Relacje z zawodów

Bieg Mikołajkowy w Katowicach

W niedzielę wybraliśmy się z Jankiem i Zbyszkiem Paszewskim na Bieg Mikołajkowy do Katowic. Dystans 5 km, niewielki w porównaniu do tego w którym startowali dzień wcześniej Asia z Jarkiem (gratulujemy świetnych wyników).
W drodze do Katowic lało więc byliśmy pewni że zmokniemy i zmarzniemy, na szczęście podczas zawodów wyszło nawet słońce. Trasa asfaltowa, płaska,biegła w Parku Leśnym Dolinie Trzech Stawów ścieżkami rowerowymi. Przed biegiem Zbyszek Zapowiedział że złamie dzisiaj 25 min. Wyśmialiśmy go z Jankiem, ale po biegu okazało się że miał racje, 24.35 i 146 miejsce na 801 zawodników i obietnica jeszcze lepszych wyników na wiosnę. Janek w NW zajął 16 miejsce open z czasem 34.41 na 255 startujących zawodników, mnie przypadło 33 miejsce i czas 36.02. Mimo prawie 1900 zawodników i zawodniczek  startujących świetna organizacja w biurze zawodów oraz perfekcyjnie oznaczona trasa, więc impreza ogólnie udana.

Maraton Jurajski

Szczerze? Nie chce mi się pisać. Po intesywnym tygodniu leżenie w łóżku jest tym, co tygrysy (czyli ja) lubią najbardziej. Ale w końcu zaliczyliśmy półmaraton, co dawno nam sie nie przytrafiło, więc marsz do pióra. Zapisałem sie na zawody ponad miesiąc temu i chyba trochę wymusiłem na swojej połowicy podobną decyzję. Od trzech dni żałowałem tego, bo Aśka mówiła w domu tylko o tym, że zabłądzi, że nie dojdzie do mety, i że w ogóle to bez sensu. Bez sensu to było, bo nie byłiśmy przygotowani na połówkę królewskiego dystansu, ale ile głupich decyzji człowiek podejmuje w życiu? Medal za ukończenie marszu powinienem dostać już dzisiaj rano. Aśce spodobał się mój biegowy plecak, wiec od rana były podchody po niego. Jak już zgodziłem się oddać plecak, to spodobały jej się pasy biodrowe, które chciałem zabrać. Oddałem jej pasy. Maszerowałem z plecakiem. Postarszyła mnie jeszcze, że będzie do mnie dzwonić, jak zabłądzi. Tak jakbym jej mógł w lesie jakkolwiek pomóc. Start przyjąłem z nieukrywaną radością. Wszystko szło dobrze do 11 kiliometra. Tam zgubiłem trasę. Poczekałem 3,5 minuty na następnego zawodnika, ale on też nie miał pojęcia którędy do mety. Tak więc błądząc po omacku (trochę jak Karusek), ze spuszczoną głową powoli (jak u Broniewskiego), dotarłem do mety. Zamiast 21 km z kawałkiem przeszedłem ponad 22. Zgłosiłem na mecie organizatorom, że szedłem około 5 km inną, niż oni wyznaczyli trasą i powiedziałem im, że powinni mnie zdyskwalifikować, ale stwierdzili, że za dołożenie sobie kilometra nie dyskwalifikują. Mój gps pokazał ponad 22 km. Aśka dotarła do mety w bardzo dobrej formie, co mnie bardzo ucieszyło i było dobrą wróżbą na resztę dzisiejszego dnia. Nie czekaliśmy na dekorację, bo przecież w domu zostały opuszczone przez właścicieli koty. Na koniec chciałbym podziękować (ponoć to ostatnio bardzo modne): zespołom Queen, Perfect, Varius Manx oraz Małgorzacie Ostrowskiej, Edith Piaf, Arturowi Andrusowi oraz innym, którzy dzielnie mi przygrywali w czasie dzisiejszych zawodów. Słuchałem jeszcze mojej ulubionej Przeżyj to sam, choć ze względu na ostatnie zachowanie się lidera Lombardu Stróżniaka, powinienem ten utwór wyrzucić ze smarfona. Całym sercem w sporze ww z M. Ostrowską jestem po stronie tej ostatniej.

