Andrzej w Berlinie

Do Berlina w tym roku pojechaliśmy w silnym składzie: Jarek Gałązka z buta, Krzara i ja na rolkach a Renia i Ania jako doping.  Jarkowi udało się wylosować szczęśliwy numer, ja z Krzarą nie musieliśmy się martwić o start. O maratonie berlińskim wspomniałem Krzychowi na naszej, klubowej imprezie i nie musiałem go długo namawiać, Podobnie jak rok temu wyjechaliśmy około  4.00 by o 10.00 odbierać pakiety startowe. Zaparkowaliśmy około 200 m od wejścia na Expo. Po odebraniu numeru startowego oraz pakietu przez następne dwie godziny chodziliśmy po targach. Później kawa, kanapki, izotoniczne piwo bezalkoholowe i około 13.00 udaliśmy się na odległy 2 km start pod Bramą Brandenburską. Pogoda idealna: bez opadów, temperatura około 20 stopni. Do strefy depozytów i startowej mogliśmy wejść tylko we dwoje z Krzarą.  Po przebraniu udaliśmy się około 15.00 na start. O 15.30 ruszyła elita, a potem co dwie minuty kolejne strefy. Ruszyliśmy i my. Krzychu od razu mi odjechał. Jechałem swoim tempem. Trasa jak rok temu, asfalt super, jechało mi się nieźle. Po kilku kilometrach zaczęli mnie dochodzić, a raczej dojeżdżać zawodnicy z następnej strefy. Ale nie było tłoku. Najszybsi byli już daleko z przodu. Znając trasę jechałem na większym luzie. Wiedziałem, że będą również koleiny, łaty, tory tramwajowe. Z czasem zaczęło dawać znać zmęczenie. Tempo miałem podobne jak rok temu i czas zapowiadał się podobny. Niestety zaczęła się psuć pogoda i na około 5 km przed metą zaczęło padać. Trasa zrobiła się strasznie śliska, nogi po każdym odepchnięciu rozjeżdżały mi się. Zaczęły się liczne wywrotki. Musiałem znacznie zwolnić. Tempo tak spadło, że szybciej bym tą końcówkę przebiegł. Przed Bramą Brandenburską dodatkowo kostka. Wreszcie meta. Przemoczony ale szczęśliwy udałem się po rzeczy. Niestety na mecie nie spotkałem Krzycha ale mieliśmy umówione miejsce rezerwowe … przy samochodzie. Gałązki czekały na nas w aucie. Krzychu dotarł po chwili. Był niesamowicie zadowolony – zrobił życiówkę. Ja miałem czas gorszy niż przed rokiem, ale byłem szczęśliwy, że nic mi się nie stało. Jeszcze tylko przejazd na nocleg i wreszcie gorący prysznic. My z Krzarą byliśmy już po bólu, Jarek przed. Rano wczesna pobudka i wyjazd na start. Mieliśmy około 20 km do przejechania. Udało się na dostać na odległość około 3 km od startu – dalej ulice były już zablokowane. Jarek udał się do swojej strefy startowej a my zajęliśmy pozycje przed linią startową. I wtedy się zaczęło. Ja jako kibic widziałem start maratonu w Berlinie po raz drugi – pierwszy raz w roku 2006, gdy debiutował Marek Cebula – ale pozostali oglądali to pierwszy raz. A było co oglądać. Strefa za strefą, tysiące biegaczy, tysiące kibiców, widowisko niedopisania. Sam start trwał prawie godzinę. Pogoda bardzo dobra – pochmurnie, ale bez deszczu. Teraz pozostało nam tylko czekać. Niedaleko od mety można było po przejściu około 10 minut trafić na 38 kilometr. I tam po ok. 3 godzinach udaliśmy się z Krzarą aby wypatrywać Jarka. I udało nam się. Zdążyliśmy mu zrobić kilka zdjęć i biegiem na metę. Tu również uchwyciliśmy go na tle Bramy Brandenburskiej. Jarek ukończył bieg w dobrej formie i mimo, że nie zrobił życiówki, był bardzo zadowolony. Renia – będąc pod wielkim wrażeniem imprezy -  postanowiła, że następne okrągłe urodziny chciałaby uczcić maratonem w Berlinie. Tylko jak ma zrobić aby ją wylosowali? Spacer do samochodu, posiłek i powrót do domu. Zarówno debiutanci berlińscy: Jarek i Krzysiek, ja – trzeci raz zaliczony – jak i dziewczyny – byliśmy wszyscy bardzo zadowoleni i pod dużym wrażeniem tej wielkiej, świetnie zorganizowanej imprezy.

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

People in this conversation

Comments (1)