i kolejne zadanie zaliczone. Pędzimy do punktu 1. Lokomotywa. Taka jak z wiersza Tuwima. Podbijamy kartę w szoferce (czy jak się tam to miejsce w lokomotywie nazywa) i lecimy do Miejskiego Domu Kultury. Jak przystało na ten przybytek mamy kolejne zadania specjalne. Trzeba przeanagramować podane zestawy  słów (4 zadania) i rozwiązać tangram, polegający na ułożeniu domku z podanych elementów. Po 10 minutach domek ułożony, dwa anagramy zaliczone, 10 minut kary za brak pozostałych rozwiązań i pędzimy na metę.
Metę osiągnęliśmy przed 13.30. W nagrodę otrzymujemy po pączku i talon na żurek. Jeszcze losowanie jednej nagrody (nie mieliśmy szczęścia) i wracamy szybko do domu. Andrzej spieszy się na wieś, Marek wyjeżdża służbowo za granicę, a ja pędzę do siedzącej w domu, ze złamanym żebrem, żony.
Dziękuję Andrzejowi i Markowi za wspólną zabawę (Marek zastąpił zapisaną początkowo Asię) i za wyrozumiałość dla moich słabości (beze mnie byliby na mecie szybciej). Według naszych obliczeń wygraliśmy tę imprezę. Myślę, że nie był to nasz ostatni bieg na orientację (ja mam w planie bieg w Cżęstochowie 7 października).

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found