Będziński Bieg Niepodległości 2018

Będziński Bieg Niepodległości 2018

Plac Targowy pod będzińskim zamkiem był po raz drugi bazą Biegu Niepodległości. Frekwencja była niezła – 852 startujących w trzech konkurencjach. Leśne Ludki wystartowały we wszystkich. Adrian i Janek w marszu NW na 7km, Włodek i Zbyszek P. w biegu na 7 km, Andrzej w biegu na 11 km. Najtrudniej miał Andrzej, który na trasie musiał zaliczyć górę „Dorotkę”. Pozostali mieli płasko i dystans niezbyt długi. Pogoda jak w całej Polsce super, prawie lato. Przed startem odśpiewaliśmy hymn i ruszyliśmy na trasę w białych i czerwonych koszulkach(nie wszyscy). Nasi nordikowcy spisali się bardzo dobrze, Janek był 11 w open i trzeci w kategorii wiekowej, Adrian 21 w open. Zbyszek pobiegł super i zajął miejsce w jednej czwartej stawki uzyskując bardzo dobry czas. Włodek dotarł do mety w połowie stawki. Andrzej zajął 12 miejsce w kategorii najliczniej obsadzonego biegu. Nagród nie wylosowaliśmy żadnych. Za to Andrzej pobił rekord trasy Będzin – Myszków, dzięki czemu nie musieliśmy czekać na następny pociąg. 

XXII Bełchatowska Piętnastka

XXII Bełchatowska Piętnastka

04.11.2018

Bełchatowska Piętnastka to jeden z najlepszych biegów w Polsce. W tym roku wystartowałem w nim po raz dziesiąty. Niestety, już po raz drugi biegłem tylko piątkę dla „Caritasu”. Piętnastka to już za dużo dla mnie, ale piątkę pokonałem w całkiem dobrym czasie 27.28 min. i ukończyłem na 55 miejscu na 103 startujących. W kategorii wiekowej zająłem 3 miejsce – już ostatnie podium w M50, bo od 1 stycznia przechodzę do M60 (oby tylko dożyć!). Mój dobry wynik był osiągnięty na dopingu, ale nie takim jak sądzicie. Po prostu na drugim kilometrze dołączyła do mnie dwudziestoletnia blondynka z Zelowa, Paulina. Biegliśmy razem niemal do mety i trudno było w takim towarzystwie biec wolno. Szkoda, że byłem jedynym Ludkiem startującym w tym biegu, bo Renia oprócz kibicowania zawsze wszystkich przyjmuje po staropolsku - jadła i napojów nie brakuje! Dzięki również pozostałym kibicom: Pawłowi (za super fotoreportaż) oraz Gosi, Anicie, Asi, Oliwce, Kubie.

Drezno 2018

Włodek

Start w drezdeńskim maratonie zaplanowaliśmy z Andrzejem już kilka miesięcy temu. Andrzej pobiegł swój drugi w tym roku - po zimowej Ostrawie - i 32 w karierze maraton z buta. Ja startowałem jako tzw. suport - pobiegłem dyszkę - i pełniłem rolę fotoreportera. Dzień przed startem przemaszerowaliśmy po mieście około 20 km - z tego połowa w mocnym tempie . Warto było, bo miasto ładne, mimo iż pod koniec wojny niemal doszczętnie zniszczyli je Anglicy dywanowymi bombardowaniami. Wieczorem byliśmy wykończeni i z braku Tajek sami musieliśmy obsłużyć się wzajemnie masażami - bez podtekstów – nie były to masaże erotyczne! Dzięki temu mogłem w ogóle wystartować. Godziny startu były dziwne bo ja ruszyłem na trasę o 10.00 a Andrzej o 10.30. Te 30 min. różnicy dały mi szansę na zrobienie fotek Andrzejowi w połowie dystansu, potem nie było to już możliwe, oprócz strefy mety. Pogoda do biegania - i nie tylko - była idealna - plus 10 stopni, pojawiające się słoneczko, lekki wiaterek. Trasa płaska, ja największy problem miałem na szóstym kilometrze - podbieg na most na rzece Elbie, po polsku Łaba. Następne dwa kilometry też były trudne, ale końcówka całkiem dobra. Wyprzedziłem prawie dwustu biegaczy na ponad tysiąc (1020). Andrzej pobiegł bardzo dobrze i z czasem 3 godz. 51 min. był w połowie stawki ponad ośmiuset biegaczy (895). Półmaraton ukończyło 1846 zawodników.

