Bochnia 2018 - Andrzej

5 lat czekałem, ale się doczekałem. Znów zjeżdżamy w podziemia. Prawie dwa dni odcięci od świata zewnętrznego. Ale za to w jakim towarzystwie, w jakiej atmosferze. Nic nie może się równać z 12 godzinnym podziemnym biegiem sztafetowym w Bochni. Tego, że nas w tym roku wylosują byłem pewny w ... 90%. Szkoda, że nie udało się drugiej drużynie - to byłaby frajda gdyby 8 Leśnych biegało razem. Ale trudno - jedziemy tylko my. Marek pierwszy raz, ja z Włodkiem i Łukaszem  już po raz kolejny. Do Bochni dotarliśmy około 20.15. Kolejka do zjazdu nawet nie była długa i już po kilkunastu minutach zjeżdżaliśmy w głąb. Udało nam się znaleźć przytulne, piętrowe łóżka i odebraliśmy numery startowe. Tym razem przypadł nam numer 65, ostatni. Pocieszaliśmy się, iż przyznano nam go nie ze względu na średnią wieku ale na pierwszą literę nazwy klubu - ostatnią wśród drużyn startujących. Po pięciu latach nieobecności zaszło trochę zmian. Odnowiono toalety, zmieniono układ  części sypialnej i zmniejszono ilość ... pryszniców. Posiedzieliśmy trochę uzupełniając białko i umiarkowanie się nawadniając. Potem spanie. Dzięki zatyczkom udało mi się trochę pospać. Rano zjedliśmy śniadanie i omówiliśmy plan zmian. Zaczyna Marek - jako nowicjusz, potem ja, Sławek i Włodek. Każdy po jednym kółku. I dopóki się da, to trzymamy ten system. Dwie lub trzy minuty po 10 zaczęło się. Tempo było niezłe, każdy kolejne okrążenia biegł w równym, odpowiednim dla siebie czasie. Po ok 4 godzinach stwierdziliśmy, że czas schodzić na posiłek. Pierwszy zjechał Marek, potem ja, Sławek i Włodek. Polegało to na tym, iż jedzący miał jedną zmianę wolną. Włodek zaczął odczuwać dolegliwości związane z kolanem i żołądkiem. W czasie swojej przerwy nie jadł posiłku ale wypoczął, co przydało się w następnych zmianach. W miarę upływu czasu tempo zaczęło nieznacznie spadać. Oczywiście nie dotyczyło to Łukasza, który wykonał dwa najszybsze okrążenia w historii startów Ludków w Bochni. Zaczęło narastać zmęczenie. Dopiero teraz zrozumiałem dlaczego Włodek jechał z taka obawą. Po prostu ma lepszą pamięć od mnie. Ja już zapomniałem jak jest ciężko na ostatnich okrążeniach. Ale daliśmy radę. Ostatnie kółko biegł Łukasz i sygnał kończący bieg zastał mnie w kolejce po prysznica. Marek był już po a wkrótce zjawili się chłopaki i w miarę szybko udało im się wykąpać. Usiedliśmy do zasłużonego posiłku i świętowania zarówno ukończenia biegu jak i wczorajszych, moich urodzin. Niestety zmęczenie było tak duże, że już wkrótce poszliśmy spać. Rano tylko Włodek zdecydował się na wycieczkę z przewodnikiem. Tradycyjne wręczanie medali na sali ze wszystkimi drużynami. Szczęśliwe - dla Łukasza - losowanie. Na powierzchni powitała nas iście wiosenna atmosfera. Zmęczeni ale zadowoleni wróciliśmy do domu. Nie piszę tu o wynikach bo tym na pewno zajmie się Włodek. Chcę tylko stwierdzić, iż wszyscy pobiegli powyżej swoich możliwości. Bieg dla drużyny wyzwala dodatkowe, ukryte siły i - jak dla mnie - bieganie sztafetowe sprawia mi olbrzymią przyjemność. Wracając z zawodów mówiliśmy, że to ostatni raz. Ale teraz po kilku dniach, myślę - przynajmniej ja - że może jeszcze raz...

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found