XVIII Bieg Śladami Walk Legionistów - Bydlin, 11 listopada 2012

Miodna waleczność z nutką dziegciu

Relacja z ostatnich zawodów pojawia się z niemal tygodniowym poślizgiem, gdyż — wstyd się przyznać — pojedyncze wolne godziny w mijającym tygodniu wolałam przeznaczać na sen. Zabieganie bywa męczące. Przede wszystkim jednak musiałam dojść do siebie po obejrzeniu "oficjalnych" wyników biegu...

Ostatni — jakże patriotyczny i podniosły — weekend przybył do nas wraz z rozległym niżem znad Rosji i równocześnie wiatrami z południa. Niezależnie od tego, co to oznacza w teorii, w praktyce znaleźliśmy się w zasięgu oddziaływania wiatru fenowego i tym samym mogliśmy delektować się piękną i słoneczną niedzielą.

Razem z tymi wszystkimi wiatrami stworzyliśmy silny front w planowanym od dawna biegu w Bydlinie. Poza niekwestionowaną siłą tkwiącą w jakości, zaprezentowaliśmy także siłę ilościową — na start przybyło aż 63,(63)% Leśnych! Podążając tym statystycznym tropem dodajmy, że Ludki stanowiły ponad 6,14% wszystkich 114 zawodników.

Tak więc... stawiliśmy się w pełnym słońcu i rynsztunku na bydlińskiej trasie by razem ze wspomnianą ponad setką biegaczy podążyć śladami walk legionistów. (Swoją drogą ciekawe, czy owe walki toczyły się na przebieżanych przez nas pętlach...) Jak już wspomniałam pogoda nas rozpieszczała, co ponoć jest zjawiskiem wybitnie nietypowym podczas tego biegu. Dość wspomnieć, że rok temu biegacze zmagali się nie tylko z kilometrami, ale także z mroźnym powietrzem i prószącym śniegiem. Tym razem temperatura była tak bardzo dodatnia, że śnieg topniał nawet we wspomnieniach uczestników zeszłorocznego biegu. Wspomnienia mają jednak to do siebie, że żyją swoim życiem bardzo długo. W związku z tym przyodzienie niektórych biegaczy zdawało się dalece odbiegać od idealnego stroju dla odczuwalnych 16 stopni. Na plusie.

Stanęliśmy na starcie w składzie: Asia, Andrzej, Jarek, Łukasz, Sławek, Włodek oraz ja. Przybiliśmy szczęśliwe piątki (a może dziesiątki, któż zliczy), wymieniliśmy ostatnie uwagi i popędziliśmy przed siebie. Na początku rzeczywiście był to pewnego rodzaju pęd, przynajmniej w moim przypadku, gdyż wyraźny spadek bardzo korzystnie zadziałał na osiąganą przeze mnie prędkość. Pozwoliło mi to wskoczyć za plecy Prezesa; ba!, dopiero po chwili zostałam wyprzedona przez Andrzeja. Niestety dalsze metry nie chciały już nieść same i musiałam dołożyć swoich sił by je pokonywać.

Szybko odczułam, że szybki start niekoniecznie oznacza szybkie tempo średnie. Sprowadzona na ziemię płaskim terenem postanowiłam po prostu robić swoje i zrobić należne mi kółka. W tych zawodach kobiety mają do pokonania dwie pętle plus dobieg, co razem daje ok. 7,7 km, mężczyźni natomiast dorzucają trzecie kółko pokonując ok. 11,2 km. Pierwsze kółko ciągnęłam na przyspieszonym oddechu bez większego zmęczenia. Dość szybko stawka rozciągnęła się i przestrzeń zarówno przede mną jak i za mną pozostawała pusta.

Kończąc pierwsze kółko udało mi się wyprzedzić dwie dziewczyny, jak się później okazało całkiem skutecznie, gdyż nie dały rady dopaść mnie przed metą. Drugie okrążenie uspokoiło mój oddech, jednak — żeby mieć powody do narzekań — rozbolała mnie stopa, w którą uporczywie wgniatała się źle włożona wkładka do buta. Ale... wiadomo przecież, że im szybciej pojawi się meta, tym prędzej będzie można pozwolić sobie na odpoczynek. Starając się więc nie zważać na dolegliwości czy zmęczenie starałam się utrzymywać równe tempo.

Pod koniec drugiego okrążenia, nieświadoma czekającego mnie dobiegu do stadionu, przyspieszyłam ciesząc się na czekającą na mnie metę. Jakim paskudnym rozczarowaniem okazuje się brak mety w miejscu, gdzie się jej spodziewamy... Nie pozostało mi jednak nic innego jak zacisnąć zęby i dodać do przebiegniętych kilometrów jeszcze jakieś 600-700 metrów.

Na stadion wbiegłam jako pierwszy Ludek, odebrałam przysługującą każdemu biegaczowi koszulkę i czekałam na pozostałych. Gdy usłyszałam słowa prowadzącego imprezę, że "nie minęła jeszcze 40. minuta biegu", serce zabiło mi mocniej. Udało się. Zmieściłam się w magicznym czasie i pozostało tylko pytanie o dokładny czas.

Po paru minutach zjawiła się mama. Razem z nią kibicowałyśmy wbiegającemu wkrótce potem Łukaszowi. A potem Andrzejowi, Włodkowi, Sławkowi i Jarkowi. Co oznacza, że możemy pochwalić się równą liczbą startów i finiszów w bydlińskiej imprezie. Jednak, jak się okazało, nie był to koniec atrakcji, gdyż... nie na darmo czekaliśmy na rozdanie nagród. Asia swoją waleczną postawą wywalczyła drugie miejsce w swojej kategorii i nie tylko stanęła na pudle, ale również odebrała kopertę z nagrodą! Jeszcze raz — graty za pierwsze pieniądze zdobyte w sportowej karierze!

Powodów do radości było więc sporo. Udane zawody, miła atmosfera, fajna pogoda oraz wygrana. Z kronikarskiego obowiązku czuję się jednak zmuszona dodać, że niestety nie wszystko zagrało tak jak powinno. Każdy z nas niecierpliwie oczekiwał oficjalnych wyników niedzielnych zawodów. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy opublikowane w Internecie czasy okazały się całkowicie wyssane z palca! Pomijając fakt, że mój "oficjalny" czas wynosi ponad 40 minut, to dodatkowo według umieszczonej na stronie GOK-u listy mama przybiegła dopiero po Łukaszu. Napisałam już do organizatorów mail z prośbą o korektę, jednak nie pokładam w nim większej nadziei...

Było fajnie, choć pozostaje mały niesmak. Jeśli nasza skarga zostanie uwzględniona, podam dokładne wyniki. A jeśli ktoś chce już teraz poznać wyniki obarczone dość istotnym błędem, to wystarczy wygooglować ;)

Leave your comments

0 / 300 Character restriction
Your text should be less than 300 characters
Missing reCAPTCHA keys

Comments

  • No comments found