Medal ładny, po biegu można było się napić piwa bezalkoholowego.

W powrotną drogę ruszyliśmy we trzech z Arturem Pelikanem (3.13 godz. w maratonie) z NGB Kłobuck. Na wybory samorządowe nie zdążyliśmy.

Andrzej

Po nieźle zaliczonym maratonie wiosennym w Ostrawie chciałem coś znaleźć na jesień. Kilka razy na telefonicznym facebooku pojawiła mi się reklama maratonu w Dreźnie. Pomyślałem: dlaczego nie? Termin odpowiedni, niedaleko i znając niemiecką solidność powinno być „alles ist in ordnung”.

Udało mi się namówić Włodka, który jest zawsze otwarty na propozycje. Wyjechaliśmy o 4.00. Droga świetna: pustawo, sucho i chwilami słonecznie. Pod domem, w którym mieliśmy nocować byliśmy o 9.30. Niestety nie mogliśmy się skontaktować z gospodarzem. Poszliśmy więc do biura zawodów po numery. Myśleliśmy, że będzie to spacer ale kilka kilometrów było. Nie myślałem o podjechaniu bo obawiałem się braku miejsca. W międzyczasie odezwał się gospodarz, że już jest i czeka. To wymusiło szybsze tempo marszu. Po odebraniu numerów i zestawu startowego – makulatura, mała gąbka, dwa cukierki z glukozą - wróciliśmy do samochodu. Mieszkanie okazało się ładnym apartamentem kompletnie wyposażonym, za który daliśmy naprawdę śmieszne pieniądze – po 60 zł. Spacer dał nam na tyle w kość, że kilka godzin odpoczywaliśmy. Po 15.00 ruszyliśmy już w tempie spacerowym na starówkę. Mimo chłodu w Dreźnie było dużo turystów. Powałęsaliśmy się trochę, chłonąc klimaty Martina Lutra i na 20.00 byliśmy w domu. Stwierdziłem, iż masaż, który wziąłem w piątek po południu przydałby się teraz. Włodek narzekał na kolano. Zrobiliśmy więc sobie wzajemny masaż – myślę, że trochę nam obojgu pomógł. Grzane piwo z miodem – Włodek był pociągający a mnie zaczynało brać. O 22.00 już spaliśmy. Rano lekkie śniadanie i wyjazd o 8.15 do strefy startu na specjalnie przygotowany parking na 1500 samochodów. W międzyczasie odezwał się Artur Pelikan z NGB Kłobuck z propozycją wspólnego powrotu z nami. Byliśmy za. Po dojechaniu zdaliśmy depozyt i poszliśmy na start. Włodek ruszył o 10.00. Ja już nie wracałem do biura zawodów - było trochę chłodno, ale wyszło słońce. Miałem wiele obaw co do mojego startu. Wszak to dopiero drugi maraton z buta po dwuletniej przerwie. Przygotowując się do niego dałem sobie trochę w kość i nie wiedziałem jak będzie. Postanowiłem biec z audiobookiem. Wariant ten zastosowałem po raz pierwszy w wiosennym maratonie w Ostrawie. Trasę maratonu reklamowano jako wybitnie płaską i tak było w istocie. Ruszyliśmy razem z półmaratończykami. Po dobiegnięciu na 20 km my ruszyliśmy na drugą pętlę, która tylko częściowo pokrywała się z pierwszą. Na trasie dużo kibiców, co kilka kilometrów zespoły muzyczne – prawie wszystkie bębnowe – które dawały niezły power. Biegło mi się nieźle, nawet trochę za szybko niż planowałem. Półmaraton przebiegłem w czasie 1.52. Stwierdziłem, iż w czterech godzinach uda mi się zmieścić. Na połówce był Włodek, który ciągle się przemieszczając zdołał mi zrobić kilka zdjęć. Na jednej z agrafek minąłem się z Arturem. Na mecie miałem jednak dość. Piwo bezalkoholowe, depozyt i obowiązkowo prysznic. Poszliśmy do auta, gdzie niedługo dotarł do nas Artur. Wyjazd bezproblemowy. Całą droga powrotna minęła błyskawicznie – przegadaliśmy o bieganiu. Niezwykle udany wyjazd. Włodek – mimo, iż przed startem też miał wiele obaw – również zadowolony. Dzięki Włodku za wspólny wypad.

