Bochnia 2018 - Łukasz

W słoneczne popołudnie 9 marca 2018 roku, w iście wiosennej scenerii, wraz z Markiem Cebulą, jubilatem Andrzejem i prezesem Włodkiem, wybraliśmy się na kolejne zmagania z cyklu 12-godzinnego Podziemnego Biegu Sztafetowego. Dla LL był to już 8 (!) start pod bocheńską ziemią. Statystyk nie znam (w tej sprawie liczę na wsparcie Prezesa), ale przypuszczam, że mało która ekipa może pochwalić się taką liczbą startów jak my. Dla mnie był to start o tyle wyjątkowy, że jeszcze na miesiąc przed imprezą nic nie wskazywało na to, że znajdę się w drużynie, której szczęście dopisało w losowaniu. Miejsce w sztafecie zawdzięczam Jarkowi, z którym trudy biegania w kopalni przeżyliśmy wspólnie cztery lata temu. Jarek zdecydował się odstąpić swoje miejsce dla mnie i w taki sposób znalazłem się w ekipie z dziką kartą. Druga strona wyjątkowości tego startu polegała na tym, że moja forma pozostawała zagadką. W zeszłym roku „oficjalnie” zakończyłem przygodę z chodem sportowym i wyczynowym trenowaniem lekkiej atletyki. Tym samym tak objętość jak i
intensywność moich treningów uległa zmianie – na gorsze.
Wieczorową porą dotarliśmy na miejsce. Sportowe święto właśnie się zaczynało, a my tego samego wieczoru (jak i następnego, już po zawodach) wznosiliśmy symboliczny toast z okazji innego święta – urodzin Andrzeja. Następnego dnia rano wyspani mniej lub bardziej, prawie punktualnie o 10:00 rozpoczęliśmy 12 godzinne zmagania. Marek otworzył pierwsze okrążenie i zaczęło się… 58 okrążeń później cieszyliśmy, że kilometry są już w nogach, pokonane. Dla mnie była to okazja na „odegranie się” za zeszłoroczny start, którego końcówka, delikatnie mówiąc, nie należała do łatwych. Tym razem zachowałem pewne rezerwy, które pozwoliły mi na końcówce zmagań przyspieszyć i wykręcić wyniki poniżej 10 minut, co,nie ukrywam, sprawiło mi ogromną frajdę, tym bardziej, że pozwoliło mi to na ustanowienie nowego rekordu naszego klubu. Charyzma i waleczne serce Prezesa sprawiły, że zamiast planowanych 9 kółek przebiegł aż 12 (!), Marek i Andrzej stanęli na wysokości zadania i zrobili użytek ze swojej wysokiej formy. Tym samym w ostatnich godzinach zawodów czerpaliśmy przyjemność z tego, że mamy wszystko pod kontrolą. Następnego dnia z największą przyjemnością przyjęliśmy medale od burmistrza Bochni i organizatorów imprezy. Przy okazji spotkała mnie miła niespodzianka – wylosowany upominek, lampa solna, która, jak to powiedział Włodek, jest nagrodą za dobry występ.
Niedzielne przedpołudnie przywitało Nas ciepłym słońcem; wyjechaliśmy z Bochni w poczuciu spełnienia dobrego obowiązku i pełni pozytywnej energii (skłamałbym, mówiąc, że nie zmęczeni). Kto wie, co przyniesie przyszły rok, być może znowu, razem z LL wystąpię na podziemnej arenie, z dziką kartą lub bez.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters

Comments

  • No comments found