Maraton nocny w Ostrawie

Prawie dokładnie 3 lata minęło od mojego ostatniego maratonu z buta. Styczeń, luty i połowę marca przepracowałem dość intensywnie między innymi dzięki kilku niedzielnym 20-sto kilometrowym wybieganiom wykonanym wspólnie z Markiem Cebulą. To i dodatkowo przebiegnięty w Bochni prawie maraton spowodowały, iż zapragnąłem sprawdzić się na tym królewskim dystansie. Zacząłem szukać na Maratonach Polskich i wybór padł na Ostrawę. 24 marca miał się tam odbyć maraton nocny organizowany po raz drugi. Na wybór wpłynęło kilka czynników. Bliska odległość – 155 km, niewielka opłata startowa – 250 koron, inna formuła – noc oraz 12 pętli po 3,5 km. Pomyślałem, że gdybym nie mógł dać rady to bieg zakończę na którymś z kolei okrążeniu. Obawa o swoją formę i aktualne możliwości spowodowały, iż nie powiedziałem nikomu o swoich planach. Jeżeli by się udało – byłoby super, a jeżeli musiałbym zejść wcześniej to nie musiałbym się wstydzić. Wysłałem meilowe zgłoszenie i w sobotę ok 19.00 pojechałem. Przybyłem na godz 21.00. Biuro zawodów miało być w Wagon Club. Na miejscu okazało się, że to … pub. Za barem był mały pokoik gdzie przyjmowano zgłoszenia. Numer startowy – materiałowy na tasiemkach z przodu i tyłu jak na Biegu Piastów – można sobie było wybrać. Obok mojego auta zaparkowało jeszcze 3 z Polski co razem dało około 5 zawodników z naszego kraju. Start miał się obyć o godz. 22.00. Na miejscu startu zostawiłem reklamówkę z napojami i batonami. Całą grupę – około 35 osób ustawiono ok. 200 m przed linią mety tak aby osiągnąć dystans pełnego maratonu. W przed startowych przemyśleniach długo zastanawiałem się na jaki czas, w jakim tempie biec. Założyłem iż powinienem zmieścić się w 4 godzinach czyli okrążenie – 3,5 km - w 20 minut, 3 w godzinę i 12 w 4 godziny. Temperatura była ok. 0 stopni, wiał – jak się potem okazało na trasie – wiatr raz w plecy, a raz w twarz. Ruszyliśmy. Najpierw lekko pod górę, potem ponad kilometrowy zbieg a potem góra, dół – na zmianę. Na szczęście – cenne zwłaszcza na ostatnich okrążeniach – podbiegi jak i zbiegi były łagodne. Pierwsze trzy okrążenia pokonałem w 57 min, czyli lepiej niż zakładałem. Po połowie dystansu miałem ok 5 min zapasu do planu. Na każdym okrążeniu piłem bądź jadłem batony albo wystawione przez organizatorów banany, rodzynki i ciepłą herbatę. Udało mi się zdublować kilku zawodników. Natomiast mnie na całym dystansie zdublował tylko jeden. No ale potem zaczęły się schody. Skarpety uciskowe robiły swoje jeśli chodzi łydki ale uda coraz bardziej zaczęły boleć. Zaoszczędzony czas zaczął topnieć. Mimo to udało mi się wyprzedzić jeszcze kilku zawodników. Na mecie stał jeden z organizatorów, który każdemu ręcznie zapisywał okrążenia i czasy. Jakże bosko brzmiał jego głos kiedy krzyknął do mnie: Ostatnie! Wpadam na metę wyłączam garmina i patrzę na czas: 4.00.00. Sędzia też krzyczy do mnie: Równo 4.00. Ale mówiąc szczerze czas nie był dla mnie najważniejszy. Marzyłem tylko aby gdzieś usiąść. Zapytałem tylko jeszcze o miejsce – i tu niespodzianka: Jesteś piąty! Coś niesamowitego. Odebrałem jeszcze symboliczny medal i czas do domu. W tym momencie zaczęły mnie brać skurcze, ale jakoś doszedłem do auta i bez przebierania ruszyłem w drogę powrotną. Była 2.00 a w zasadzie po zmianie czasu 3.00 godzina. W domu byłem na 5.00. Za długo nie pospałem, bo o 10.00 ostatnie zawody w Planicy. Najbliższe dni pokażą jak zniosły to moje nogi. Osobiście jestem niesamowicie zadowolony. Organizacja skromna, ale było niezwykle sympatycznie, towarzysko i przyjaźnie.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found