Mykanów nocą

W piątek razem z Jankiem i Zbyszkiem Paszewskim wybraliśmy się do Mykanowa na zawody pod nazwą "Nocna Prosta". Start zawodów zaplanowany był o godz.21, Zbyszek miał do przebiegnięcia 7 km, ja i Janek 5km nw. Trasa tylko częściowo była asfaltowa, większość to polne drogi, a więc dla nordikowców fajna, jedyny problem to ciemności egipskie na trasie rozjaśniane trochę naszymi czołówkami. Jeszcze przed startem okazało się że Jankowi zepsuła się latarka i musiał wystartować bez oświetlenia. Przez pierwsze dwa kilometry szedł ze mną korzystając z mojego oświetlenia, ale niestety nie wytrzymałem jego tempa i Janek wyprzedził  mnie idąc w ciemnościach. Na mecie Janek był drugi, a ja trzeci w kategorii open, w wiekowej Janek pierwszy, ja drugi. Zbyszek również dotarł szczęśliwie do mety. Mieliśmy też możliwość skorzystania z symulatora dachowania samochodu, zderzeń i jazdy samochodem wyścigowym oraz z alkogogli. Ogólnie impreza fajnie zorganizowana, fajne nagrody za miejsca na podium, więc wyjazd uznaliśmy za udany.

Nowy Broniszew

Tym razem wypadło na Nowy Broniszew. Kasia, Adrian, Janek, Jarek, Michał, Sławek i Włodek, to startujące Ludki, a Asia i Łukasz z towarzyszącymi mu Agnieszką i Kingą - kibice. Michał ze Sławkiem wzięli udział w biegu na 6,18 km, a reszta pokonała ten sam dystans z kijami. Jakoś mi się teraz dobrze chodzi z kijami, więc miałem plan, żeby zejść poniżej 7 minut na kilometr. Tym razem trasa była w całości asfaltowa. Nie lubię asfaltu, ale prawda jest taka, że wyniki na asfalcie mam lepsze niż gdy maszeruję po ubitej ziemi lub szutrze. Po sobotnich zawodach, na których 2,5 km szło się po dziurawej kostce, chód po asfalcie był przyjemnością. Udało mi się zająć 4 miejsce w open, co niestety wystarczyło tylko na 3 miejsce w kategorii. Trzeba być albo młodszym, albo starszym, żeby stanąć na wyższym stopniu podium. Tym razem najwyżej wspiął się Janek wygrywając swoją kategorię. Kasia, zajmując trzecie miejsce wśród kobiet, a drugie w swojej kategorii stanęła na drugim stopniu podium. Impreza byłaby fajna, gdyby organizatorzy szybciej potrafili ustalić kolejność zawodników na mecie, a pogadanki o szkodliwości alkoholu i narkotyków, jak również występy artystyczne zostawili na inne niż zawody okazje. Niestety ominęła nas największa atrakcja zawodów. Była nią zawodniczka, która pewnie zmęczona biegiem, wsiadła na rower i tym sposobem dotarła blisko mety. Nikt z nas nie widział do tej pory takiego zachowania się sportowca, tym bardziej, że nagród rzeczowych ani pieniężnych nie było. Sprawa miała nieprzyjemny ciąg dalszy, ale ponieważ sam tego ekscesu na oczy nie widziałem, zamilczę. Dodam, że barierę 7 minut na kilometr pokonałem.

V Bieg Papieski w Poczesnej

Do Poczesnej Ludki mają niezbyt daleko, dlatego nie dziwi ich liczny udział w Biegu Papieskim.  Najdłuższy dystans (12 km) przebiegł Andrzej, dla którego był to ostatni sprawdzian przed startem w maratonie w Dreźnie. Wypadł pozytywnie, liczymy na dobry start za naszą zachodnią granicą. Również Zbyszek i ja całkiem dobrze, jak na nasze możliwości pobiegliśmy szóstkę. Ale nasi „nordikowcy” to czołówka tych zawodów. Na podium nie stanęli (nie było kategorii wiekowych), ale miejsca w pierwszej dziesiątce, lub tuż za nią, to powód do chwały. Najszybszy z Ludków był Jarek, za nim do mety dotarli Kasia, Janek i Adrian. W losowaniu wielu nagród najlepsza dostała się Jarkowi(zasłużenie!). Była to rozmowa (na pewno owocna) z proboszczem parafii. Po prawie godzinnym losowaniu mnie dostała się ostatnia nagroda(książka). Trasa biegu fajna, niezbyt trudna, oprócz ponad dwukilometrowego odcinka po sfatygowanej, prastarej kostce brukowej. Pogoda cudowna, idealna do wszelkich zawodów sportowych i nie tylko. Start i meta, jak przystało na Bieg Papieski przy kościele parafialnym.
Dziękujemy Agnieszce i Asi za robienie fotek i kibicowanie, oraz Kamilowi za kibicowanie. Z naszymi kibicami liczba Ludków w tych zawodach wyniosła równą dyszkę. Szkoda, że zachorował Zyga, bo ominęły go dwie nagrody – dla najstarszego zawodnika i z losowania.

Nocne KKInO w Częstochowie


Po raz pierwszy zetknęliśmy sie z bieganiem na orientację na leśnoludkowym weselu Kasi i Piotrka, kiedy to biegaliśmy szukając poukrywanych przez nowożeńców "skarbów". Nie przyszło nam jednak na myśl, że można startować w tego typu zawodach na serio.
To dzięki Zabieganym odkryliśmy nowy świat zabaw, gdzie przyjemność biegania można połączyć z wysiłkiem intelektualnym.
Nasze pierwsze zawody z serii KKInO, które tu już kiedyś opisałam, tak nam zaostrzyły apetyt na podobne imprezy, że od razu zanurzyliśmy sie w otchłanie internetu, by szukać nie tylko innych zawodów tego typu, ale także wskazówek, jak się do nich przygotować, miejsc do ćwiczeń i odpowiednich map. Od razu też podzieliliśmy się naszym entuzjazmem z innymi Ludkami.
W efekcie zgłosiliśmy się na Silesia Race, jako początkujący -- na najprostszą trasę. Niestety, moje złamane żebro uniemożliwiło mi start. Zamiast mnie w drużynie Leśnych Ludków wystartował Marek i myślę, że także dzięki temu, zespół odnotował zwycięstwo. Świetną relację Jarka z tej imprezy też można przeczytać na naszych stronach.
Moje żebro ciągle jeszcze bryka, ale nie mogłam mu pozwolić, żeby uniemożliwiło mi kolejny start w KKInO. Impreza nr 12 z tego cyklu rozgrywała się w niedzielny wieczór w centrum Częstochowy i nosiła nazwę City Jungle by Night. Ze względu na moje żebrowe problemy zdecydowaliśmy się na łatwiejszą wersję, czyli Short Sprint. Naszemu duetowi kibicowali dzielnie Agnieszka z Adrianem i myślę, że sami przy tym nabrali ochoty, by następnym razem dołączyć do zabawy.
Tym razem, oprócz odnalezienia punktów zaznaczonych na mapie, trzeba było jeszcze rozwiązać zadanie logiczne, matematyczne i słowne, a także wykonać zadanie spejalne polegające na trafieniu gumową piłeczką do kosza na śmieci. Wszystko poszło nam świetnie, za wyjątkiem celności i zachwyceni sobą już witaliśmy się z gąską w postaci Tomada, kiedy to okazało się, że znów czegoś nie doczytałam, a mianowicie, że należało zaznaczyć na mapie pewne punkty, które mijaliśmy na naszej trasie. Zrobienie tego post factum nie było łatwe, a trudno byłoby zaczynać bieg od początku.
No cóż, człowiek ciągle uczy się na błędach.
W sumie jednak nie wyszło najgorzej, bo wygraliśmy z przewagą 5 punktów nad następną drużyną. Nie ukrywam, że uznaję to za sukces, biorąc zwłaszcza pod uwagę moje żebro i słabą znajomość Częstochowy.
Dzięki Zabieganym poznajemy ją jednak coraz lepiej! :)

Mistrzostwa powiatu częstochowskiego - 2018

Cudowna, jesienna pogoda zmobilizowała aż pięć Ludków do startu w mistrzostwach powiatu częstochowskiego w nordic walking. Start i meta znajdowały się przy estradzie Borek w Janowie. Rywalizowaliśmy na około 800 metrowej trasie, którą trzeba było pokonać sześć razy. Zawody zdominowali oczywiście gospodarze, czyli Podkowa Janów. Część fajnych nagród zdobyły Ludki, które wszystkie(!!!) stanęły na różnych miejscach podium. Jakie to były miejsca dokumentują fotografie. Najszybszym Ludkiem okazał się Jarek, tuż za nim linię mety przekroczył Janek, a Adrian, Włodek i Zygmunt dotarli do niej w dobrej formie. Organizacja jak zawsze perfekcyjna. Dziękujemy Basi Pietrzak za kibicowanie.

Myszkowska Ósemka 2018.

W tym roku naszych zawodników nie mogło zabraknąć w tradycyjnym, jesiennym biegu w Myszkowie. W rozgrywanym   - już po raz szósty - biegu wystartowaliśmy w składzie: Sławek, Zbyszek Stęplowski i ja. Jak tu nie wystartować gdy trasa biegnie koło moje bloku? Do biura zawodów udałem się wcześniej aby bez kolejek odebrać numer i koszulkę techniczną. Numerek wydała mi osobista synowa Marta. Start był zaplanowany na 14.00. Wróciłem do domu na kawę i kilkanaście minut przed startem - oddalonym około 3 km od mojego bloku - zjawiłem się na miejscu. Tu spotkałem Sławka i Zbyszka. Temperatura i pogoda bardzo dobra - około 15 stopni i pochmurno. Ruszyliśmy. Sławek i Zbyszek ruszyli ostro do przodu. Ja czując w nogach sobotnie 15 km biegu na orientację zacząłem spokojnie, mając nadzieję, że później ich dojdę. Trasa była pofałdowana. Najpierw równo, potem zbieg ul.Kochanowskiego, trochę płasko i pod moim blokiem kilkusetmetrowy podbieg ul.Sikorskiego. Jak był zbieg to musiał być i podbieg na Kochanowskiego. Kilometry mijały a ja nie zbliżałem się do moich kolegów. Na jakieś 2 km przed metą dostrzegłem w odległości około 50 m Sławka. I mimo, iż próbowałem - nie dałem rady go dojść. Czas w stosunku do mojego poprzedniego tutaj startu - jedynego, 5 lat temu - gorszy o dwie minuty. Ale cóż starość nie radość. Za to Sławek jest w życiowej formie, nie mówiąc o Zbyszku, który w pięknym stylu zameldował się na pudle na drugim miejscu. Brawo Panowie. W takiej formie mają duże szanse na dobry wynik w sztafecie maratońskiej, na którą wybierają się za tydzień do Warszawy.